Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Duma Kurdów

Kurdowie w Iraku mają się dobrze. Na razie

Niezależny północny Irak, ojczyzna prawie 5 mln Kurdów, staje się magnesem dla ludności kurdyjskiej w Turcji. Niezależny północny Irak, ojczyzna prawie 5 mln Kurdów, staje się magnesem dla ludności kurdyjskiej w Turcji. Johannes Eisele/REUTERS / Forum
Nowe drogi, rezydencje rosnące jak grzyby po deszczu, ekskluzywne hotele, centra handlowe i restauracje. Północny Irak – duma Kurdów, zarówno irackich, jak i tureckich – to na tle reszty kraju oaza spokoju. Do czasu.
Arbil - miasteczko w irackim Kurdystanie. Tu dzieci mogą bezpiecznie bawić się na ulicach.EK Pictures Arbil - miasteczko w irackim Kurdystanie. Tu dzieci mogą bezpiecznie bawić się na ulicach.
Do Arbil dotarły też zachodnie rozrywki.Azad Lashkari/Reuters/Forum Do Arbil dotarły też zachodnie rozrywki.

Wśród wykładowców – Turków i tureckich Kurdów – jadących autobusem z Turcji na konferencję w północnym Iraku rośnie napięcie. Wielu z nich, choć mieszka kilkadziesiąt kilometrów od Iraku, dziś przekroczy granicę po raz pierwszy w życiu. Dostrzegłszy grupę peszmergów (kurdyjskich żołnierzy, dosłownie „wojowników śmierci”), obsadzających iracką część granicy, Rezan zaczyna trzaskać komórką zdjęcie za zdjęciem. Gdy podjeżdżamy na odległość kilku metrów od granicy, jego wzrok, wspinając się po wyrastającym naprzeciwko maszcie, zatrzymuje się na czerwono-biało-zielonej fladze irackiego Kurdystanu, która trzepocze tuż koło irackiej. – Jestem Kurdem, ale po raz pierwszy w życiu widzę kurdyjską flagę. To niesamowite uczucie – mówi, krztusząc się niemal ze wzruszenia.

Podczas kontroli paszportowej prawie wszyscy Kurdowie – z Rezanem włącznie – odłączają się od swoich tureckich współpasażerów, by obfotografować peszmergów. Ci ostatni, przywykli najwyraźniej do roli herosów, którą odgrywają w kulturze kurdyjskiej, chętnie pozują do zdjęć. Niektórzy, śmiejąc się do rozpuku, ubierają swoich pobratymców z Turcji we własne berety. Pozostali w autobusie Turcy patrzą na to wszystko z wyraźną konsternacją. Na ich oczach realizuje się właśnie scenariusz, przed którym rząd w Ankarze przestrzega od lat – niezależny północny Irak, ojczyzna prawie 5 mln Kurdów, staje się magnesem dla ludności kurdyjskiej w Turcji.

W Dohuk, około godziny jazdy od granicy, przerażenie Turków rośnie. Wchodząc do jednego z budynków miejscowego uniwersytetu, stają twarzą w twarz z fikcyjną mapą nowego Bliskiego Wschodu, na której Wielki Kurdystan rozciąga się od Kirkuku na południu po Morze Czarne na północy, obejmując po drodze ogromne połacie wschodniej Turcji. W ruch, po raz kolejny, idą komórki, aparaty cyfrowe i kamery.

Jak spod igły

Boom gospodarczy, który przeżywa w ostatnich latach kurdyjskie quasi-państwo, jest na uniwersytecie w Dohuk widoczny jak na dłoni. W sali powitalnej – tapicerowane meble, płaskoekranowe telewizory, klimatyzacja włączona na cały regulator. W centrum sportowym – wyposażenie, o jakim większość polskich uczelni mogłaby tylko pomarzyć. Językiem wykładowym jest tu angielski, którym oprowadzający nas po kampusie studenci władają o niebo lepiej niż większość przyjezdnych tureckich profesorów. – Chciałabym móc prowadzić tu zajęcia – mówi szeptem jedna z tureckich Kurdyjek. – Kurdyjscy studenci są tu bardziej zmotywowani i pewniejsi siebie. Gospodarka jest mocna, więc łatwiej jest im znaleźć pracę. Kurdowie mogą tu mieć nadzieję na lepszą przyszłość. Nie tak jak w Turcji.

Oprócz uczelni w Dohuk, która jest wizytówką irackiego Kurdystanu, pozytywnie zaskakuje też Arbil (czasami zapisywany również jako Erbil), stolica kurdyjskiej autonomii w Iraku. Po ulicach miasta śmigają Mercedesy, Jeepy i Chevrolety. Nawet w miejscowej flocie taksówek zdają się królować nowe Skody. – Trudno dziś znaleźć tu rodzinę, która nie miałaby samochodu – mówi Noreldin Waisy, były redaktor „Rudaw”, jednej z miejscowych gazet. Wszędzie mnożą się ekskluzywne osiedla, tandetne wille, centra handlowe i hotele; w centrum miasta powstają amerykańskie restauracje, w których stołują się miejscowi urzędnicy, konsultanci, ochroniarze czy nauczyciele angielskiego.

Średnia stabilizacja

Ostatni większy atak terrorystyczny zdarzył się tu ponad sześć lat temu. A względna stabilizacja od razu przełożyła się na poprawę sytuacji. Średnie zarobki są tu o ponad 30 proc. wyższe niż w reszcie kraju. Przy wszystkich swoich wadach – korupcji, nepotyzmie i klanowych podziałach – Kurdystan jest przykładem takiego Iraku, w jakim chciałaby zapewne mieszkać zdecydowana większość Irakijczyków.

Dziwnie jest zasiadać tu co wieczór przed telewizorem i oglądać irackie wiadomości – mówi Noor, dwudziestoparoletni student. – Choć Mosul leży 80 km od Arbilu, a Bagdad jakieś 300 km, walki uliczne czy kadry z płonącymi samochodami ogląda się tak, jakby pokazywano zupełnie inną, odległą część świata.

Odległą dla Noora, ale na pewno nie dla Asmy Amin. Amin, Arabka z Bagdadu – dziś profesor języków obcych na uniwersytecie w Dohuk – uciekła z irackiej stolicy już pięć lat temu. Mogli osiedlić się w Dohuk, bo mąż jest Kurdem. Amin miała dość przemocy. Zabójcy jej szwagra wkradli się do jego domu w Bagdadzie w środku nocy, mówi. Zastrzelili go, używając pistoletu z tłumikiem, kiedy spał u boku żony. – Szwagier zajmował się przetargami w jednym z irackich ministerstw. To wystarczyło, by go uznali za amerykańskiego kolaboranta – tłumaczy Amin.

Trudno się dziwić Amin, która codziennie martwi się o matkę i resztę mieszkających w Bagdadzie sióstr, że gotowa jest rozstać się z krajem swojego dzieciństwa, jeśli tylko miałoby to zapobiec dalszemu rozlewowi krwi. – Nie obchodzi mnie już, co stanie się z Irakiem jako krajem – mówi. – Dla mnie Irak jest trupem. Nic mnie już z nim nie łączy. Skoro nie możemy żyć we wspólnym kraju, niech Kurdowie mają swój Kurdystan, szyici swoje państwo na południu, a sunnici swoje na zachodzie.

Podróż samochodem z Duhok do Arbilu, wiodąca przez przedmieścia Mosulu, jednego z najniebezpieczniejszych miast Iraku, to jedna z niewielu okazji, by przez chwilę otrzeć się o ten Irak, który opuściła Amin.

 

Z Turkiem za pan brat

Uwalniając Irak spod rządów Saddama Husajna, amerykańska inwazja w 2003 r. stała się błogosławieństwem dla irackich Kurdów, scementowała ich autonomię i przybliżyła marzenie o niepodległości. Amerykańscy żołnierze, w odróżnieniu od reszty kraju, są tu do dziś postrzegani jako wyzwoliciele. Jednak jeśli idzie o gospodarkę, głównymi inwestorami w irackim Kurdystanie są Turcy.

Może to budzić zdziwienie – przecież turecka armia wciąż ostrzeliwuje pozycje Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) na północy irackiego Kurdystanu, a Turcy nadal zarzucają irackim Kurdom przymykanie oczu na działalność PKK w regionie. Jednak w stosunkach między Ankarą i Arbilem widać już ogromny przełom. Bo choć rząd turecki jeszcze niedawno uważał, że kurdyjskie quasi-państwo byłoby największym zagrożeniem dla terytorialnej integralności Turcji, dziś nie jest już tak kategoryczny.

Turcy woleliby może, żeby rząd kurdyjskiej autonomii nie był zbyt silny, ale zarazem nie chcą, by przestał istnieć – mówi Henri Barkey, ekspert Carnegie Endowment for International Peace. Turcja podpisuje umowy, np. na import ropy, z autonomicznym Kurdyjskim Rządem Regionalnym (KRG), lobbuje na rzecz podłączenia gazu z Kurdystanu do planowanego rurociągu Nabucco, a tureccy urzędnicy coraz częściej odwiedzają Arbil. Dwa lata temu Turcja otworzyła tu nawet konsulat.

Kurdyjskiemu rządowi też zależy na polepszeniu stosunków z Turcją, dlatego powoli zaczyna się odcinać od PKK – tłumaczy Noreldin Waisy. A Barkey dodaje, że stosunki polepszyły się do tego stopnia, że jeśli dziś iraccy Kurdowie i Arabowie zaczęliby walczyć o bogaty w ropę Kirkuk, Turcy najprawdopodobniej stanęliby po stronie Kurdów. Ostatnia rzecz, której pragną Turcy, to destabilizacja północnego Iraku, która wpłynęłaby pewnie na nastroje na zamieszkanym przez Kurdów południowym wschodzie Turcji.

Sklejeni na dobre

Gdy tylko Amerykanie opuszczą Irak, wojna domowa rozpęta się tu na dobre uważa Goran, 31-letni fotograf z Koyi, miasteczka położonego na drodze między Arbilem i Kirkukiem. Świadome zagrożenia władze irackiego Kurdystanu zaczynają spoglądać ku Turcji w nadziei, że ta w razie czego przyjdzie mu z pomocą. Trudno jednak odgadnąć, jaki charakter mogłaby przybrać turecka protekcja. O interwencji zbrojnej nie ma chyba co myśleć; choć Turcja poważnie aspiruje do roli regionalnego supermocarstwa, jej społeczeństwo od dziesięcioleci potępia zbrojne interwencje na Bliskim Wschodzie.

Decydujący może się więc okazać lobbing tureckich biznesmenów, którzy wierzą, że rząd ochroni ich inwestycje w regionie. – Wszyscy liczą na to, że wojna już tu nie wróci – mówi Mustafa Cetiner, Turek mieszkający od lat w irackim Kurdystanie, sącząc herbatę w jednej z licznych tureckich restauracji w Arbilu.

Cetiner, właściciel firmy budowlanej, to jeden z tysięcy tureckich biznesmenów, dzięki którym gospodarka Kurdystanu jest już prawie całkowicie zintegrowana z gospodarką turecką. – Na początku porządnie mnie wycyckali – mówi Cetiner, wspominając z goryczą swoją pierwszą inwestycję w Kurdystanie, kiedy miejscowy wspólnik nie tylko pomógł mu się pożegnać z ponad milionem dolarów, ale sprawił, że Cetiner wylądował w więzieniu. Uratowała go interwencja tureckich dyplomatów. – Dziś jest o wiele lepiej – dodaje Cetiner. – Turcy nie boją się tu inwestować, budują wszędzie.

Obroty handlowe między Turcją a północnym Irakiem wyniosły w ubiegłym roku 7 mld dol. i wciąż rosną. Ponad 500 tureckich firm, które robią tu interesy, odpowiada za przeszło połowę inwestycji w Kurdystanie. Według tutejszej izby handlowej, około 65 proc. produktów sprzedawanych w tutejszych sklepach pochodzi z Turcji. – Stosunki gospodarcze to klej, który chroni nas przed eskalacją napięć z Turcją – mówi Waisy.

Wiosna bez przewrotu

Kurdystan nie jest bynajmniej wolny od problemów. Tutejszy aparat bezpieczeństwa to często zbrojne ramię rządzącej Demokratycznej Partii Kurdystanu (KDP), dziennikarze narzekają na brutalne represje, a korupcja jest nagminna. – Rząd nie robi nic, by temu przeciwdziałać, i traci przez to zaufanie obywateli. Ludzie są wściekli, a opozycja zyskuje poparcie – wyjaśnia Waisy.

Lawina, która przetacza się od początku roku przez Bliski Wschód, nie ominęła irackiego Kurdystanu. Wczesną wiosną ulicami Sulejmanii, miasta przy granicy z Iranem, przemaszerowały tysiące młodych ludzi, domagających się dymisji rządu, walki z bezrobociem oraz postawienia przed sądem skorumpowanych polityków. Dwie osoby zginęły, a dziesiątki zostało rannych, gdy strażnicy chroniący siedzibę partii rządzącej otworzyli ogień do szarżujących na budynek manifestantów. Protesty trwały ponad dwa miesiące, pochłaniając w sumie 10 ofiar.

Brutalna reakcja władz poważnie nadszarpnęła wizerunek Kurdystanu. Trudno było się jednak spodziewać, że „kurdyjska wiosna” doprowadzi do przewrotu. – Dobrobyt tłumi zapał do protestów – mówi Joost Hiltermann z International Crisis Group – a w Kurdystanie jest wystarczająco duże poczucie, że jest dobrze i idzie ku lepszemu.

Polityka 34.2011 (2821) z dnia 16.08.2011; Świat; s. 47
Oryginalny tytuł tekstu: "Duma Kurdów"
Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Historia

Przebudzenie na Majdanie. 10 lat temu nikt nie postawiłby hrywny na to, że dojdzie do rewolucji

Ucieczka prezydenta Wiktora Janukowycza 22 lutego 2014 r. stała się symbolem zwycięstwa ukraińskiej Rewolucji Godności. Dała także pretekst do aneksji Krymu i rosyjskiej wojny przeciwko Ukrainie.

Edwin Bendyk
20.02.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną