Świat

Morgan Tsvangirai. Całkiem jak Lech

W oczach amerykańskiej dyplomacji Tsvangirai uchodzi za polityka w typie Lecha Wałęsy W oczach amerykańskiej dyplomacji Tsvangirai uchodzi za polityka w typie Lecha Wałęsy Masimba Sasa/Reuters / Forum
Dzisiejsze Zimbabwe coraz bardziej przypomina schyłek PRL. Z dyktaturą walczy związkowiec, który budzi spore nadzieje. I pewne obawy.
Tsvangirai, związkowiec, który budzi spore nadzieje./Philimon Bulawayo/Reuters/Forum Tsvangirai, związkowiec, który budzi spore nadzieje.

Na tamtejszej drodze A4 często dochodzi do groźnych wypadków. Jak w piątek 6 marca 2009 r., gdy ciężarówka z amerykańską pomocą humanitarną uderzyła w terenową Toyotę nadjeżdżającą od strony Harare. Auto, którym na wiec organizowany na południu kraju jechali Susan Tsvangirai i jej mąż Morgan, premier Zimbabwe, trzykrotnie dachowało. Premier wyszedł z wraku o własnych siłach, jego żona zginęła na miejscu. Tego samego dnia nad łóżkiem pokiereszowanego szefa rządu pochylił się zasmucony prezydent Robert Mugabe, od lat śmiertelny rywal, a od kilku tygodni partner koalicyjny w rządzie jedności narodowej. Po wypadku ten kruchy sojusz stanął pod znakiem zapytania. Pojawiły się pogłoski o zamachu, naturalne, bo ludzie Mugabe dawniej wielokrotnie zatrzymywali Tsvangiraia, zastraszali i torturowali. Robili to na tyle regularnie, że zdążono przyzwyczaić się do siniaków na twarzy wieloletniego lidera opozycji. Niewielu było zaskoczonych widząc je znowu, gdy właśnie został premierem. Tsvangirai ogłosił, że tym razem na pewno nikt nie próbował go zabić i po krótkiej rekonwalescencji wróci do swojego gabinetu.

Zimbabwe od dekady zmagało się z najgłębszym kryzysem od zdobycia niepodległości. W wyniku błędów prezydenta Mugabe dawny spichlerz Afryki Południowej głodował, zabrakło nawet mąki i oliwy, podstawy miejscowej diety. Inflacja biła światowe rekordy, w styczniu 2009 r. bank centralny wypuścił banknot kuriozum, 100 bln zimbabweńskich dolarów, w dniu emisji wycenianych na równowartość ok. 90 zł. Niższe nominały były warte niewiele więcej niż papier, na którym je wydrukowano, półki sklepowe świeciły pustkami, handel przeniósł się na targowiska, gdzie królowały towary z przemytu, dostępne w barterze albo za amerykańskie dolary lub południowoafrykańskie randy. Bezrobocie sięgnęło 95 proc., sparaliżowana administracja nie potrafiła zatrzymać dziesiątek tysięcy emigrantów uciekających do RPA, Botswany i Mozambiku. Pozbawiona lekarstw służba zdrowia bezradnie przyglądała się szalejącej epidemii cholery i AIDS.

Przywódca rewolucji

Wraz z postępującym rozkładem gospodarki rosła popularność opozycji: Morgana Tsvangiraia i jego Ruchu na rzecz Demokratycznej Zmiany. Tsvangirai dorastał na wsi, bardzo szybko rzucił szkołę, musiał pomagać w utrzymaniu ośmiorga młodszego rodzeństwa, pracował w przędzalni i w kopalni niklu, działał tam w związkach zawodowych. Brak wykształcenia nadrabiał talentem oratorskim i charyzmą – na tyle dużą, że awansował na wiceszefa centrali krajowej związku.

W sam raz nadawał się na przywódcę rewolucji. Pod koniec lat 90. przewodził strajkom, które doprowadziły m.in. do obniżek podatków. Ruch na rzecz Demokratycznej Zmiany rozprzestrzeniał się błyskawicznie, łączył licznych kontestatorów polityki prezydenta. W marcu 2008 r. zdobył większość w parlamencie, o kilka mandatów pokonał partię rządową.

 

 

Jednocześnie Morgan Tsvangirai wygrał pierwszą turę wyborów prezydenckich. Twierdzi, że dostał nieco ponad połowę głosów, Mugabe góra jedną trzecią. Ale komisja wyborcza po miesiącu rewidowania wyników doszła do innych wniosków; orzekła, że obaj kandydaci zdobyli po czterdzieści kilka procent ze wskazaniem – rzecz to w historii Zimbabwe niebywała – nie na Mugabe, tylko na opozycjonistę Tsvangiraia. Tymczasem lojalne wobec prezydenta bojówki partyjne do spółki z wojskiem i policją wykorzystały opieszałość komisji i przystąpiły do terroryzowania sympatyków opozycji. Zamordowały 119 zwolenników Ruchu, 5 tys. dotkliwie pobiły, dziesiątki tysięcy wypędziły z domów.

Bojąc się o życie własne i potencjalnych wyborców, Tsvangirai zrezygnował z drugiej tury i schronił się w ambasadzie holenderskiej, a 84-letni Robert Mugabe mógł bez przeszkód rozpoczynać szóstą kadencję prezydencką. Aż zdarzyło się niewyobrażalne: pod wpływem zaniepokojonych sąsiadów, zwłaszcza RPA, dyktator zaprosił szefów Ruchu do rządu. Mugabe zatrzymał stanowisko i kontrolę nad armią, opozycji odstąpił reanimację gospodarki w nadziei, że niedoświadczona ekipa wyłoży się na nierównej walce z kryzysem.

W typie Wałęsy

Tsvangirai przystał na warunki Mugabe. Wezwał emigrantów do powrotu i na początek ruszył z kwestą na odbudowę upadłego kraju. Barack Obama serdecznie przyjął go w Gabinecie Owalnym, był fetowany w kilku stolicach w Europie, bukmacherzy wciągnęli go na listę swoich typów do pokojowej Nagrody Nobla, ale zbiórka na Zimbabwe nie zakończyła się imponującym wynikiem. Rząd obliczył, że na odbudowę zniszczonego rolnictwa, sypiącej się infrastruktury i ożywienie gospodarki będzie potrzebował około 8 mld dol., tymczasem nieufny Zachód poskąpił datków, przekonany, że pomoc rozpłynie się na kontach Mugabe i jego popleczników, przekazał jedynie 500 mln dol. kredytów. Dwukrotnie wyższą pożyczkę przyznały Chiny, tradycyjny sponsor Harare.

Rząd zdołał osiągnąć pewne sukcesy, wziął gospodarkę w karby, w 2010 r. inflacja wyhamowała do około 5 proc., na 2011 r. ministerstwo finansów optymistycznie przewiduje 9-proc. wzrost PKB. Dzięki pomocy międzynarodowej otwarto część szkół i szpitali. Jednak Zimbabwe szybko nie opuści listy najbiedniejszych państw świata, bezrobotnych nie ubywa, brakuje żywności, nie udało się okiełznać epidemii. Walkę z efektami 10-letniej recesji utrudniają koalicyjne waśnie. Współpraca rządu z głową państwa idzie wyjątkowo opornie, obaj nie potrafią dojść do ładu z projektem nowej konstytucji, premier zaskarża decyzje prezydenta do sądu, a zwolennicy Mugabe jawnie sabotują decyzje rządu. Zwaśnionych polityków stara się godzić prezydent RPA, który często pojawia się w Harare, ale konflikt narasta, im bliżej końca porozumienia (wygasa w lutym) i wyborów prezydenckich planowanych na 2011 r.

Tym bardziej że Mugabe, rówieśnik Elżbiety II i Fidela Castro, jest w świetnej formie, wystarczająco dobrej, by ubiegać się o kolejne kadencje i spełnić marzenie o pozostaniu dożywotnim prezydentem. Może wynegocjuje sobie warunki odejścia na bezpieczną emeryturę opłacaną z dywidendy z kopalni diamentów, farm i linii lotniczych i niezakłócaną przez wizyty prokuratorów próbujących ustalić, czy ponosi winę choćby za masakrę w prowincji Matabeland z 1985 r. Wtedy Morgan Tsvangirai wyrasta na jedynego faworyta. Był dzielnym rewolucjonistą, nadal pozostaje nadzieją kraju na odsunięcie Mugabe, tyle że mężem stanu jest „nienadzwyczajnym” – przynajmniej tak uważał ambasador USA w Harare, którego meldunki ujawnił portal Wikileaks.

W oczach amerykańskiej dyplomacji, dodajmy, że hojnie go wspierającej, Tsvangirai uchodzi za polityka w typie Lecha Wałęsy: gwaranta sukcesu opozycji, który po dojściu do prezydenckiej władzy może się jednak nie sprawdzić. Bo jest kiepsko wykształcony, chwiejny, niechętnie korzysta z rad i otoczył się zamkniętym kręgiem zaufanych doradców. Nie tylko polski przykład pokazuje, że wielcy rewolucjoniści w demokratycznych wyborach mogą liczyć góra na jedną kadencję.

Polityka 01.2011 (2789) z dnia 07.01.2011; Ludzie roku 2011 - Świat; s. 84
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Doktorat prezesa Jarosława Kaczyńskiego

Po ponad 30 latach od publicznej obrony znów dostępna jest praca doktorska Jarosława Kaczyńskiego. Poszukiwano jej od lat, spekulując nawet, czy aby taka na pewno powstała, bądź czy nie zawiera treści mało dziś politycznie poprawnych.

Marek Henzler
25.06.2007
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną