Arabska rewolucja o chleb

Precz z faraonem
Egipt wrze. Czy w rewolcie przeciw dyktatorom przyszła kolej na Hosniego Mubaraka?
„Głód równa się biedzie” - protest antyrządowy w jordańskim Ammanie.
Muhammad Hamed/Reuters/Forum

„Głód równa się biedzie” - protest antyrządowy w jordańskim Ammanie.

Egipt pogrążony w masowych protestach. 72 mln Egipcjan pragnie zmian, które polepszyłyby ich byt.
Goran Tomasevic/Polityka

Egipt pogrążony w masowych protestach. 72 mln Egipcjan pragnie zmian, które polepszyłyby ich byt.

Zamieszki w Tunezji, które zapoczątkowały falę niepokojów społecznych w północnej Afryce, nie dały spodziewanych rezultatów.
Zohra Bensemra/Reuters/Forum

Zamieszki w Tunezji, które zapoczątkowały falę niepokojów społecznych w północnej Afryce, nie dały spodziewanych rezultatów.

Prezydent Egiptu Hosni Mubarak nie spakował na razie walizek i jeszcze nie szuka azylu w Arabii Saudyjskiej, jak to uczynił tunezyjski dyktator Ben Ali. Jego syn Gamal miał w tym roku „wygrać” wybory prezydenckie. Od 30 niemal lat obowiązuje w kraju nad Nilem stan wyjątkowy, a dobrze wyszkolone służby specjalne nigdy dotychczas nie zawiodły. Tym, którzy najgłośniej krzyczą „Precz z Mubarakiem!”, policja szybko zamyka usta. Niektórym na zawsze. Jest kilku zabitych, są liczni ranni, a ponad tysiąc demonstrantów w Kairze, Aleksandrii i Suezie znalazło się za kratkami. Egipskie MSW wydało zakaz publicznych zgromadzeń – każdy, kto go narusza, łamie prawo.

Do pierwszej konfrontacji doszło we wtorek 25 stycznia na kairskim placu Wyzwolenia. Nieznani dotychczas przywódcy korzystając z Twittera i Facebooka skrzyknęli tysiące demonstrantów, największy protest przeciwko władzy w Egipcie, odkąd w 1981 r. przejął ją Mubarak. W ciągu kilku godzin, jeszcze zanim policja posłużyła się pałkami i gazem łzawiącym, szef kontrwywiadu gen. Omar Sulejman polecił swoim informatykom zablokować łączność komputerową. Wkrótce potem zaczęły się awarie sieci komórkowych, na placu wyłączono oświetlenie. Pod naporem szturmujących sił zbrojnych kilkutysięczny tłum rozpierzchł się w boczne ulice, ale opór nie został złamany. W piątek przez kraj przeszła kolejna fala masowych protestów, a władze w akcie desperacji odcięły dostęp do Internetu.

Egipska piramida

72 mln Egipcjan pragnie zmian, które polepszyłyby ich byt. Przeciętny dzienny zarobek kobiet nie przekracza półtora dolara, robotników mężczyzn niewiele więcej. Bezrobocie jest powszechne, 35 proc. ludności to analfabeci bez nadziei na jakiekolwiek zajęcie. Egipt plasuje się wśród 10 krajów świata najbardziej dotkniętych plagą analfabetyzmu. Edukacja nie stanowi priorytetu, władza jest zadowolona, gdy opozycyjna prasa i literatura nie docierają pod strzechy. Stąd wolność słowa jest nader często pojęciem abstrakcyjnym, a żądanie zmian niezbyt sprecyzowane. Zbuntowanej ludności wydaje się, że usunięcie Mubaraka rozwiąże wszystkie problemy. W istocie doprowadziłoby do powstania próżni na szczycie rządzącej egipskiej piramidy. A chaos nie zawsze lepszy jest od dyktatury.

Po raz pierwszy w historii współczesnego Egiptu spauperyzowane masy domagają się zmian. Chcą płac umożliwiających przeżycie dnia, wolności słowa i odwołania stanu wyjątkowego – nawet jeśli nie zawsze pojmują rzeczywistą treść tych haseł, rozpowszechnianych przez inteligencję. A w łonie opozycji nie widać przywódców zdolnych pokierować masami na ulicach.

We współczesnej historii Egiptu jedyny prawdziwy przewrót dokonany został odgórnie: w 1952 r. grupa wyższych oficerów zdetronizowała zdeprawowanego króla Faruka i wsadziła go – wraz z jego słynną kolekcją pornografii – na statek odpływający do Włoch. Władzę przejął wówczas wspierany przez ZSRR prezydent Gamal Abdel Nasser, a wprowadzona przez niego niezwykle restrykcyjna konstytucja obowiązuje do chwili obecnej.

Dzisiaj przewrót tego rodzaju jest nie do pomyślenia. Kadra oficerska stoi murem przy prezydencie, który zapewnia jej uprzywilejowaną pozycję społeczną i godne tej pozycji apanaże. Hosni Mubarak nigdy nie mianował wiceprezydenta, nie ma więc nikogo w pałacu, kto mógłby pod nim kopać dołki. W takim ustroju zmiana na najwyższym szczeblu możliwa jest tylko przez ludową rewolucję. Ale liderzy, którzy mogliby dolewać oliwę do ognia, trzymali się dotychczas na bezpieczną odległość od głównej sceny wydarzeń. Mohamed El Baradei, były dyrektor Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, który zgłasza się na kandydata w tegorocznych wyborach prezydenckich, pojawił się w Kairze dopiero, gdy demonstracje przybrały na sile. „Tama strachu została zerwana i już nie wróci” – powiedział po przylocie z Wiednia.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną