Wizyta Obamy: czego możemy się spodziewać?

Co ma dla nas Obama
Nadszedł już czas na pragmatyczne rozmowy. Wobec wagi współpracy wojskowej i gospodarczej Polski i USA kwestia wiz schodzi na dalszy plan.
Barack Obama nie ma poza Europą zbyt wielu sojuszników. Jednak na Polskę amerykański prezydent może liczyć.
Jason Reed/Reuters/Forum

Barack Obama nie ma poza Europą zbyt wielu sojuszników. Jednak na Polskę amerykański prezydent może liczyć.

Polscy dyplomaci zapewniają, że bezpieczeństwo wojskowe nie jest wcale najważniejszym rozdziałem wizyty Baracka Obamy w Warszawie. Na fot. F-16 już w Polsce.
Peter Andrews/Reuters/Forum

Polscy dyplomaci zapewniają, że bezpieczeństwo wojskowe nie jest wcale najważniejszym rozdziałem wizyty Baracka Obamy w Warszawie. Na fot. F-16 już w Polsce.

Ciągle przywódca wolnego świata, choć równocześnie Ameryki słabnącej, obolałej, której ani rywale, ani partnerzy nie ułatwiają życia.
White House

Ciągle przywódca wolnego świata, choć równocześnie Ameryki słabnącej, obolałej, której ani rywale, ani partnerzy nie ułatwiają życia.

Zwykle prezydent USA przyjeżdża do Polski na krótko i tylko raz w swej kadencji. Jeśli Barack Obama ma coś usłyszeć w Warszawie osobiście, to tylko teraz. To prezydent wybrany przede wszystkim w Europie, z ogromnymi nadziejami – w okresie największego od dziesięcioleci kryzysu gospodarczego, w latach wojen w Iraku i Afganistanie, niewygaszonych ognisk wielkich globalnych konfliktów. Ciągle przywódca wolnego świata, choć równocześnie Ameryki słabnącej, obolałej, której ani rywale, ani partnerzy nie ułatwiają życia.

Barack Obama nie ma poza Europą zbyt wielu sojuszników. Akurat na Polskę – kraj średniej wielkości, który z sukcesem przeszedł ważną transformację – Obama może liczyć. A my powinniśmy – po amerykańsku, to znaczy twardo i rzeczowo – mówić o perspektywie ściślejszej współpracy Polski z USA w trzech rozdziałach, które są na porządku dnia: bezpieczeństwo, gospodarka i pomoc krajom, które transformację mają przed sobą.

Coś drgnęło

Prezydent Lech Wałęsa mawiał, że nie chce amerykańskiej armii na polskiej ziemi. Zależy mu natomiast na stałej obecności amerykańskich generałów, a to General Electric, General Motors i najlepiej jeszcze paru innych. Dziś polityka polska się zmieniła: chociaż jesteśmy w Sojuszu Atlantyckim, Warszawa nieustannie zabiega o stałą obecność jakiegoś amerykańskiego wojska między Odrą a Bugiem. Marnie to szło całymi latami. Teraz z Obamą coś drgnęło. „Dopracowujemy ramy pierwszej w historii stałej obecności sił amerykańskich na naszej ziemi” – informują nasi dyplomaci zajmujący się sprawami bezpieczeństwa kraju.

Co to będzie? Jeszcze nie wiadomo. Amerykanie używają zwrotu aviation permanent detachement, oddział wydzielony sił powietrznych, żołnierzy wyćwiczonych w przyjmowaniu samolotów. Ilu? Zapewne kilkudziesięciu. – To nie musi być jakaś wielka jednostka – mówi obserwator od lat śledzący te rozmowy. – Nam chodzi raczej o mieszankę symbolu i konkretu. Konkret jest (będzie) niewielki, a dlaczego symbol taki ważny? Ze względu na polskie przewrażliwienie wobec wojskowej retoryki Moskwy, a z drugiej strony na wyraźną awersję Rosji do takiego wyróżnienia Polski przez Amerykę. Problem ma długą historię, lecz dla zrozumienia dzisiejszych rozmów Komorowskiego (i Tuska) z Obamą trzeba rzecz chociaż w skrócie przypomnieć.

Duma i uprzedzenia

Rosyjska awersja ma swoje źródło jeszcze w okresie jednoczenia Niemiec. Niemcy zachodnie należały do NATO, a NRD (w znacznie większym niż Polska stopniu) była ważną bazą wojsk radzieckich. Moskwa zgodziła się wycofać swoich żołnierzy pod warunkiem, że Sojusz Atlantycki nie sprowadzi tam własnych. Kiedy ostatecznie – po długich staraniach – Polskę (a także Czechy i Węgry) zaproszono do NATO w 1997 r., Sojusz obiecał Moskwie, że w nowych krajach członkowskich „w obecnych i możliwych do przewidzenia okolicznościach” nie rozmieści substantial combat forces, „istotnych sił bojowych”.

Dziś wszyscy w NATO zgadzają się, że w Europie prawdopodobieństwo konfliktu jest znikome, wręcz żadne, wielka agresja nikomu na pewno nie zagraża. Jednak obie stolice, Warszawa i Moskwa, zupełnie inaczej oceniają sytuację. Warszawie trudno uznać deklaracje z 1997 r. za obowiązujące po wsze czasy. Trudno też zgodzić się, że Niemcy, Włochy albo Turcja mają wielkie bazy wojsk amerykańskich i sojusznicze instalacje wojskowe, a w Polsce nie ma żadnych. Kilkudziesięciu żołnierzy to na pewno nie jest „istotna siła bojowa”.

Dlaczego z Niemcami, które mają na swej ziemi kilkadziesiąt tysięcy amerykańskich żołnierzy, Rosja żyje za pan brat? Dlaczego wszystkie siły militarne, bazy i instalacje oraz tzw. plany ewentualnościowe (co i jakie oddziały mają robić na wypadek konfliktu) istnieją tylko w starych krajach NATO? Taka mapa odzwierciedla członkostwo gorsze, drugiej kategorii i tworzy strefę „bliskiego sąsiedztwa”, strefę buforową, w której Moskwa zachowuje weto wobec polityki suwerennego kraju.

Najwyraźniej obie strony nie okazują sobie dostatecznego zaufania. Miał je zapewnić traktat CFE – ograniczający siły zbrojne (konwencjonalne) w Europie, zawarty pomiędzy państwami NATO i jeszcze Układu Warszawskiego z końca 1990 r. Układ wkrótce przestał istnieć, powstały nowe państwa i granice, limity czołgów i ciężkiej artylerii należałoby dostosować do nowej sytuacji politycznej i geograficznej. Przystosowany do zmian traktat CFE podpisano w Stambule w 1999 r. (roku naszego przystąpienia do NATO). I tu zaczynają się schody – traktatu nigdy nie ratyfikowano.

Co gorsza, Moskwa w 2008 r. zawiesiła stosowanie dawnego traktatu z 1990 r. Wytworzyła się sytuacja bardzo niezdrowa: Rosja ani nie przyjmuje natowskich inspekcji, ani nie przekazuje nam informacji wojskowych. A my jednostronnie udzielamy informacji o swoich siłach, gdyż uważamy układ CFE za obowiązujący.

Oczywiście w XXI w., w kryzysie finansowym i przy braku zagrożenia – znaczenie limitów na czołgi i artylerię jest symboliczne, a sama rozmowa o tym dość absurdalna. W CFE i w stosunkach z Rosją w ogóle chodzi bardziej o otwartość, przejrzystość i zaufanie – tłumaczy polski ekspert. Na przykład: jakie intencje ma Rosja, kiedy szumnie ogłasza program modernizacji sił zbrojnych? Albo – jaką ma broń jądrową w Kaliningradzie i co z nią chce zrobić?

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną