Świat

I’m sorry, so sorry…

°Florian / Flickr CC by SA
Nowym zjawiskiem w stosunkach międzynarodowych jest zwyczaj przepraszania. Czy chodzi o międzynarodowy skandal, czy spowodowanie katastrofy ekologicznej – od sprawców oczekuje się pokajania i publicznych przeprosin. Najlepsi są w tym Japończycy.
Artykuł pochodzi z 50 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 13 grudnia.Polityka Artykuł pochodzi z 50 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 13 grudnia.

Neue Zürcher Zeitung: Pani Kellerman, w ostatnich latach bardzo nasiliło się zjawisko publicznych przeprosin. Zmarły niedawno historyk Tony Judt określał to nawet mianem „grasującego kultu słowa sorry”, nazywał to „skruchą instant”.

Faktycznie istnieje tu obecnie pewien boom. I faktem jest też, że gdy każdy za wszystko przeprasza, poszczególne przeprosiny nie mają już wielkiej wartości. Ale jaką mamy alternatywę? Myślę, że już lepiej nam pogodzić się z nadmiarem przeprosin, niż z obyczajem tuszowania i wypierania się.

Co odróżnia przeprosiny publiczne od prywatnych?

W publicznych przeprosinach trzeba wyodrębnić różne kategorie. Czy np. ktoś przeprasza za swoje osobiste potknięcie, na przykład za zdradę małżeńską, jak kiedyś Bill Clinton? Czy też dana osoba przeprasza za coś, za co ona sama nie ponosi winy? Na przykład prezes jakiejś firmy, przepraszający za spowodowanie przez nią szkód, z czym on osobiście nie miał nic wspólnego. Niekiedy zdarza się też tak, że jakiś polityk przeprasza za czyn, dokonany jeszcze przed jego dojściem do władzy. Tak postąpił np. niedawno brytyjski premier David Cameron, przepraszając Irlandczyków za Krwawą Niedzielę z 1972 roku. Najważniejsza różnica między przeprosinami prywatnymi a publicznymi polega jednak na tym, do kogo są one kierowane. W przypadku prywatnych przeprosin adresatem jest zazwyczaj konkretna osoba, lub co najwyżej grupka osób. Natomiast przy przeprosinach publicznych w grę mogą wchodzić setki, tysiące, a nawet miliony ludzi.

Pani, jako ekspert w kwestiach przywództwa, sporządziła nawet swego rodzaju instruktaż postępowania w sprawach przeprosin. Jakich reguł powinien przestrzegać ktoś, kto publicznie prosi o darowanie winy?

Analizując poszczególne przypadki, stwierdziłam, że we wszystkich dobrze przyjętych przeprosinach zawsze powtarzają się cztery elementy: po pierwsze przyznanie się do danego błędu, po drugie zaakceptowanie odpowiedzialności.  Po trzecie – osoba, która przeprasza, musi okazać skruchę i – po czwarte – przyrzec, że taki wypadek już się nie powtórzy. To wszystko oczywiście brzmi logicznie, ale często zdarza się, że jeden czy drugi punkt zostaje pominięty i przeprosiny niejako urywają się w pół drogi. Bardzo ważne jest też wybranie właściwego momentu. Gdy ktoś zwleka z tym za długo, może okazać się, że jest już za późno.

O dwóch publicznych przeprosinach było w tym roku szczególnie głośno: koncernu Toyota za wady samochodów, grożące bezpieczeństwu użytkowników, i brytyjskiego koncernu BP za katastrofalny wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej. Która z tych firm poradziła sobie z tym lepiej?

Zdecydowanie Toyota. Japończycy są po prostu w przepraszaniu bardzo dobrzy, to element ich narodowej kultury. Skrajnym tego przykładem jest harakiri – samobójstwo, popełniane przez ludzi, którzy wstydzą się tak bardzo, że nie mogą dalej z tym żyć. To już na szczęście należy do przeszłości, ale Japonia ma nadal wysoko rozwiniętą kulturę przepraszania. A to dlatego, że tam człowiek, na którym ciąży wina, czuje się odarty z czci, pozbawiony honoru. Dlatego nie było w tym nic dziwnego, że szef koncernu Akio Toyoda udał się osobiście do USA i tam wylewnie przepraszał.  Natychmiast wyjaśnił, na czym polegał błąd, zapowiedział, że wada zostanie naprawiona, i przyrzekł poprawę na przyszłość.

W wielu publikacjach na całym świecie zarzucano jednak Toyocie, że zwlekała z tym za długo.

To zależy, co się rozumie przez „za długo”.

Do większości wypadków doszło już w zeszłym roku, a Toyota przeprosiła publicznie dopiero w lutym tego roku.

To prawda, ale tak długo trwały badania. A kiedy patrzymy wstecz, musimy stwierdzić, że Toyota nie bez racji czekała z tymi przeprosinami. Jak się bowiem do chwili obecnej okazało, ze wszystkich tych wypadków tylko jeden – zresztą rzeczywiście straszny – wydarzył się na skutek błędu konstrukcyjnego samochodu. Wszystkie inne skargi okazały się fałszywe. Fatalnym błędem byłoby składanie przeprosin, zanim upewniono się na sto procent, że własny produkt jest faktycznie wadliwy. Ale kiedy to już wiadomo, trzeba oczywiście przeprosić natychmiast – zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodzą sprawy życia i śmierci. I jak widać obecnie,  sprzedaż samochodów Toyoty - mimo całego tego poruszenia – nie ucierpiała. Jest to z pewnością wynik renomy, jaką ta firma zdobyła na przestrzeni kilkudziesięciu lat – ale również i tego, że jej przeprosiny przyszły we właściwym momencie, były szczegółowe i wiarygodne.

A jak ocenia pani zachowanie koncernu BP po katastrofie w Zatoce Meksykańskiej?

Wszystko to, co powiedziałam o Toyocie, jest odwrotnością tego, co mogę powiedzieć na temat BP. To przedsiębiorstwo wiedziało już od dawna o rażących zaniedbaniach w dziedzinie bezpieczeństwa. Całe zachowanie  firmy budziło nieufność – a potem jeszcze wystąpił jej szef, Tony Hayward. Kiedy mówił, nie wierzyłam ani jednemu jego słowu. A jakby mało było tego, że opowiadał idiotyzmy, na dobitkę sprawiał jeszcze wrażenie aroganta, którego to wszystko niewiele obchodzi.

Jak ważna jest tu mowa ciała?

Ma wielkie znaczenie, podobnie jak sposób zachowania i ton głosu. Tony Hayward nie wyglądał na przykład na przybitego, nie widać było po nim nawet stresu.  Takie zachowanie stanowi oczywiście absolutny kontrast z japońskimi przeprosinami, przy których cała mowa ciała wyraża skruchę. Przy publicznych przeprosinach liczy się również to, w jaki sposób coś zostaje powiedziane – przy czym w rzadkich przypadkach nie trzeba nawet nic mówić. Tak, jak przy uklęknięciu Willy Brandta w Warszawie w 1970 roku. Gdy ówczesny kanclerz Niemiec ukląkł przed pomnikiem Bohaterów Getta, był to tak wielki i nieoczekiwany gest pokory i żalu, że w znacznej mierze utorował on drogę do zbliżenia między obydwoma państwami. W przypadku Tony’ego Haywarda doszło zresztą coś jeszcze: jego zachowanie po przeprosinach. Wtedy popełnił chyba wszystkie błędy, jakie można było popełnić. W szczytowym punkcie kryzysu zaczął publicznie użalać sie nad sobą, lamentował, jak bardzo chciałby odzyskać „swój dawny sposób życia”. Kiedy przeprosiny nie znajdują pokrycia w postępowaniu, stają się jedynie czysto werbalną deklaracją. Publiczność dostrzega brak autentyczności. A opinia publiczna stanowi tu czynnik decydujący.

Dlaczego te publiczne przeprosiny stały się obecnie tak częste?

To nie dlatego, że dzisiaj popełnia się więcej przewinień niż dawniej. Powody są dwa: po pierwsze, dzięki internetowi wszystkie winy i błędy przedostają się natychmiast do wiadomości publicznej. I – po drugie – nasza współczesna kultura pozwala nam dziś wnikać w prywatne życie innych ludzi głębiej, niż kiedykolwiek przedtem. Znikła już tutaj wszelka dyskrecja, wszelkie opory.  Proszę tylko porównać przypadki Roberta Kennedy’ego i Billa Clintona: być może wtedy o tym, że Kennedy zdradza żonę, wiedziało parę osób  w Waszyngtonie – ale to by było na tyle. Cała reszta ludności nie wiedziała o niczym. Natomiast gdy prezydentowi Clintonowi dowiedziono  przygody z Monicą Lewinsky, cały świat poznał wszelkie możliwe detale. Wiedziano nie tylko o niej, ale również o jej sukience, o cygarze – o wszystkim.

Co się tyczy Clintona, w Europie zadawano wtedy pytanie, dlaczego on nie powiedział po prostu: to moja sprawa, dotyczy tylko mnie i mojej rodziny – i nie obchodzi nikogo poza tym.

To się bierze z dość purytańskiej amerykańskiej kultury. We Francji każdy wiedział o kochance Mitterranda, na jego pogrzebie mogła ona nawet iść obok jego żony i córki. Natomiast dla Amerykanów  - mimo, że w ostatnich czasach i u nas doszło do pewnej liberalizacji – jest to nadal nie do pomyślenia. Ale za to jesteśmy dobrzy w wybaczaniu. Człowiek, który naprawdę żałuje za swoje winy, ma całkiem dobre szanse, aby znów pójść w górę.

 

 

A więc nie we wszystkich kulturach przepraszanie przebiega tak samo?

Tak jest, występują tu duże różnice, i to nie tylko w skali globalnej, ale nawet w obrębie Europy. Weźmy na przykład Szwajcarię. Jest to kraj, ogólnie biorąc, dosyć tradycyjny – i dyskretny.  Prywatnego życia polityków nie wywleka się tu tak łatwo na widok publiczny. Przeprosin oczekuje się w Szwajcarii za przewinienia zawodowe, ale nie za potknięcia prywatne. Całkiem inaczej wygląda to w Anglii z jej agresywną prasą brukową. Z kolei w Chinach istnieją agencje, którym można zlecić przekazanie przeprosin i wyrażenie skruchy.  W ogóle w Chinach w ostatnich latach wiele się zmieniło. Presja opinii publicznej stała się tak silna, że nawet kierownictwo polityczne nie uchodzi już za nieomylne. Co prawda nie zawsze można się doczekać przeprosin, ale przynajmniej otrzymuje się odszkodowanie, co implicite stanowi przyznanie się do błędu.

Czy istnieją winy zbyt wielkie, aby mogły je zmyć jakiekolwiek przeprosiny?

Przy takich zbrodniach, jak ludobójstwo, niekoniecznie chodzi o przeprosiny jako takie.  Kiedy się przyjrzymy temu, co można uzyskać przeprosinami, to chodzi tam nie tyle o wybaczenie, co o przezwyciężenie krzywd i o szanse nowego początku.  Na przykład w Rwandzie w 1994 roku miało miejsce najgorsze ludobójstwo w historii ludzkości – nie pod względem liczby ofiar, ale efektywności dokonania tej zbrodni: w ciągu zaledwie czterech miesięcy wymordowano tam od 800 tysięcy do miliona ludzi. Oczywiście te rany w Rwandzie nie zagoiły się jeszcze, tak do końca to chyba nigdy nie nastąpi. Ale ten kraj poczynił szybkie postępy na drodze rozwoju, zostawił w tyle za sobą tamte straszne wydarzenia. Dzisiaj należy do krajów Afryki, odnoszących największe sukcesy gospodarcze. Były tam wyznania win, zapadły wyroki, okazywano skruchę, wypłacano odszkodowania.  Przy zbrodniach o takiej skali potrzeba całej serii działań i wypowiedzi, a przeprosiny stanowią tu tylko jeden z elementów. Mogą się jednak okazać bardzo ważne. To samo odnosi się do przemówienia australijskiego premiera Kevina Rudda, który w 2008 roku po raz pierwszy poprosił Aborygenów o wybaczenie.

Jakie  motywy skłaniają do takich przeprosin?

Większość przywódców politycznych przeprasza tylko wtedy, gdy ma wrażenie, że ich naród lub ich partia odniosą z tego korzyść. Publiczne przeprosiny mogą być krokiem na drodze do pokoju. Motywem jest wtedy pragnienie, aby ludzie zaczęli sobie wybaczać i zapominać. Co prawda nigdy nie wybaczą do końca, nigdy też do końca nie zapomną, wszystko pozostanie jako część ich historii – ale chciałoby się, aby pojawiła się możliwość pójścia do przodu, choćby  w imię rozsądku.

Tymczasem jednak jest wiele krajów, w których wypowiedzenie słowa „przepraszam” za wyrządzone krzywdy wydaje się niepodobieństwem. Tak na przykład Turcja do dzisiaj wzbrania się przed przeprosinami za masakrę na Ormianach.

Może się za tym kryć obawa przed upokorzeniem, czasem też przed finansowymi konsekwencjami, może też – jak w przypadku Turcji – chodzić o poczucie narodowej dumy. Być może dlatego, ze w kulturze tureckiej publiczne obwinianie się i okazywanie pokory uchodzi za hańbiące.

Czy w odniesieniu do Kościoła katolickiego nie mamy podobnej sytuacji? Tam, gdzie obowiązuje dogmat nieomylności, przeprosiny muszą nastręczać szczególną trudność.

Naturalnie. Papież stoi teraz właśnie przed tym problemem. Musi wyrazić ubolewanie, unikając zarazem wyraźnych przeprosin. To dlatego kościelne oświadczenia wywołują zawsze poczucie niedosytu. Kościół katolicki stanowi najlepszy przykład na to, że potknięcia są dziś coraz trudniejsze do ukrycia. Seksualne wykorzystywanie dzieci przez duchownych jest przecież zjawiskiem, jakie istniało od dawna – i to na całym świecie. Ale wychodzi to na jaw dopiero teraz, i znów wielką rolę odgrywa w tym internet.  Ludzie ujawniają tam sprawy, o jakich nigdy nie powiedzieli nikomu ani słowa. Często robią to anonimowo. To, co się dzieje obecnie, jeszcze przed dziesięcioma laty nie mogłoby się wydarzyć. Zatajanie nie jest już możliwe.

Czy istnieją sytuacje, w których ktoś, kto stoi na czele, raczej nie powinien przepraszać?

Owszem, bywają i takie sytuacje. Zawsze trzeba dokładnie wyważyć korzyści i straty. Prominenci, stojący na świeczniku, przepraszają tylko wtedy, gdy są przekonani, że milczenie kosztowałoby ich jeszcze więcej.  I jakkolwiek zbyt późne przeprosiny mogą mieć fatalne następstwa, to samo dotyczy przeprosin przedwczesnych. Zbyt pochopne publiczne przeprosiny mogą  dopiero nadać jakiejś sprawie szeroki rozgłos i w ten sposób  niepotrzebnie  wywołać u opinii publicznej negatywne skojarzenia z daną partią lub firmą – skojarzenia, które później utrzymują się długo. Poza tym nie zawsze przepraszać musi osoba, która stoi na czele. Jeśli popełniony błąd  nie miał charakteru osobistego, tylko instytucjonalny,  lepiej jest misję publicznego  przepraszania powierzyć komuś, stojącemu niżej w hierarchii. Przywódca danej organizacji powinien sam przepraszać tylko wtedy, gdy gra toczy się o bardzo dużą stawkę i istnieje obawa, że nikt inny nie zrobi tego równie dobrze.

A jak pani ocenia zachowanie banków podczas wywołanego przez nie kryzysu?

Było okropne, naprawdę przerażające. Na przykład Marcel Ospel – czy on chociaż kiedykolwiek przeprosił za to, co wyrządził w banku UBS? Nic podobnego. Zamiast tego prezentuje się w roli ofiary istniejących okoliczności.

W wywiadzie z Neue Zürcher Zeitung powiedział bądź co bądź, że wstydzi się tego, co zaszło.

W takim razie to jeszcze nie są przeprosiny, co najwyżej pierwszy krok w tym kierunku. Właściwe byłyby tu co najmniej formalne, publiczne przeprosiny wobec narodu szwajcarskiego, a także pracowników i akcjonariuszy tamtego banku. Tego zabrakło. Z nim zresztą jest tak, jak z jego innymi kolegami: banki znalazły się pod wielką presją, menedżerowie powinni byli przejąć bezpośrednią odpowiedzialność za to, co robili. Czy tak postąpili? Nie.  Odeszli z sutymi odprawami, a my nawet nie usłyszeliśmy przeprosin.

Czy to dlatego, że nie dało się ustalić, kto konkretnie ponosił odpowiedzialność?

Z pewnością, w przypadku takich kryzysów całego systemu pojawia się problem „wielu rąk” – czyli, inaczej mówiąc, każdy może się wykręcić: dlaczego ja? To system zawiódł. Ale faktem jest, ze błędy zostały popełnione przez konkretnych ludzi. Najwidoczniej nikt nie uznał, że istnieje potrzeba przeproszenia. Powiem więcej: sądzę, że wielu bankierów uważało, że ich osobiste przeprosiny sprawia, iż zostanie im przypisana zbyt wielka odpowiedzialność. Ja osobiście uważam to za odrażające. Ale pojawia się tu zasadnicze pytanie: dlaczego nie karzemy osób na kierowniczych stanowiskach za takie przewiny? Przecież nie tylko nie zmuszono ich do przeprosin, ale jeszcze otrzymali nagrody. Tymczasem polityk musi się publicznie kajać za swoje przygody miłosne. To przecież śmieszne.

Ale czy nie bierze się to stad, że publiczność – opinia publiczna – interesuje się bardziej cudzymi prywatnymi sprawami, niż procesami ekonomicznymi?

Oczywiście, wścibstwo i zamiłowanie do podglądania odgrywa tu pewną rolę. No i łatwiej ustalić winnych w przypadku zdrady małżeńskiej, niż wtedy, gdy chodzi o kryzys bankowy. Mimo to dziwi mnie, czemu nie dyskutuje się o wiele więcej o tym, jak można kłaść kres złemu zarządzaniu i jakie sankcje powinno się stosować wobec winnych.  Podręczniki na temat dobrego i skutecznego zarządzania wypełniają całe regały w bibliotekach, tymczasem dynamiką złego zarządzania tak naprawdę nikt się nie zajmuje. Zawsze powtarza się tylko: To nie może się więcej powtórzyć. A potem jednak się powtarza: i kryzysy gospodarcze, i kryzysy polityczne, i nawet przypadki ludobójstwa.  Czas już na przemyślenia, i wyciągnięcie wniosków. Inaczej będziemy skazani na to, by w nieskończoność powielać te same błędy przeszłości.

 

Barbara Kellerman jest amerykańską politolożką, wykłada w Center for Public Leadership na Uniwersytecie Harvardzkim. Jest autorką wielu książek, ostatnio w USA ukazała się jej kolejna praca na temat przywództwa pt. „Leadership. Essential Selections on Power, Authority and Influence”.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Niezbędnik

Skąd się biorą pioruny? Odpowiedź może zaskoczyć

Piorun pojawia się nagle, znika błyskawicznie i nie pozwala się łatwo zbadać. Skąd to budzące zachwyt i grozę zjawisko bierze energię oraz jak ją uwalnia? Odpowiedź może zaskoczyć.

Andrzej Hołdys
07.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną