Katastrofa Airbusa - 3 lata później

Przepadł
Dwa lata po katastrofie samolotu lecącego z Rio do Paryża wydobyto z Atlantyku czarne skrzynki. Jak 200-tonowy Airbus mógł nagle runąć z nieba? I dlaczego piloci przez trzy i pół minuty nie zdołali go opanować?
Czarna skrzynka z roztrzaskanego Airbusa A330. Do Francji przewieziono ją w specjalnym pojemniku, by nie skorodowała w kontakcie z powietrzem.
Charles Platiau/Reuters/Forum

Czarna skrzynka z roztrzaskanego Airbusa A330. Do Francji przewieziono ją w specjalnym pojemniku, by nie skorodowała w kontakcie z powietrzem.

Szczątki zaginionego Airbusa odnaleziono na głębokości 3,9 km.
HUMBERTO DE OLIVEIRA/MAXPPP/Forum

Szczątki zaginionego Airbusa odnaleziono na głębokości 3,9 km.

Corinne Soulas pokazuje zdjęcie córki Caroline, która zginęła z mężem w katastrofie.
Wawrzyniec Smoczyński/Polityka

Corinne Soulas pokazuje zdjęcie córki Caroline, która zginęła z mężem w katastrofie.

Robert Soulas: – Nie spodziewaliśmy się, że razem z czarnymi skrzynkami znajdą ciała.
Wawrzyniec Smoczyński/Polityka

Robert Soulas: – Nie spodziewaliśmy się, że razem z czarnymi skrzynkami znajdą ciała.

Caroline jest wszędzie. 24-letnia dziewczyna uśmiecha się ze zdjęcia na kredensie, na regale, koło kominka, nawet z bukietu kwiatów na stole. Przy niektórych są wiersze, gdzie indziej życzenia na 25 urodziny, wszędzie ten sam pewny wyraz twarzy, młoda kobieta u progu dorosłego życia. – Mieli lecieć w kwietniu na Bali, ale Caroline zgubiła paszport – opowiada Corinne Soulas, pokazując zdjęcia córki. Sébastien pracował jako steward w Air France, jego żona miała prawo do darmowych biletów, w Rio byli już dwa razy. On obsługiwał pasażerów, ona leciała jako osoba towarzysząca. – Specjalnie wziął tę trasę, by mogli spędzić razem cztery dni – mówi matka Caroline.

Ojciec Sébastiena zadzwonił o 11 rano, był 1 czerwca 2009 r. – Zapytał, czy znam numer lotu dzieci, bo samolot z Rio zniknął podobno z radarów – mówi Corinne z pogodnym wyrazem twarzy. Zaczęła szukać w komputerze, potem włączyła telewizor i zobaczyła czerwony pasek na dole ekranu. – Wpadłam w panikę, przyjaciele zabrali mnie na lotnisko, choć właściwie nie wiem po co – mówi. Do ojca Caroline, który pracował na kontrakcie w Abu Zabi, zadzwoniła przyjaciółka rodziny, Corinne nie była w stanie powiedzieć mężowi, co się stało. – Gdy zobaczyłam informację na pasku, wiedziałam, że nie ma na co czekać. Że to koniec.

Jak kamień w wodę

Lot Air France 447 startuje z Rio de Janeiro o 22.00 czasu GMT. Airbus A330 bierze na pokład 216 pasażerów i 12 członków załogi, w tym 61 Francuzów, 58 Brazylijczyków i 26 Niemców. Pasażerowie już śpią, gdy samolot kieruje się nad ocean, o 1.33 piloci nawiązują ostatni kontakt radiowy z brazylijską kontrolą lotów. Kwadrans później maszyna wylatuje poza zasięg ostatniego radaru na wyspie Fernando de Noronha – lot 447 rozpoczyna skok przez Atlantyk, za 30 minut ma minąć punkt TASIL w pół drogi między Ameryką a Afryką i zameldować się w senegalskiej kontroli lotów. Do tego czasu samolotu nikt nie widzi ani nie słyszy. I już nie usłyszy.

Gdy wieża w Dakarze czeka na meldunek, do centrum serwisowego Airbusa w Tuluzie spływają przez satelitę 24 automatyczne komunikaty: samolot o numerze F-GZCP zgłasza błędy prędkościomierzy, komputerów pokładowych i klimatyzacji, a także wyłączenie autopilota i automatycznej kontroli ciągu. Ostatni sygnał z 2.14 wskazuje na to, że maszyna spada z dużą prędkością. Ale kontrolerzy lotów nie mają dostępu do tych informacji, alarm podniosą dopiero cztery godziny później, najpierw szukają Airbusa w sąsiednich strefach w nadziei, że zmienił kurs. Akcja ratunkowa rusza o świcie, na trzy godziny przed planowym przylotem do Paryża.

Na lotnisku de Gaulle’a bliscy pasażerów jeszcze nic nie wiedzą, spokojnie patrzą w ekrany, czekając na potwierdzenie, że samolot z Rio wylądował. Dopiero 20 minut po terminie służby informują, że samolot nie jest spóźniony, tylko „zaginął”.

Zaginął, bo brazylijscy piloci wojskowi, którzy przeczesują ocean wokół punktu TASIL, nie mogą nic znaleźć: nie ma kadłuba unoszącego się na falach, nie ma szczątków roztrzaskanego samolotu, nie ma nawet plamy po paliwie. 200-tonowy Airbus przepadł jak kamień w wodę. Wieczorem prezydent Francji informuje rodziny, że „szanse na znalezienie żywych są nikłe”.

Dopiero ósmego dnia poszukiwań brazylijska marynarka wojenna wyławia z morza pionowy statecznik w barwach Air France. 650 km na północny wschód od Fernando de Noronha okręty znajdują więcej szczątków: fragmenty poszycia, fotele stewardes, szafki kuchenne i 50 ciał. Nie noszą śladów ognia, co wyklucza eksplozję, są natomiast nagie, zapewne wskutek gwałtownego zderzenia z wodą. Potwierdzą to późniejsze autopsje: ofiary mają wielokrotne złamania kości. Ale ciał pozostałych 178 pasażerów, w tym Caroline i Sébastiena, nie ma. Nie ma też reszty samolotu ani czarnych skrzynek, które opowiedziałyby, co zdarzyło się tamtej nocy nad Atlantykiem.

Szukali, żeby nie znaleźć?

Robert Soulas to spokojny człowiek. Nie jest zaślepiony tragedią, nie rzuca oskarżeń na prawo i lewo, za każdym razem zastrzega, jak wiele na temat katastrofy wciąż nie ustalono. Przez 30 lat projektował elektronikę do sterowania czołgami, teraz próbuje zrozumieć, co się stało z samolotem, w którym zginęła jego córka. Ale najpierw trzeba było go znaleźć, a to nie doszłoby do skutku, gdyby nie presja stowarzyszenia rodzin ofiar, którego Soulas jest wiceprzewodniczącym. – Na początku miałem zaufanie do poszukiwań – mówi. – Ale po trzech nieudanych próbach nabrałem wątpliwości, czy oni rzeczywiście chcą znaleźć ten samolot – mówi.

Gdy poszukiwania lotnicze nie przyniosły rezultatu, w połowie czerwca 2009 r. w rejon katastrofy popłynęły statki ze sprzętem nasłuchowym. Francuski okręt podwodny Emeraude i dwie sondy US Navy miały wychwycić sygnał z nadajników radiolokacyjnych w samolocie. W Airbusie A330 jest ich w sumie pięć: dwa w czarnych skrzynkach powinny były uruchomić się wskutek wstrząsu, dwa w kokpicie wymagały ręcznego włączenia przez pilotów, piąty, umieszczony w ogonie, powinien zacząć nadawać po zalaniu wodą. Wszystkie miały zasięg do 2 km i zasilanie na co najmniej 30 dni pracy.

Statki „przesłuchały” obszar w promieniu 80 km od tzw. punktu LKP, Last Known Position, ostatniej znanej pozycji samolotu. Bez skutku. Latem 2009 r. ruszyła druga faza poszukiwań, tym razem za pomocą sonarów: bezzałogowe statki podwodne sondowały dno morskie w poszukiwaniu nienaturalnego kształtu. Znowu nic. – Już wtedy mówiliśmy, żeby szukali blisko LKP – mówi Soulas. Ale francuskie władze zleciły symulację dryfu szczątków znalezionych na powierzchni, z której wynikało, że wrak powinien leżeć 50 km na północ od ostatniej znanej pozycji. Tam też wysłano sonary w trzeciej fazie poszukiwań w ubiegłym roku. I nic nie znaleziono.

Szukali wszędzie, tylko nie w środku. Akurat tam na dnie morza rozpościera się równina, którą można było przeczesać o wiele szybciej niż góry dookoła – dziwi się Soulas. Po trzech próbach i 30 mln euro wydanych przez Air France i Airbusa władze były bliskie zakończenia poszukiwań. Ale rodziny ofiar nie odpuściły: pod ich naciskiem rząd zlecił ostatnią próbę, tym razem w samym środku. 4 kwietnia amerykańskie sondy Remus sfotografowały niezwykły krajobraz: silniki i podwozie Airbusa sterczące z dna Atlantyku na głębokości 3,9 tys. m. Szczątki samolotu leżały zaledwie 11 km od ostatniej znanej pozycji, w niektórych fotelach tkwiły wciąż ciała pasażerów.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną