Czy Ameryka nas obroni?

Wierny sojusznik
W stosunkach z Ameryką Polska zachowuje się jak sojusznik specjalnej troski. Kulisy negocjacji w sprawie Patriotów pokazują, że naszą polityką bezpieczeństwa rządzi paniczny strach przed Rosją i dziecinne marzenia o broni i bazach.
Amerykanie nie są gotowi wyręczać polskiej armii ani płacić za jej modernizację.
Robert Llewellyn/Corbis

Amerykanie nie są gotowi wyręczać polskiej armii ani płacić za jej modernizację.

Farsa z Patriotami to porażka całej dekady starań o przyjazd Amerykanów na dłużej.
Przemysław Skrzydło/Agencja Gazeta

Farsa z Patriotami to porażka całej dekady starań o przyjazd Amerykanów na dłużej.

Na pożegnanie były pierniki. W połowie grudnia z Torunia wyjechała do Niemiec trzecia zmiana amerykańskich baterii Patriot – Amerykanie mieli ćwiczyć dłużej, ale na poligonie samochody z wyrzutniami zakopywały się w śniegu. I całe szczęście, bo gdyby Patrioty zostały do końca, mogłyby utknąć w przedświątecznym chaosie na kolei. 15 polskich żołnierzy, bo tylko tylu korzysta z całego programu, poznawało kolejne tajniki broni, na którą Polski nie stać – głównie jeżdżenie platformami, bo na większe wtajemniczenie nie zezwala amerykańska ustawa o kontroli eksportu. Za to Amerykanie dobrze się bawili. „Wszyscy żołnierze przepadają za polską kuchnią. Nie mogą się nachwalić” – mówił rzecznik baterii kpt. Janusz Szczypiór. Piorunujący bilans jak na najważniejsze przedsięwzięcie z punktu widzenia bezpieczeństwa kraju.

Farsa z Patriotami to porażka całej dekady starań o przyjazd Amerykanów na dłużej. Od wstąpienia do NATO Warszawa zabiega o to, by Waszyngton potwierdził sojusz obecnością wojskową w Polsce – temu służył udział w kolejnych amerykańskich wojnach, także akces do tarczy przeciwrakietowej był podszyty nadzieją, że w ślad za pociskami pojawią się żołnierze. Ameryka była od początku przeciwna pomysłowi zmasowanej obecności wojskowej – rozumie historyczne doświadczenia Polski, ale nie widzi zagrożeń, które uzasadniałyby przysłanie większych oddziałów, poza tym ma umowę z Moskwą, że w Europie Środkowej nie będzie stałych baz NATO. Polska, nie umiejąc nakłonić Amerykanów do spełnienia swoich oczekiwań, ucieka się do eskalacji żądań i szantażu emocjonalnego. Ameryka, nie potrafiąc uśmierzyć polskich lęków, zarządza nimi możliwie najniższym kosztem.

Patriotem w PiS

„Amerykanie zrozumieli, że linię Odry należy przekroczyć. Żeby Polska była skutecznie broniona od pierwszych godzin” – mówi Donald Tusk w sierpniu 2008 r. Po trwających pół roku negocjacjach nowy rząd ogłasza zwycięstwo: w zamian za przyjęcie bazy obrony przeciwrakietowej Amerykanie zgodzili się raz na kwartał wysyłać do Polski pojedynczą baterię rakiet Patriot. W myśl porozumienia wizyty mają mieć charakter szkoleniowy, a do 2012 r. w Polsce powstanie amerykański garnizon wsparcia. Nigdzie w dokumencie nie jest jednak napisane, że sama bateria zostanie w Polsce na stałe ani że będzie kiedykolwiek bronić polskiego nieba. Mimo to rząd twierdzi, że umowa podnosi bezpieczeństwo Polski i otwiera drogę do stałej obecności amerykańskiej.

Domniemany sukces ma przede wszystkim pogrążyć PiS. Zgoda na Patrioty pokazuje wyborcom, że PO potrafi lepiej negocjować z Ameryką i zapewnić Polsce wyjście z twarzą, jeśli następny rząd USA zrezygnuje z tarczy. Amerykanie długo kazali się prosić, ale ustępstwo niewiele ich kosztuje – odchodząca ekipa George’a Busha zaciąga to zobowiązanie akonto następnego rządu, na dodatek w formie prawnie niewiążącej. O ile bowiem porozumienie w sprawie tarczy zawarto w postaci szczegółowej umowy międzyrządowej, o tyle zapisy o Patriotach trafiają do ogólnikowej deklaracji o współpracy strategicznej, która nie wymaga nawet podpisu. Polski MSZ musiał wiedzieć, że realizacja takiego dokumentu zależy wyłącznie od dobrej woli następnej ekipy w Białym Domu, ale nie uznał za stosowne poinformować o tym polskiej opinii publicznej.

Amerykanie, nie widząc wojskowego pożytku z pojedynczej baterii, przyjmują, że Polacy chcą zapoznać się ze sprzętem przed decyzją o jego zakupie. Dla nich polskie życzenie jest kłopotliwe głównie ze względów logistycznych: wbrew wyobrażeniom, że USA mają broni na pęczki, w Europie stacjonuje tylko jeden batalion amerykańskich Patriotów. Większość baterii stoi w rejonie działań wojennych lub tam, gdzie istnieje ryzyko ataku rakietowego. Europa do takich miejsc nie należy, poza tym kraje goszczące wojska USA mają własne systemy obrony powietrznej. Polska pilnie potrzebuje nowego systemu, ale nie ma na to pieniędzy. Rząd liczy najwyraźniej, że jak złapie Amerykanów za Patrioty, to po rezygnacji z tarczy poczują się w obowiązku zostawić swoją baterię w Polsce i sprzedać kolejne z upustem.

Jak Tusk sprzedał tarczę

Między Warszawą a Waszyngtonem zaczyna się komedia pomyłek. Barack Obama wygrywa wybory i zgodnie z przewidywaniami wstrzymuje budowę tarczy. Szef Pentagonu wprawdzie się nie zmienia, ale Amerykanie odmawiają wysłania pierwszej zmiany Patriotów, dopóki Polska nie podpisze umowy o statusie wojsk amerykańskich. Negocjacje przeciągają się do grudnia 2009 r., a Lech Kaczyński ratyfikuje dokument w lutym 2010 r. Jednocześnie strona polska zaczyna się niecierpliwić i coraz ostrzej domagać, by wyrzutnie przyjechały z rakietami, te były uzbrojone, a całe baterie wpięte w polski system obrony powietrznej.

Ujawnione przez Wikileaks depesze ambasady USA w Warszawie, które rząd uważa za dowód swojej asertywności w rozmowach z Amerykanami, świadczą raczej o konsternacji tych ostatnich oczekiwaniami Polaków.

W długiej depeszy z lutego 2009 r. ówczesny ambasador Victor Ashe usiłuje wyjaśnić centrali rosnącą przepaść między amerykańskimi intencjami a polskimi oczekiwaniami. „Polacy rozumieją słowa »będzie obejmować« [wspólne szkolenia na Patriotach – przyp. red.] w znaczeniu »nie będzie ograniczona do« i oczekują, że zmiany Patriotów wzmocnią zdolności bojowe polskiej obrony powietrznej. (...) Po kilku miesiącach dyskusji sądzimy, że Polacy rozumieją teraz, że bateria nie będzie w pełni sprawna” – pisze Ashe. „Polakom nie powiedziano, że baterie będą przyjeżdżać bez rakiet” – ciągnie dyplomata i przywołuje reakcję wiceministra obrony Stanisława Komorowskiego, który żąda uzbrojenia, a nie „roślin doniczkowych”. Ashe docenia jego stanowczość, ale z punktu widzenia Amerykanów Polacy domagają się czegoś, czego nie ma w umowie.

Mnożą się też różnice w rozumieniu amerykańskiej obecności po 2012 r. „Polacy wierzą, że stałe zaplecze baterii będzie liczyć ok. 110 osób (...). To oznacza, że oczekują, iż »garnizon« zamieni się w stałą obecność [baterii]. Tymczasem plany amerykańskie przewidują jedynie 20–30 osób stałego personelu do utrzymania sprzętu na wysuniętej pozycji” – telegrafuje Ashe. Innymi słowy, Ameryka nie zamierza umieszczać w Polsce baterii, a jedynie obsługę na wypadek jej przyszłych wizyt. Ambasador ostrzega: „Problem »roślin doniczkowych« jest o wiele bardziej złożony. Premier Tusk (...) sprzedał tarczę opinii publicznej, przekonując, że dzięki umowie o Patriotach podniesie ona bezpieczeństwo Polski. (...) Powinniśmy uważać, by nie wpaść w tę otchłań [między planami a oczekiwaniami]”.

Amerykanie chcą wyplątać się z kłopotliwego zobowiązania, ale najpierw strzelają sobie w stopę: Obama ogłasza rezygnację z bazy przeciwrakietowej w Polsce 17 września 2009 r., w 70 rocznicę wkroczenia Armii Czerwonej. Niespełna miesiąc później do Warszawy przylatuje zastępca sekretarza obrony Alexander Vershbow, by zaproponować Polsce udział w nowej koncepcji tarczy. Przy okazji prosi polski rząd o rozważenie trzech zamienników dla wizyt Patriotów po 2012 r.: rotacji myśliwców F-16 raz na kwartał i umieszczenia w Polsce pododdziału sił powietrznych USA; rotacji transportowców C-130 również z pododdziałem; wreszcie przeniesienia ze Stuttgartu do Gdańska lub Gdyni jednostki wojsk specjalnych. Polska wybiera samoloty i pododdział – jego utworzenie ogłosi Obama podczas wizyty Bronisława Komorowskiego w Białym Domu.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną