Świat

Tłok na Skale

Monako: raj dla bogaczy

Fontvieille - najmłodsza dzielnica Monako. Jest niewielka, mieszka tu 4 tys. osób, do tego przystań jachtowa, kilka fabryczek, w tym manufaktura produkująca samochody elektryczne. Fontvieille - najmłodsza dzielnica Monako. Jest niewielka, mieszka tu 4 tys. osób, do tego przystań jachtowa, kilka fabryczek, w tym manufaktura produkująca samochody elektryczne. Corbis
Dynastia Grimaldich od pokoleń zarabia na próżności bogaczy. Książęcy blichtr i niekończące się skandale tylko przyciągają bogatych gapiów.
Jeśli w książęcym domu dojdzie do rychłego rozwodu, Charlene Wittstock opuści księstwo znacznie bogatsza.RAJESH JANTILAL/AFP/EAST NEWS Jeśli w książęcym domu dojdzie do rychłego rozwodu, Charlene Wittstock opuści księstwo znacznie bogatsza.
W Monako mieszka 36 tys. osób. Na fot. uliczki Starego Miasta.Tab59/Flickr CC by SA W Monako mieszka 36 tys. osób. Na fot. uliczki Starego Miasta.

Ach, co to miał być za ślub. Panna młoda w sukni od Armaniego, pan młody – prawdziwy książę, wśród gości koronowane głowy, prezydenci, gwiazdy biznesu, piosenki, mody i kina. W romantycznej scenerii Lazurowego Wybrzeża 53-letni Albert II Grimaldi poślubił w lipcu młodszą o 20 lat Charlene Wittstock, byłą pływaczkę olimpijską z Południowej Afryki. Nie było straganowego kiczu, jak przy ślubie księcia Williama i Kate Middleton. Wzory pamiątek zatwierdzał dwór, który postarał się, żeby całość stała się wzorem elegancji, jak ślub ojca Alberta i hollywoodzkiej gwiazdy Grace Kelly w 1956 r.

Tylko księżna Monako ma smutniejszą minę niż promienna panna Middleton, dziś już księżna Cambridge. „W ten sposób babcie całują swoje wnuczęta” – tak pierwszy balkonowy pocałunek komentował ekspert od mowy ciała Vincent Harris dla serwisu plotkarskiego „Hollywood Life”. Prasa, zwłaszcza francuska, na godziny przed ślubem bombardowała sensacyjkami, że Albert ma trzecie nieślubne dziecko (jeszcze nienarodzone, do dwóch już podrośniętych książę się przyznaje), więc Wittstock spróbuje uciec sprzed ołtarza i da nogę do Paryża.

Wścibscy dziennikarze ustalili również, że podczas miesiąca miodowego na południu Afryki nowożeńcy – to akurat prawda – spali w różnych hotelach, zaczęły krążyć fotografie wymuszonych pocałunków, co uznano za potwierdzenie spekulacji, że bajkowy związek pływaczki i księcia został jednak zaaranżowany. Tylko po to, by nowa monakijska księżna powiła wreszcie Albertowi prawowitego potomka.

Książe na żer

Po powrocie z krótkiej podróży poślubnej Albert zaprosił do pałacu redaktorów miejscowych gazet i obsztorcował za rozgłaszanie nieznośnych plotek, mówiąc przy tym, że „w Monako jest jedna, może kilka osób, które chcą wyrządzić nam krzywdę”. Kim są wrogowie księcia, nie wiadomo, ale zarówno Albert, jak i jego siostry wielokrotnie dawali strawę tabloidom.

Sam książę, przez kilka dekad najlepsza partia Europy, wiódł żywot sportowca z zamiłowaniem do dyskotek i przelotnych romansów. Księżna Karolina ma za sobą trzy śluby – pierwszy z paryskim finansistą unieważnił papież, drugi mąż zginął podczas wyścigu łodzi motorowych. Od 12 lat związana jest z księciem Hanoweru Ernstem Augustem, słynącym z wybuchowego charakteru. Książę spoliczkował swego czasu kenijskiego hotelarza, sfotografowano go także na Expo w Hanowerze, jak oddawał mocz na ścianę pawilonu tureckiego. Druga siostra Alberta, Stefania, próbowała kariery piosenkarki i poślubiła kolejno swojego ochroniarza (zdradził ją z belgijską miss topless), komendanta żandarmerii i akrobatę cyrkowego. Ze wszystkimi się rozwiodła.

Księstwo kwitnie niezależnie od perypetii miłosnych rodziny Grimaldich. I ma coraz lepsze widoki na przyszłość, bo branża dóbr naprawdę luksusowych ogłasza koniec kryzysu. Majątki milionerów odzyskują wartość, nadgryzioną przez globalną recesję, ich właściciele wpadają w lepszy nastrój i znów lżejszą ręką kupują nowe jachty, helikoptery i samochody. A co dobre dla Rolls-Royce’a i Bentleya, dobre dla Monako. Ci, którzy dla komfortu osiedlili się w księstwie, utrzymują, że nigdzie w Europie nie można wygodniej korzystać z luksusów.

Mniej niż w Sopocie

Na pierwszy rzut oka trudno dać wiarę monakijskim wygodom, skoro drugie po Watykanie najmniejsze państwo świata to zaledwie 198 szczelnie zabudowanych hektarów i wypielęgnowanych ogrodów. W Monako mieszka 36 tys. osób, niewiele mniej niż w Sopocie, ale państewko, wciśnięte między morze i góry, ma powierzchnię nowojorskiego Central Parku, wskutek czego jest zaludnione aż 13 razy gęściej niż Pekin. Brak miejsca dokucza tu od zawsze, skutecznie blokuje pole manewru deweloperom i winduje ceny mieszkań do najwyższych na świecie. Podobnie jest w leżących po sąsiedzku francuskich kurortach Saint Tropez i na półwyspie Ferrat.

W Monako 20 tys. euro za metr kw. można uznać za niebywałą okazję, ceny sięgają 45 tys. i szybują do ponad 50 tys. w najbardziej prestiżowych zakątkach, czyli w okolicach słynnych kasyn Monte Carlo. Na mieszkanko z jedną sypialnią, często bez widoku na jachty kołyszące się w przystani, trzeba odłożyć około 2 mln euro, coś nieco większego i z oknami na Morze Liguryjskie kosztuje już kilkanaście milionów. Górny pułap wyznaczyli niedawno bracia Nick i Christian Candy, znani brytyjscy handlarze nieruchomości: jesienią zeszłego roku sprzedali „anonimowemu nabywcy z Bliskiego Wschodu” penthouse o powierzchni, bagatela, 1600 m kw. za prawie ćwierć miliarda euro.

Bracia zostali pośrednikami najdroższego mieszkania, jakie kiedykolwiek znalazło kupca, nabywca stał się natomiast właścicielem rezydencji w La Belle Epoque, jednej z najbardziej znanych kamienic w księstwie, wzniesionej w czasach XIX-wiecznej chwały Monako. Apartament zajmuje dwie najwyższe kondygnacje, ma własne kino, bibliotekę, spa i ogrody. Przed generalnym remontem mieszkał w nim Edmond Safra, emerytowany libański bankier, który zmarł tu wskutek pożaru, wznieconego przez swego niewdzięcznego pielęgniarza.

 

 

Ekspansja Monako

Skała, jak nazywają księstwo jego mieszkańcy, rozmaicie radzi sobie z ciasnotą. Zaporowe ceny nieruchomości dopingują deweloperów, by budować, gdzie tylko można, w rezultacie światło nie dociera do wielu ulic, skutecznie zasłaniają je wielopiętrowe budynki walczące o widok. Dlatego ojciec obecnie panującego księcia Alberta, zmarły w 2005 r. Rainier III, już w latach 60. postanowił, że Monako ucieknie w morze. Tak powstała najmłodsza dzielnica Fontvieille. Jest – jak wszystko w Monako – niewielka, mieszka tu 4 tys. osób, do tego przystań jachtowa, kilka fabryczek, między innymi manufaktura produkująca samochody elektryczne.

W Fontvieille leży także stadion występującego w lidze francuskiej piłkarskiego klubu AS Monaco. Drużyna grała wyjątkowo słabo i wiosną spadła do drugiej ligi, choć w poprzednich sezonach odnosiła znaczne międzynarodowe sukcesy. W księstwie nie ma lotniska, zastępuje je położony tuż przy stadionie heliport, skąd w 7 minut śmigłowiec dociera do portu lotniczego w pobliskiej Nicei (200 euro w obie strony). Fontvieille cały czas się rozbudowuje i właśnie na terenach odebranych morzu Monako będzie prowadziło lądową ekspansję.

Mimo że Monako przestaje być już rajem podatkowym z prawdziwego zdarzenia, bo wiele państw wymogło na księciu wgląd w tajemnice banków i urzędów, amatorów na osiedlenie się w księstwie nie brakuje. Najbardziej pożądany jest status rezydenta. Z 36 tys. mieszkańców tylko kilka tysięcy osób to rdzenni mieszkańcy, wcale nie najbogatsi, mówiący miejscowym dialektem monegaskim. Codziennie przyjeżdża też do księstwa prawie 50 tys. Francuzów i Włochów, którzy pracują dla 30 tys. cudzoziemskich poddanych Alberta. Zresztą książę z wieloma z nich się przyjaźni – albo nie wadzi mu, że ktoś się na zażyłość z nim powołuje – chętnie uświetnia przyjęcia, bale, konferencje i festiwale, pozuje do zdjęć w samochodach i galeriach sztuki. Zmienił się też w statecznego, odpowiedzialnego władcę, któremu leży na sercu ocieplenie klimatu i topniejące lody wokół biegunów, dokąd podróżował, by zobaczyć, jak Arktyka zmieniła się od czasów, gdy eksplorował ją jego dziadek.

Wejście do elitarnego klubu rezydentów nie jest ani proste, ani tanie. Trzeba mieć spory majątek i dobrą opinię, by swoimi działaniami nie narazić na szwank reputacji państwa. Kusi uwolnienie od podatkowych ciężarów, zwłaszcza zerowy podatek dochodowy (tylko nie dla Francuzów) i prywatność. I ta atmosfera! Jej cena jest dość wygórowana, ale w zamian dostaje się ponad 300 słonecznych dni w roku, elitarne towarzystwo oraz poczucie bezpieczeństwa, gwarantowane przez do przesady podejrzliwą policję.

Rozrywki na skale

Sukces Monako to dzieło rodziny Grimaldich, która od średniowiecza panuje nad tym kawałkiem skalistego wybrzeża. W XIX w. w Monako rozkwitł hazard, zakazany w innych częściach fantastycznie rozwijającej się Europy. Graczy nie brakowało, europejska arystokracja, przemysłowcy i nouveaux riches wczasowali na południu Francji, od kiedy sieć kolejowa oplotła kontynent, fortuny mogli tracić arcybogaci Rosjanie, docierający z Moskwy i Petersburga do stolików Monte Carlo w ciągu ledwie paru dni.

Kiedy hazard stał się legalny we Włoszech i Francji, Monako postawiło na wyścigi samochodowe, kolejną drogą i elitarną rozrywkę, bez której nie można wyobrazić sobie dzisiejszego księstwa. Od zawsze zarabiało na przyjmowaniu jachtów i coraz więcej na organizacji festiwalu telewizyjnego i cyrkowego oraz na niezliczonych zjazdach i konferencjach. Dochód księstwa z kasyn, obsługi turystów i podatku VAT od tysięcy zegarków, biżuterii i dzieł sztuki, sprzedawanych co roku w Monako, przeliczony na głowę mieszkańca jest jednym z najwyższych na świecie.

Ogromna część zysków księstwa trafia do rodzinnej firmy Grimaldich, założonego w 1863 r. Towarzystwa Kąpieli Morskich, właściciela m.in. domów gry, kilku hoteli, kilkunastu barów, dyskotek, opery, uzdrowisk, château we francuskiej Pikardii, 20 proc. udziałów w firmie energetycznej na Tahiti, a także tysięcy hektarów ziemi uprawnej we Francji, co czyni z księcia Alberta potężnego odbiorcę unijnych dopłat do rolnictwa. Jeśli w książęcym domu dojdzie do rychłego rozwodu – jak już plotkują zawistnicy – Charlene Wittstock z pewnością opuści księstwo znacznie bogatsza.

Polityka 31.2011 (2818) z dnia 26.07.2011; Świat; s. 46
Oryginalny tytuł tekstu: "Tłok na Skale"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

Wojna secesyjna: arystokrata Lee kontra łachmyta Grant

150 lat temu skończyła się wojna secesyjna. Armiami stron dowodzili generałowie Robert Edward Lee i Ulisses Grant. Reprezentowali dwie bardzo odmienne wersje sukcesu z amerykańskiego snu.

Grzegorz Mathea
14.04.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną