Świat

Szalony Koń Szalonego Polaka

Polak dla Indian: historia pewnego pomnika

Tak ma wyglądać posąg Szalonego Konia, w tle wyrzeźbiona w skale głowa wodza Siuksów. Tak ma wyglądać posąg Szalonego Konia, w tle wyrzeźbiona w skale głowa wodza Siuksów. Nik Wheeler / Corbis
„Aby świat wiedział, że czerwony człowiek też miał swoich bohaterów” – tak się zaczęła historia budowy największego pomnika świata. Prace nad nim rozpoczął Korczak Ziółkowski – Amerykanin polskiego pochodzenia – spełniając życzenie Indian z Dakoty Południowej.
Do ukończenia dzieła jeszcze daleko, ale już dziś przyjeżdżają je podziwiać tłumy turystów.Sergio Pitamitz/Corbis Do ukończenia dzieła jeszcze daleko, ale już dziś przyjeżdżają je podziwiać tłumy turystów.
Korczak Ziółkowski z drewnianym modelem Szalonego Konia, 1955 r.Bettmann/Corbis Korczak Ziółkowski z drewnianym modelem Szalonego Konia, 1955 r.

Gdy się już dotrze w pobliże masywu Black Hills, można zobaczyć dwie gigantyczne rzeźby. Oddalone od siebie zaledwie o kilkanaście kilometrów, przedstawiają dwa odrębne światy i idee. Mount Rushmore, z twarzami czterech amerykańskich prezydentów, jest symbolem amerykańskiej demokracji. Góra Thunderhead, z jeźdźcem na pędzącym koniu, jest dziesięciokrotnie większą ikoną, upamiętniającą tradycje i dziedzictwo kulturowe Indian Ameryki Północnej. Do powstania tych dwóch skalnych rzeźb przyłożył rękę człowiek z niezwykłym życiorysem.

Tego potężnego mężyczyznę o wyglądzie trapera, a duszy i talencie artysty Indianie nazywają Mister Crazy Horse (Pan Szalony Koń), a biali Amerykanie – Crazy Polack (Szalony Polak). Jego dziadek, hrabia Ignacy Ziółkowski, wyruszył w XIX w. z Krakowa do Stanów Zjednoczonych. A rodzice, Anna i Józef Ziółkowscy, zginęli tragicznie w czasie wycieczki promem do Nowego Jorku, gdy miał zaledwie rok. Trafił wtedy do przytułku dla katolickich sierot, a później został zaadoptowany przez irlandzkiego boksera. Upokarzany, bity i wykorzystywany przez niego do ciężkiej pracy, uciekł. Często zmieniał miejsce zamieszkania. W wieku 16 lat rozpoczął pracę w bostońskiej stoczni, gdzie poznał rzeźbę w drewnie i odkrył, że to jego powołanie. Wtedy to powstały drewniane figury ludzi i zwierząt, m.in. postać wodza Azteków i stylizowany orzeł, a także duże figury szachowe.

Jak sam mówił, miał w życiu fart: bostoński sędzia Frederick Cabot pomógł mu finansowo i wprowadził do środowiska twórców, a John Kirchmayer, sławny rzeźbiarz, został jego mistrzem i drugim ojcem. Obudził też w nim świadomość polskiego pochodzenia i ciekawość studiowania polskiej sztuki, historii i tradycji.

Droga do sławy

W 1932 r., mając 24 lata, Korczak Ziółkowski wyrzeźbił pierwszy portret w kamieniu – wyraz uznania dla sędziego Cabota. To był dobry początek. Potem zaczął dostawać liczne zamówienia: wykreował kamienne portrety sławnych osobistości – pianisty Artura Schnabla, rumuńskiego kompozytora i skrzypka George’a Enesco, gubernatora Connecticut Wilbura Crossa, śpiewaczki Olgi Alverino. Największy rozgłos przyniosło mu (w 1939 r.) Studium Nieśmiertelnego – marmurowe popiersie Ignacego Paderewskiego, męża stanu, którego szczerze podziwiał. Rzeźba uzyskała pierwszą nagrodę na Wystawie Światowej w Nowym Jorku.

Ugruntowanie sukcesu przyszło dwa lata później, gdy spod dłuta Ziółkowskiego wyszła 19-tonowa (4 m wysokości) statua Nauczyciela Ameryki – wielkiego językoznawcy Noaha Webstera. Rzeźbiarz został zauważony przez sławnego Gutzona Borgluma, który poprosił go o asystowanie przy rzeźbieniu w skale Mount Rushmore w masywie Black Hills czterech głów amerykańskich prezydentów. Wykute w skale gigantyczne wizerunki George’a Washingtona, Thomasa Jeffersona, Abrahama Lincolna i Theodora Roosevelta miały być hołdem złożonym idei Manifest Destiny (Boskiego Przeznaczenia), propagującej amerykański ekspansjonizm terytorialny.

Nie wiadomo, czy Korczak Ziółkowski był zwolennikiem wywłaszczania autochtonicznej ludności indiańskiej, pewne jest natomiast, że nauczył się precyzyjnego używania dynamitu i młotów pneumatycznych. Umiejętności te okazały się w przyszłości bardzo przydatne.

W czasie prac nad pomnikiem ojców demokracji wydarzyło się bowiem coś bardzo ważnego. Do Korczaka Ziółkowskiego przyszedł wódz Siuksów – Henry Standing Bear (Stojący Niedźwiedź); poprosił rzeźbiarza o uwiecznienie w skale Crazy Horse’a (Szalonego Konia) – najdzielniejszego wodza Siuksów, który bronił ziemi Indian przed białymi osadnikami. „My, wodzowie, chcielibyśmy, by biały człowiek wiedział, że czerwony człowiek też ma swoich herosów”.

Najpierw jednak Korczak zgłosił się na ochotnika do armii amerykańskiej i brał udział w II wojnie światowej; gdy wrócił do Ameryki, przyjął ofertę indiańskich wodzów. Przed rozpoczęciem prac w Black Hills Standing Bear oprowadzał Korczaka po górach, szukali odpowiedniej skały. Opowieści Indianina rozpaliły jego wyobraźnię.

Legenda o Szalonym Koniu

Dakota Południowa do połowy XIX w. była otwartą przestrzenią, zamieszkiwaną jedynie przez Indian ze szczepu Siuksów Lakota. Nieustanne przybywanie białych osadników zaczęło rodzić konflikty. Te z kolei zmieniły się w trwające latami walki o ziemię. I wtedy narodziła się legenda o Szalonym Koniu.

Wiemy o nim niewiele. Urodził się między 1840 a 1842 r. Od najmłodszych lat Tashunka Witko (nazwisko w języku Siuksów) był świadkiem zabijania Indian i niszczenia ich dobytku. Obrazy z dzieciństwa, ale i tragedie, jakie go spotkały (śmierć brata, córki i kilku najbliższych przyjaciół) kazały mu nienawidzić białych całą duszą. Według Larry’ego McMurtry’ego, autora jego monografii, był zdystansowany i pełen rezerwy do ludzi, ale bezinteresowny, honorowy i zdeterminowany, by bronić ziemi swoich pobratymców. Żył spokojnie, polował i dopiero kiedy biali wywołali wojnę, odezwał się w nim wódz, który poprowadził zwycięsko kilka bitew. Przed każdą studiował słabości wroga.

Wszystkie źródła podają, że Crazy Horse wymagał respektu dla siebie, ale i okazywał go innym. Amerykańscy dowódcy nazywali go najwybitniejszym czerwonoskórym strategiem w dziejach Ameryki Północnej. Uważali, że porażka z nim nie przynosi ujmy na honorze wojskowym.

Przez całe lata 60. XIX w. Crazy Horse był jednym z głównych dowódców walczących w Dakocie Północnej, Montanie i Wyoming. Liderem byłby pewnie jeszcze długie lata, gdyby sytuacja nie skomplikowała się za sprawą porozumienia, zawartego w 1868 r. w Forcie Laramie, w którym rząd USA przyznał Indianom część terytorium Dakoty Południowej, wraz z górami Black Hills. Traktat, podpisany przez prezydenta Andrew Johnsona, mówił, że „tak długo, jak płynie woda w rzekach, trawa jest zielona, a drzewa mają liście, Black Hills będzie na zawsze świętą ziemią Indian Lakota”.

Obiecany spokój jednak nie nadszedł. Czarne Wzgórza ogarnęła wkrótce gorączka złota, która sprowadziła wielu białych poszukiwaczy. Znowu zaczęły się nieporozumienia i potyczki. W czerwcu 1876 r. żołnierze amii amerykańskiej, pod wodzą generała George’a A. Custera, zaatakowali Indian. Doszło do bitwy nad Little Big Horn, gdzie połączonym plemionom Siuksów, Czejenów i Arapaho przewodził właśnie Crazy Horse. George Custer i wszyscy jego żołnierze zostali zabici.

Crazy Horse’a też nie pożył długo. Wersji śmierci Szalonego Konia jest kilka, ale ta najbardziej prawdopodobna mówi, że został wzięty do niewoli, gdzie śmiertelny cios bagnetem zadał mu szeregowy żołnierz amerykański. Było to 5 września 1877 r. W nocy zmarł.

 

Głowa do przekucia

Podobno Crazy Horse zapowiedział swoim wojownikom, że powróci kiedyś w kamieniu. Wizerunek dosiadającego konia wodza, z ramieniem wyciągniętym w kierunku ziemi przodków, już wyraźnie wyłania się z granitowej skały. Rzeźba ma mieć 172 m wysokości i 195 m długości. Sama głowa Indianina to ok. 25 m, a jego wyciągnięte ramię prawie 100 m.

„Każdy człowiek ma w życiu własną górę do przekucia; ja kuję w swojej” – mówił Ziółkowski. 3 czerwca 1948 r. wysadził dynamitem pierwszy 10-tonowy załom skalny. W uroczystości wzięło udział 400 Indian, w tym dwaj kuzyni Szalonego Konia: 93-letni Black Elk (Czarny Łoś) i 86-letni Chief High Eagle (Wódz Rosły Orzeł).

Początkowo Korczak wraz z żoną i dziećmi mieszkał w namiocie, później dopiero wykupił od rządu górę, 133 ha okolicznych gruntów, i osiedlił się w Black Hills na stałe. Ciągle jednak brakowało pieniędzy, a wielu białych mieszkańców miasteczka nieufnie odnosiło się do wizji rzeźbiarza. Pracował głównie sam, czasami tylko pomagała mu żona Ruth – wytrwała partnerka (miał z nią 10 dzieci, pięć córek i pięciu synów, z których prawie wszyscy nosili typowo polskie imiona).

Rzeźbiarz pragnął stworzyć cały kompleks poświęcony pamięci Indian. Zbudował ranczo o 61 pokojach, otworzył hotel, urządził muzeum swoich prac i udostępnił licznym zwiedzającym pełną dokumentację realizowanego pomnika. Zbudował również Centrum Edukacyjno-Konferencyjne, Indiańskie Muzeum Ameryki Północnej (pełne eksponatów podarowanych mu przez Siuksów), Centrum Kultury Tubylczych Amerykanów, restaurację, bar i sklepy z pamiątkami. Przedsięwzięcie było finansowane wyłącznie przez osoby prywatne. Ziółkowski dwukrotnie odrzucił dotacje państwowe, w wysokości 10 mln dol., by – jak mówił – zachować niezależność projektu.

Zmarł nagle w 1982 r., w wieku 74 lat. Po jego śmierci Ruth i dzieci otrzymali kondolencje z całej Ameryki, także od ówczesnego prezydenta Ronalda Reagana, który napisał: „Wizja i marzenie Pani męża są inspiracją dla tych, którzy sięgają w dziedziny ducha”.

Droga do ukończenia rzeźby jest jeszcze długa. Trzeba wysadzić kilkanaście milionów ton skały, żeby zobaczyć wyraźną sylwetkę jeźdźca. Na razie najbardziej wyraźna jest jego głowa. Korczak zstawił trzy tomy precyzyjnych rysunków, aby jego synowie mogli dokończyć skalne dzieło. Ojciec klarował im to bardzo dosadnie: „Zostaniecie tu i dokończycie! Nie ważcie się sprzedać choćby jednego akra tej ziemi! Jeśli nie dopełnicie tego, to przysięgam – wyjdę z grobu i wytłukę bez litości”.

I tak, jak chciał rzeźbiarz, prace są kontynuowane pod nadzorem Ruth i dorosłych już dzieci. Ostatnio ukończono rzeźbę głowy konia i wyciągnięte ramię wodza.

Korzystałam z książki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm „Otwarta rana Ameryki” oraz strony internetowej: www.crazyhorsememorial.org

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Ukraińska kelnerka o swojej pracy w polskich hotelach

Kobiety traktują nas jak powietrze, mężczyźni często proponują nam seks, a dzieci uważają za służące, którym nie należy się szacunek – opowiada Ukrainka, która od czterech lat pracuje na polskim wybrzeżu.

Katarzyna Zdanowicz
17.07.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną