Arabska rewolucja dociera do Syrii

Serio o Syrii
Fala rewolucji podmywa Syrię. Jeśli obecny reżim upadnie, nowy może okazać się znacznie gorszy, a na Bliskim Wschodzie zmieni się dosłownie wszystko.
Gdy w Daara i Latakii trwały demonstracje, w Damaszku na cześć prezydenta skandowało kilkadziesiąt tysięcy osób.
Bassem Tellawi/AP/Agencja Gazeta

Gdy w Daara i Latakii trwały demonstracje, w Damaszku na cześć prezydenta skandowało kilkadziesiąt tysięcy osób.

Protest antyrządowy jeszcze w 2008 r. Na fot: plakat z Baszarem Asadem i podpisem: „sprawiedliwość nadchodzi”. Czy dzisiaj rzeczywiście przyszedł jej czas?
WAEL HAMZEH/EPA/PAP

Protest antyrządowy jeszcze w 2008 r. Na fot: plakat z Baszarem Asadem i podpisem: „sprawiedliwość nadchodzi”. Czy dzisiaj rzeczywiście przyszedł jej czas?

Każdy wiedział, kto donosi. Hostel Al-Haramejn w centrum Damaszku od lat roił się od różnej maści turystów i personelu. Międzynarodowa klientela to idealne środowisko dla zbieraczy informacji. Ramzi, przystojny recepcjonista około pięćdziesiątki, najlepiej mówił po angielsku. Był tak dyskretny, lub my niedomyślni, że dopiero dwa lata po poznaniu dowiedzieliśmy się po cichu, że pracuje dla muchabarat, syryjskich służb bezpieczeństwa. W policyjnej Syrii ci, którzy mówią – niewiele wiedzą, a ci, którzy coś wiedzą, niewiele mówią. Bali się wszyscy.

Strach przed muchabarat pękł w połowie marca. Piętnastu nastolatków w mieście Daara na granicy z Jordanią wypisało na murze zasłyszane w TV hasło z Egiptu: „Ludzie chcą obalić system”. W panice burmistrz miasta aresztował grupę dzieci. Rodzice wyszli na ulice, a znienawidzone służby bezpieczeństwa zaczęły strzelać do demonstrantów. Rolnicza Daara nie wytrzymała brutalności służb, rozpanoszenia biznesowych baronów i coraz trudniejszych warunków życia. Prezydent odwołał burmistrza, a do rodzin ofiar wysłał reprezentantów z kondolencjami. Ale demonstracje wyszły już na ulice innych miast. Do dziś zginęło w nich ponad 60 osób.

Straszak w tyglu

W Syrii państwo miało wdzierać się w każdą sferę życia. Tak to wymyślił Hafez Asad, ojciec obecnego prezydenta Baszara. W ten orwellowski sposób rządząca religijna mniejszość (alawici – odłam islamu szyickiego) od ponad 40 lat utrzymywała władzę nad sunnicką większością i resztą kulturowego tygla: Kurdami, chrześcijanami, Druzami, ismailitami, Żydami i Ormianami. Do tego doszedł milion uchodźców palestyńskich i irackich. W tym tyglu reżim używał właśnie straszaka podziałów religijno-etnicznych i, trzeba przyznać, utrzymywał świecki charakter państwa.

W damasceńskim hostelu pracował Kamal. Kurd, który dwa lata później trafił do aresztu domowego na północy kraju. Kamal boi się rozmawiać przez telefon i Internet. Urs, znajomy z hostelu Al-Haramejn, tłumaczy, że „oberwał za kontakty z obcokrajowcami. Nie chciał współpracować ze służbami”. Inny pracownik, kolega Kamala, Husam, hotelowy sprzątacz z Sudanu, za słuchanie kazań islamisty z Indonezji został deportowany do Chartumu. Już go nigdy nie spotkaliśmy. Walka reżimu z syryjskim odłamem Bractwa Muzułmańskiego osiągnęła apogeum w 1982 r. W mieście Hama w zamieszkach armia wymordowała kilkanaście tysięcy ludzi. Syria jest bardzo młoda, 55 proc. mieszkańców nie ukończyło 24 lat; młodzi Syryjczycy masakry w Hamie nie pamiętają, ale doskonale znają realia stanu wyjątkowego: samowolnych aresztowań, tajnych sądów, zakazu demonstracji i cenzury mediów.

Nastoletnią blogerkę Tal al-Malluhi tajne służby aresztowały w 2009 r. Dopiero w lutym tego roku skazano ją na 5 lat więzienia za „szpiegostwo na rzecz USA”. W syryjskim systemie sądownictwa aresztowanie niemal zawsze oznacza bajt chali (pusty dom), tak Syryjczycy mówią na więzienia. Siedzi w nich 4,5 tys. więźniów politycznych. Analizy tygodnika „Economist” plasują Syrię na 157 miejscu (na 167 państw) w rankingu stopnia demokratyzacji, niżej w regionie jest tylko Libia i Arabia Saudyjska.

Niezdrowe witaminy

Nie chodzi jedynie o demokrację, idzie też o dołującą gospodarkę. Podczas jednego z protestów demonstranci podpalili siedzibę firmy Ramiego Machlufa, prezydenckiego kuzyna, telekomunikacyjnego monopolisty. Machluf symbolizuje to, co w Syrii najgorsze: nepotyzm, korupcję i bezwzględność wypaczonego kapitalizmu połączoną z realiami gospodarki centralnie planowanej. Co z tego, że wzrost gospodarczy sięgnął 4,5 proc., skoro bezrobocie przekracza 20 proc., a w 2012 r. Syrii skończą się zasoby ropy.

Zresztą wskaźniki ekonomiczne niewiele mówią o codziennym upokorzeniu. W Syrii niczego nie można załatwić bez znajomości. Syryjczycy nazywają je witaminą W (od arabskiego wasta, koneksje) – im jej więcej, tym lepiej. Witamina W daje kombinatorom władzę, a pokornych znieważa. Sprytni szukają kariery w monopartii Baas, a jeszcze sprytniejsi w służbach siłowych. Armia syryjska liczy 250 tys. żołnierzy i jest jedną z największych i najlojalniejszych na Bliskim Wschodzie (choć wojsko interweniuje tylko w ostateczności).

System sam pozbywa się niewygodnych. Nawet najbardziej uprzywilejowani kończyli tragicznie i w niewyjaśnionych okolicznościach. W 2000 r. samobójstwo popełnił premier, a w 2005 r. – minister spraw wewnętrznych.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną