Świat

Pat po placu

Egipt – kluczowe państwo w regionie

Międzynarodowy Fundusz Walutowy spodziewał się, że egipska gospodarka urośnie o około 5 proc. Dzisiejsze szacunki są odwrotne, recesja sięgnie nawet 4 proc. Międzynarodowy Fundusz Walutowy spodziewał się, że egipska gospodarka urośnie o około 5 proc. Dzisiejsze szacunki są odwrotne, recesja sięgnie nawet 4 proc. Lin Yiguang/Xinhua / Fotolink
Prawie pół roku po rewolucji Egipt szykuje się do wyborów. Ludzie zdobyli wolność, ale o poprawie bytu nie ma mowy.
Suk w Kairze. Egipcjan bardziej dziś obchodzi gospodarka niż demokracja.Axiom/Forum Suk w Kairze. Egipcjan bardziej dziś obchodzi gospodarka niż demokracja.
Topnieją rezerwy walutowe, do końca roku w budżecie pojawi się dziura głęboka na kilkanaście miliardów dolarów.Kodak Agfa/Flickr CC by 2.0 Topnieją rezerwy walutowe, do końca roku w budżecie pojawi się dziura głęboka na kilkanaście miliardów dolarów.

Pierwsze prawdziwie wolne wybory w liczącej 5 tys. lat historii najludniejszego i najważniejszego państwa arabskiego! Takie efektowne hasła zachęcają do wrześniowego głosowania. Partię obalonego prezydenta Hosniego Mubaraka zdelegalizowano, choć cieszy się nadal blisko 10-proc. poparciem. Za to w wyborach zamierza wziąć udział aż kilkadziesiąt komitetów, partii i partyjek. O zdecydowanej większości ugrupowań, powstałych już po zwycięstwie rewolucji, Egipcjanie nie słyszeli i pewnie nigdy więcej nie usłyszą.

Równie bujnie rozkwitają nowe tytuły prasowe, nowe rozgłośnie, gazety i stacje telewizyjne. Ich właściciele wreszcie nie muszą się już spowiadać i opłacać urzędnikom kiedyś wszechmocnej, a dziś już nieistniejącej agencji bezpieczeństwa państwa. Pierwszą telewizją-dzieckiem rewolucji jest Al Tahrir. Nazwana tak na cześć placu, na którym miliony wywalczyły zwycięstwo nad poprzednim reżimem. Stacja ma służyć jako niezależna platforma dla młodych demonstrantów, na jej sukces zaczęli pracować znani dziennikarze, w tym m.in. Mahmud Saad, popularny gospodarz programów publicystycznych w drugim kanale egipskiej telewizji.

Saad niedawno rozmawiał na antenie z jednym z bohaterów wydarzeń na placu, z blogerem i dziennikarzem Hossamem Hamalawym. Wywiad (telefoniczny) szedł gładko, dopóki Hamalawy nie stwierdził, że armia – jak każda instytucja państwowa utrzymywana z podatków – powinna podlegać społecznemu nadzorowi. Doświadczony Saad nie pozwolił gościowi dokończyć myśli i natychmiast podziękował mu za udział w programie. Skąd ta autocenzura? W nowym Egipcie nawet zawoalowana krytyka armii, która jeszcze do jesieni będzie stać na straży porządku publicznego, może być przyczyną sporych nieprzyjemności.

Zwycięzcy rewolucji

Najwyżsi wojskowi, członkowie rady, która pod przewodnictwem ministra obrony przejęła obowiązki głowy państwa, na żartach się nie znają. Rozesłali do wszystkich redakcji okólnik, zgodnie z którym materiały dotyczące armii i jej roli powinny być konsultowane, oczywiście z oficerami. Zachętą do zgodnej współpracy stał się wyrok wydany przez sąd wojskowy w sprawie blogera Maikela Nabila, który spędzi trzy lata w więzieniu za zbyt otwartą krytykę generałów. Dziennikarze i redaktorzy byli wzywani na rozmowy uświadamiające do jednostek wojskowych (rzecznik armii nie nazywa tego wezwaniami, raczej zaproszeniami na przyjacielskie pogawędki).

Krytyka armii nie jest bezzasadna, zwłaszcza że prawdą okazały się pogłoski o torturowaniu aresztowanych demonstrantów oraz o tzw. teście dziewictwa, któremu były poddawane zatrzymane kobiety, by nie mogły twierdzić, że zostały zgwałcone w wojskowym areszcie. Generałowie znaleźli się w trudnej sytuacji: gdy brali władzę, demonstranci z placu Tahrir widzieli w nich sprzymierzeńców. Teraz wydają się coraz większą przeszkodą w demokratyzacji społeczeństwa.

Im samym bardziej zależy na jak najszybszym przekazaniu władzy z powrotem cywilom, by z ulgą powrócić do tradycyjnej roli arbitra. Wiedzą, że to oni mogą stać się celem kolejnego wybuchu społecznego niezadowolenia, tym bardziej że Egipcjanie nadal wychodzą na ulice. 28 czerwca, na spokojnym od miesięcy placu Tahrir, kairczycy starli się z policją, około tysiąca osób zostało rannych. Od upadku Hosniego Mubaraka tylko w samym Kairze w regularnych bitwach chrześcijańskich Koptów (stanowiących 10 proc. społeczeństwa) z wyznawcami Proroka zginęło już kilkadziesiąt osób, kilkaset odniosło rany, a kilka kościołów puszczono z dymem.

Rewolucja zmiotła państwo znienawidzonego reżimu Mubaraka, policjanci zrzucili mundury. Jednak oprócz ścigania przestępców zajmowali się oni także wydawaniem paszportów, aktów zgonu i urodzenia oraz kierowaniem ruchem na skrzyżowaniach, więc teraz powszechnie wzrosło poczucie zagrożenia. Na dodatek jazda po ulicach Kairu i Aleksandrii, która nigdy nie była łatwa, stała się zupełnym koszmarem. Nad tym chaosem generałowie próbują zapanować siłą i mają nadzieję, że sprawdzi się przygotowany przez nich kalendarz zmian politycznych. Wrześniowy parlament wyłoni 100-osobowy komitet, który napisze konstytucję (raczej nie będzie w niej zapisu o świeckości państwa), przyjdzie też czas na wybór nowego prezydenta.

Jak na razie jest słaby rząd przejściowy, złożony z fachowców i byłych ludzi Mubaraka. Jego głównym zadaniem jest ratowanie gospodarki, tak by można było spłacić rachunki rewolucji wystawione przez tygodnie niepokojów, zamkniętą giełdę, odwrót inwestorów i zamknięcie w więzieniach wielu prywatnych przedsiębiorców i szefów państwowych firm. Nie przez przypadek żądania odejścia Mubaraka poprzedziły protesty przeciw wysokim cenom żywności.

 

Zimą Międzynarodowy Fundusz Walutowy spodziewał się, że egipska gospodarka urośnie o około 5 proc. Dzisiejsze szacunki są odwrotne, recesja sięgnie nawet 4 proc. W praktyce pikujące wskaźniki oznaczają, że nieubłaganie poszerzy się rzesza biedoty. W 83-milionowym Egipcie 20 proc. mieszkańców żyje za mniej niż 2 dol. dziennie, bezrobocie przekracza 20 proc. i rośnie, przy czym demografowie wskazują, że największą grupę społeczną tworzą osoby między 15 a 20 rokiem życia i to przede wszystkim dla nich brakuje pracy.

Rewolucja, razem z wojną domową w sąsiedniej Libii, wystraszyła turystów. Branża turystyczna każdego miesiąca traci aż miliard dolarów. Topnieją rezerwy walutowe, do końca roku w budżecie pojawi się dziura głęboka na kilkanaście miliardów dolarów, którą prawdopodobnie uda się zasypać dzięki wsparciu międzynarodowych instytucji finansowych i naftowych monarchii znad Zatoki Perskiej. Rząd próbuje ratować sytuację, podwyższając płacę minimalną do równowartości około 400 zł i obiecując programy społeczne, między innymi szkolenia zawodowe oraz tanie budownictwo.

Odłożono natomiast inną, bolesną reformę: dopłat do żywności i paliw, które w tym roku pochłoną blisko jedną dziesiątą PKB. Subsydia stały się symbolem ery Mubaraka, niewydajnym, przeciekającym systemem, stwarzającym pokusy do nieograniczonej korupcji. Państwo dopłaca do żywności (której 40 proc. pochodzi z importu), mimo że najbiedniejsi często nie potrafią przełamać administracyjnych barier i wcale nie mają dostępu do sieci dystrybuującej tanią żywność. Jest pewne, że rewolucja zmieni charakter egipskiej gospodarki, w której decydujący głos miało państwo, prywatna inicjatywa była wątła, a prawdziwe interesy robiło się tylko z państwem lub wojskiem.

Według ostatnich sondaży przygotowanych przez ośrodek Pew, właśnie kondycja gospodarki – a nie marzenie o demokracji – najbardziej interesuje Egipcjan i była motorem powstania przeciwko Mubarakowi (na niesatysfakcjonującą sytuację finansową wskazało dwie trzecie pytanych, postępy demokracji miały znaczenie tylko dla 19 proc.). Jednocześnie aż 95 proc. uprawnionych do głosowania chce pójść do najbliższych wyborów, choć nie wie, na kogo odda głos.

Stąd wydaje się coraz bardziej prawdopodobne, że prawdziwymi zwycięzcami rewolucji staną się ugrupowania islamskie, mimo że sama rewolucja nie miała religijnego charakteru. Była żywiołowa i nieprzygotowana przez żadną konkretną partię. Ręka w rękę na placu Tahrir protestowali członkowie Bractwa Muzułmańskiego, liberałowie i radykalni muzułmanie. Partie z prawdziwego zdarzenia dopiero się tworzą, tyle że nie mają liderów albo inaczej – jest ich za dużo. Żaden z trybunów, którzy byli na placu, nie wyrósł na egipskiego Lecha Wałęsę.

Jak zmienić Egipt?

Najlepiej zorganizowanym ruchem społecznym i politycznym jest Bractwo Muzułmańskie. Przez lata bracia działali nielegalnie, teraz mają widoki na przejęcie sporej części władzy po wyborach. W odróżnieniu od innych ugrupowań Bractwo ma świetnie zorganizowane struktury. Codziennie docierają do najmniejszych miejscowości, w których rozdają żywność – chleb, oliwę, mięso i suszone ryby, noszą lekarstwa chorym. Popularność Bractwa (15 proc. w sondażu Pew) i jego religijny program rodzą spore obawy. Podobne budzą islamiści (około 1 proc. poparcia), zresztą dystansujący się od Bractwa (z wzajemnością), którzy we wrześniowych wyborach mogliby zdobyć wystarczająco dużo głosów, by zmienić Egipt w teokrację na wzór irański albo chociaż skrępować kobiecą obyczajowość, utrudnić dostęp do alkoholu oraz zacieśnić więzy państwa z meczetem. Bractwo też nie rodzi dobrych skojarzeń i nie brak ostrzeżeń, że przywiązanie do demokracji to tylko wyborcze, kunktatorskie deklaracje.

Wszak Bractwo powstało w 1928 r. po upadku imperium osmańskiego, by odbudować wielkie państwo muzułmańskie, później wspierało Hamas i Hezbollah, nie uznaje Izraela, związani są z nim liczni członkowie Al-Kaidy, włącznie z jej obecnym szefem Egipcjaninem Ajmanem Zawahirim. Jednak mimo wszystko specjaliści od spraw bliskowschodnich radzą w Bractwie widzieć raczej partię mieszczańską, taki muzułmański odpowiednik CSU, a więc chrześcijańskiej prawicy w Bawarii, a nie zrzeszenie radykałów kibicujących Al-Kaidzie. Sami bracia twierdzą zaś, że świeccy liberałowie nie mają racji, gdy mówią, że to oni zrobili rewolucję, a Bractwo ją zawłaszcza.

Na pytanie, dokąd podąży Egipt po wyborach, eksperci wskazują trzy scenariusze. Pierwszy – Egipt może się pogrążyć w anarchii i zacząć przypominać Pakistan. Drugi – przekształci się w odmianę irańskiej teokracji. Scenariusz optymistyczny to przysposobienie modelu tureckiego. Jeszcze w latach 90. podobnej wielkości Turcja była równie biedna jak dzisiejszy Egipt, zmagała się z podobnymi problemami i jeszcze wyższą inflacją. Po 20 latach awansowała, przynajmniej według kryteriów statystyków Banku Światowego, do grupy państw zamożnych (PKB na głowę mieszkańca Turcji to 13 tys. dol., ponad dwa razy więcej niż 20 lat temu i dwukrotnie więcej niż dziś w Egipcie). W 2010 r. do Turcji przyjechało 28 mln turystów; do Egiptu, wtedy jeszcze spokojnego, zaledwie 11 mln. Wreszcie podobnie umiarkowany islamizm partii premiera Recepa Tayyipa Erdoğana scementował Turcję bardziej niż ktokolwiek od czasów Atatürka. Nawet turecki model armii może być dla armii egipskiej do przyjęcia.

Zachodowi bardzo zależy na powodzeniu Egiptu – kluczowego państwa w regionie. Nikt jednak nie gwarantuje optymizmu.

Polityka 29.2011 (2816) z dnia 12.07.2011; Świat; s. 43
Oryginalny tytuł tekstu: "Pat po placu"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną