Indianie i ich bunt przeciwko indiańskiemu prezydentowi

Wychłostać pana
Prezydenta Boliwii Evo Moralesa atakują biali separatyści, latyfundyści, a ostatnio nawet sami Indianie, którzy wynieśli go do władzy. Uważają, że stał się arogancki.
Przepakowywanie liści koki na największym targu w La Paz.
David Hogsholt/Getty Images/Flash Press Media

Przepakowywanie liści koki na największym targu w La Paz.

Evo Morales przemawia do związkowców w Cochabamba. Za nim portret Bartoliny Sisy, liderki powstania przeciw Hiszpanom w 1781 r.
Jose Luis Quintana/LatinContent/Getty Images/Flash Press Media

Evo Morales przemawia do związkowców w Cochabamba. Za nim portret Bartoliny Sisy, liderki powstania przeciw Hiszpanom w 1781 r.

Morales to lider biedoty i dyskryminowanej przez stulecia indiańskiej większości.
psyberartist/Flickr CC by 2.0

Morales to lider biedoty i dyskryminowanej przez stulecia indiańskiej większości.

Boliwijską specyfiką jest większa niż w innych krajach siła rewindykacji etnicznych, akcentowanie indiańskiej kultury i godności.
psyberartist/Flickr CC by 2.0

Boliwijską specyfiką jest większa niż w innych krajach siła rewindykacji etnicznych, akcentowanie indiańskiej kultury i godności.

Boliwia jest wściekła. Nie tylko biali separatyści z nizin, lecz również La Paz, Oruro, Potosi, całe Altiplano, czyli zamieszkany przez Indian andyjski płaskowyż, który do tej pory stał murem za prezydentem Evo Moralesem. Było tak: po Bożym Narodzeniu rząd podniósł cenę benzyny o 85 proc. Przez ulice miast przeszedł huragan: wściekli palili opony, blokowali drogi i po raz pierwszy wygrażali swojemu przywódcy. Zaimek „swojemu” nie jest tu kwestią gramatyki, lecz polityki i tożsamości. Morales to lider biedoty i dyskryminowanej przez stulecia indiańskiej większości.

Państwo boliwijskie utrzymuje ceny ropy i benzyny na niskim poziomie – to jeden z najbiedniejszych krajów regionu, dotowanie cen ma tu społeczny sens. Dzięki popytowi na minerały i dochodom z gazu ziemnego Boliwia przeżywa wprawdzie okres prosperity, ale rząd dostrzegł, że kasa państwa ma dno i chciał podreperować budżet zniesieniem dotacji. Lud powiedział Moralesowi „nie”, Morales po kilku dniach przywrócił dotację. Pozornie wszystko jest po staremu, w istocie – wszystko się zmieniło.

Kilkudniowy wstrząs nazwano gasolinazo, a bieżąca polityka w Boliwii dzieli się teraz na epokę przed i po gasolinazo. Cena benzyny wróciła do poziomu sprzed podwyżki, ale poparcie dla Evo, jak wszyscy poufale nazywają prezydenta, nie wróciło. Teraz w La Paz czy El Alto, tradycyjnych ośrodkach poparcia dla rządu, czterech na pięciu ludzi powie, że Evo ich zawiódł. Owszem, zrobił wiele dla ludu, ale okazał arogancję taką jak jego biali, bogaci i mówiący z angielskim akcentem poprzednicy.

Ksiądz Xavier Albo, który pracuje z biedotą w El Alto, milionowym mieście na wysokości ponad 4 tys. m n.p.m., twierdzi, że podczas gasolinazo prysła iluzja, jaką żył obóz rządzący: że władzę można mieć bezwarunkowo i na zawsze. – To kraj ludzi ubogich, lecz myślących – mówi Albo. Cenna uwaga: w tym biednym, lecz niezwykle upolitycznionym społeczeństwie każdy ma wyrobioną opinię na wiele spraw. O polityce da się tu rozprawiać z gazeciarzami, pucybutami, straganiarzami – ludźmi bez wykształcenia szkolnego, za to z wykształceniem obywatelskim, ze świadomością swoich interesów i praw. Ksiądz Xavier sądzi, że poparcie dla Evo wróci. Bo niby kogo mieliby popierać biedni?

Woda, koka i ropa

Evo Moralesa wyniosły do władzy bieda, urażona godność indiańskiej większości oraz bunt przeciwko panoszeniu się obcych firm i rządów. Właściwie jednego rządu: USA. Boliwia przeszła już rewolucję, kiedy w 1952 r. zniesiono półfeudalny system. Część ziemi zwrócono Indianom, znacjonalizowano kopalnie minerałów, ale latyfundiów nie zdemontowano. Dalsze próby zmian dyktatury wojskowe utopiły we krwi. Generałowie unicestwili ruch związkowy, gdy więc w latach 80. neoliberałowie za radami Jeffreya Sachsa prywatyzowali usługi, kopalnie i huty, nie napotkali oporu. Górnicy z zamykanych kopalń i chłopi z upadających w latach kryzysu małych gospodarstw wędrowali do miast, gdzie budowali slumsy.

Większe szczęście mieli jednak ci, którzy jechali do dżungli, do regionu Chaparé uprawiać kokę – lata 80. to czas rosnącego popytu na kokainę w USA.

Jednym z tych migrantów był górnik z Oruro, Indianin z ludu Aymara, Evo Morales. W Chaparé został liderem plantatorów koki. Fala protestów, które wyniosły go do władzy, zaczęła się w 2000 r., kiedy kolejny rząd, działający według recept „konsensu waszyngtońskiego”, prywatyzował zasoby wody w Cochabambie. Konsorcjum, którego większościowym udziałowcem był amerykański Bechtel, podniosło ceny wody o 100–200 proc. Dla biednych wydatek na samą wodę stanowiłby jedną trzecią dochodów. Miasto wybuchło. Walki na ulicach, w których byli zabici i ranni, doprowadziły do anulowania kontraktu i wycofania się konsorcjum.

Kolejne protesty ogarnęły Boliwię w 2003 r., gdy rząd za namową Międzynarodowego Funduszu Walutowego podniósł podatki, ale nie objął podwyżką zagranicznych firm wydobywających gaz i ropę, które na dodatek nie odprowadzały żadnych danin na rzecz Boliwii. Tak rodziła się niechęć do obcego kapitału. Ulica obaliła dwa kolejne rządy. Wiodącą siłą ruchu protestu byli cocaleros – plantatorzy koki, którzy mieli też inne powody, żeby wywrócić stary ład. Kolejne rządy prowadziły z nimi wojnę, niszczyły uprawy, a policja, wojsko, siły paramilitarne i agenci amerykańskiej agencji antynarkotykowej DEA zabijali i „znikali” działaczy związków cocaleros.

Koka jest w Boliwii legalna i w punktach skupu cocaleros sprzedają jej liście. Nikt nie pyta, kto kupuje, choć wiadomo, że najwięcej kupują producenci kokainy. Liście koki służą też do oszukiwania głodu, zmęczenia, choroby wysokościowej w Andach, żują je nawet dzieci. Od stuleci koki używa się w obrządkach religijnych. Dlatego walkę z jej uprawianiem Indianie odbierają jako jeszcze jedną represję najeźdźców.

Koncerny mają płacić

Język etnicznej godności zaczął się rodzić od obchodów 500-lecia „odkrycia Ameryki”, które z perspektywy Indian było krwawym podbojem. Przebudzenie etnicznej świadomości wyrażane w języku praw, ożenione z krytyką neoliberalnych recept lat 80. i 90., wywołało falę protestów i egalitarny trend w regionie. Dziećmi tego ożenku są Hugo Chavez w Wenezueli, Luiz Inácio Lula da Silva w Brazylii, Rafael Correa w Ekwadorze, ostatnio Ollanta Humala w Peru. I Evo Morales w Boliwii, który w 2005 r. wygrał wybory prezydenckie.

Boliwijską specyfiką jest większa niż w innych krajach siła rewindykacji etnicznych, akcentowanie indiańskiej kultury i godności.

Za rządów Evo Moralesa nastąpiła wymiana elity rządzącej kraju – mówi Raul Penaranda. Jego gazetę „Pagina Siete” ludzie z rządu uważają za opozycyjną, mimo to Penaranda potrafi wymienić wiele sukcesów Evo Moralesa. Fakt, że Indianin dotarł na szczyt, to coś więcej niż zmiana symboliczna: to koniec z dyskryminacją większości, sygnał, że nie ma dla Indian niewidzialnych barier. To przywrócenie poczucia godności tym, których niektórzy biali nadal uważają za podludzi. Indian widać teraz w urzędach, w telewizji, w rządzie.

Dobre są zmiany wzorowane na polityce brazylijskiego prezydenta Luli: finansowe wsparcie dla starszych (tzw. renta godności), dla młodych matek i dla każdego ucznia. To niewielkie sumy, lecz dla biednych – wiatr w żagle. Rząd może je rozdawać dzięki dochodom z eksportu gazu ziemnego i minerałów: cyny, cynku, złota, srebra i innych.

Kontrowersje w świecie biznesu budziła renegocjacja kontraktów z zachodnimi firmami, które eksploatują gaz. Przeciwnicy przedstawiali to jako nacjonalizacje, lecz po prawdzie Evo Morales odwrócił jedynie proporcje zysków. Kiedyś zagraniczne koncerny zgarniały ok. 80 proc., Boliwii zostawiały ok. 20 proc. Teraz jest na odwrót. Zyski z eksportu gazu pozwalają na niwelowanie nierówności i programy rozwoju prowincji. Ich część kieruje się bezpośrednio do regionów, które wydają je na inwestycje, nie mogą ich przejadać.

Koncerny nie obraziły się na Boliwię, ale przestały inwestować w poszukiwania nowych złóż. Gaz wciąż jest, ale rezerwy są mniejsze, niż sądzono. Odwierty kosztują, koncerny chętnie by je robiły, gdyby dostały lepsze warunki. Boliwijczycy nie mają do tego ani ludzi, ani wiedzy. Niektórzy rozmówcy uważają, że Morales będzie musiał posypać głowę popiołem i dać koncernom zarobić więcej w zamian za dotarcie do nowych złóż. Bo popyt na gaz jest, i to ogromny.

Kokaina z mikrofali

Do cocaleros w Chaparé, bastionu Evo Moralesa, jedzie się z Cochabamby ponad trzy godziny rozmytą przez ulewy górską szosą. Pól koki z drogi nie widać, trzeba wjechać nieco w dżunglę. Widać za to budynki z napisami: Mercado legal de coca, legalny skup koki. W środku kobiety ważą worki liści, 20-kilogramowy worek może kosztować nawet 2100 bolivianos, czyli 300 dol. Worki z koką kupuje, kto chce, zwykle producenci narkotyków – wielcy i domorośli. Wynalazki techniki sprawiają, że teraz nawet w domu można sobie wyprodukować kokainę: najpierw robi się pastę, mieszając i ubijając liście z benzyną, a potem za pomocą mikrofalówki uzyskuje się z niej czyściutki narkotyk.

Fausto Taca, 30-letni szef związku cocaleros z wioski Chimore nieopodal dawnej plantacji Moralesa, opowiada, że za poprzednich rządów miejscowi żyli w strachu. – Wojsko i DEA najeżdżali wioski, wdzierali się do domów, niszczyli, bili, gwałcili i okradali ludzi z gotówki. Wszystko pod pretekstem walki z narkobiznesem. Nasi ludzie znikali, a ich zwłoki wyrzucały okoliczne rzeki. Za Evo wiele się zmieniło, policja nas szanuje, nie ma przemocy. Evo Morales wygnał DEA z Boliwii i Waszyngton oskarża go teraz o sprzyjanie narkobiznesowi.

Koronnym dowodem ostatnich miesięcy jest pojmanie w Panamie boliwijskiego generała Rene Sanabrii, szefa jednostki antynarkotykowej: szmuglował cztery tony kokainy. Fausto Taca mówi, że generał zdradził prezydenta, który o niczym nie wiedział. – Może to zresztą prowokacja Amerykanów? – sugeruje.

Część cocaleros współpracuje po cichu z narkobiznesem, a policja ich kryje. Temat legalizacji narkotyków w debacie publicznej nie istnieje, ludzie z obozu rządzącego boją się go jak ognia. Na legalizację nie ma społecznej zgody, no i nie chcą, żeby łatka „narkopaństwa”, jaką przyklejają Boliwii Amerykanie, szkodziła interesom kraju i ich liderowi.

„Gówniany Indianin”

Santa Cruz to inna planeta niż Boliwia z andyjskiego płaskowyżu. Skwar i wilgoć zatykają dech w piersiach. Ludzie mają białą skórę, setkami kilometrów ciągną się latyfundia, pola soi, kukurydzy, ryżu i bawełny. Tutaj i w sąsiednich prowincjach, które na mapie tworzą terytorium w kształcie półksiężyca (media luna), znajdują się złoża gazu i ropy. To te prowincje żywią Boliwię.

Jeszcze dwa–trzy lata temu polityczni liderzy tych regionów wszczynali bunty: chcieli się uniezależnić, a najlepiej odłączyć od andyjskiej Boliwii Evo Moralesa. Do gazet przychodziły listy o „Indianach, którzy roznoszą syfilis i zarażają nasze kobiety”, a obelgi „małpa” i „gówniany Indianin” były normą w słowniku tutejszej ulicy. Cztery lata temu na głównym placu w Santa Cruz wisiał gigantycznej wielkości plakat zapraszający na spektakl teatralny: przedstawiał ewolucję prostowania się małpy, od przykucu do postawy wyprostowanej. Ostatnią postacią ewolucji był Evo Morales.

Doktor Herland Vaca, lider Komitetu Obywatelskiego, bastionu wrogości wobec rządu, rozgaduje się o różnicach między boliwijskimi nizinami a płaskowyżem. – Mamy inny klimat, inną kulturę, nawet inną faunę i florę. Ci z płaskowyżu są zamknięci, my otwarci, spontaniczni, gościnni. Oni agresywni, zacięci, my skrajnie pokojowi. My patrzymy w przyszłość, oni w przeszłość. Po prostu jesteśmy inni – mówi doktor Vaca.

Oczywiście nie jest rasistą, to Indianie są rasistami. Rasistą nie jest też, według własnych zapewnień, były burmistrz Sergio Antelo, architekt. – W Santa Cruz zawsze zapraszano Indian do stołu. Evo Morales wszczął wściekłą kampanię, oskarża, że jesteśmy rasistami, neonazistami, że na plantacjach wykorzystujemy niewolników. A to wszystko nieprawda.

Fakty są jednak dla opozycji kłopotliwe. Rasistowskie okrzyki były do niedawna normą w czasie antyrządowych protestów. Urząd ds. Reformy Rolnej (INCRA) uwalniał w ostatnich latach niewolników – Indian Guarani – z latyfundiów, a właścicielom, którzy żyli z pracy niewolniczej, konfiskowano ziemię i dzielono ją między wyzyskiwanych. Latyfundyści mścili się za to, organizując masakry chłopów: w czasie jednej w Pando zastrzelili 19 wieśniaków, 600 ranili. W Santa Cruz odradzają się sentymenty do faszystowskiej falangi, obecnej w lokalnej polityce od lat 30. Faszystowskie ciągoty umacniali po II wojnie światowej uchodźcy z Trzeciej Rzeszy, byłej Jugosławii, Rumunii i Węgier, którzy znaleźli tu azyl, ziemię i dostatnie życie.

Teraz Santa Cruz jest spacyfikowane. Niemal codziennie przez miasto przechodzi jakaś demonstracja, ale nie ma już okrzyków, żeby oderwać Santa Cruz od Boliwii. – Wielu liderów opozycji, dawnych merów i gubernatorów siedzi w więzieniach albo przebywa na wygnaniu. W jednym i drugim przypadku z powodu korupcji – mówi Rafael Sagarnaga, reporter, który tropił defraudacje Maria Cossia, gubernatora prowincji Tarija. Cossio jest też podejrzewany o zlecanie masakr chłopów. Tutejsza opozycja to nie sympatyczni demokraci prześladowani przez „komunistów”, jak głosi czasem niechętna Moralesowi opinia za granicą. Z tą opozycją spotykał się po cichu ambasador USA Philip Goldberg. Evo Morales oskarżył go o konspirowanie z separatystami i uznał za persona non grata.

Konflikt między stolicą a media luna sięgnął apogeum w 2009 r., kiedy jednostki specjalne zrobiły najazd na hotel Las Americas w Santa Cruz, gdzie pięciu weteranów wojny bałkańskiej pochodzenia chorwackiego i węgierskiego przygotowywało zamach na Moralesa i wiceprezydenta Alvara Garcię. Znaleziono broń i duże ilości ładunków wybuchowych. Tak mówi rząd. Atak sił specjalnych przeżyło dwóch spiskowców, trzech zginęło na miejscu, w tym – uważany za dowódcę – Eduardo Rozsa, Boliwijczyk o węgierskich korzeniach, który z Santa Cruz wyemigrował jako nastolatek. Rząd twierdzi, że zamachowcy mieli powiązania z opozycją, liderzy opozycji zaprzeczają, choć przyznają, że spotykali się z Rozsą.

Rząd Evo Moralesa okroił niektóre latyfundia w Santa Cruz i osiedlił na nich bezrolnych chłopów. Wprowadził limity posiadania ziemi, ale łatwo je obejść, dzieląc grunty między członków rodziny, kuzynów, pociotków i przyjaciół.

Reforma rolna dokonuje się też czasem spontanicznie, wedle reguł ludowego gniewu. Gnębieni przez lata chłopi biorą odwet i bywa, że najeżdżają posiadłości, w których doznali krzywd. Potrafią odegrać sąd rewolucyjny, wychłostać pana, wypędzić go i zająć domostwo. To incydenty, nie reguła, ale w Santa Cruz dużo się o nich mówi.

Wstyd i hańba

Najsmutniejsza jest historia Jaime Oporto, dawnego plantatora koki z Chaparé, towarzysza Evo Moralesa i innych liderów, którzy są dziś u władzy. W czasach represjonowania ruchów społecznych w latach 80. i 90. Oporto ledwo uszedł z życiem. Gdy wielu kolegów mordowały skrytobójczo służby specjalne i grupy paramilitarne, jemu „nieznani sprawcy” podpalili mieszkanie w Cochabambie. Na szczęście nikogo nie było w środku. Po zamachu zniknął bez słowa, nie chciał, by nawet przyjaciele wiedzieli, gdzie mieszka.

W regionie Santa Cruz zajął nieużytek rolny, zaczął go powiększać i po latach stał się producentem rolnym. Kilka miesięcy temu jego ziemię najechali chłopi i działacze z rządowego Ruchu na rzecz Socjalizmu, wychłostali go i wypędzili z ziemi. Pojechał do La Paz poskarżyć się dawnym przyjaciołom z rządu. Wysłuchali, poklepali po ramieniu i obiecali, że pomogą. Ale nie pomogli. Z Evo Moralesem nie udało mu się spotkać.

Pewien działacz z partii rządowej zasępia się nad tą historią. A że nie ma dość informacji o tym konkretnym przypadku, rozważa: Jeśli dawny cocalero i działacz stał się wyzyskiwaczem i traktował swoich pracowników jak typowy latyfundysta, to wstyd i hańba dla niego. Jeśli zaś dorobił się uczciwie, to wstyd i hańba dla rewolucji, że go tak potraktowała. W obu wersjach wnioski są zasmucające.

Artur Domosławski z La Paz, Chaparé i Santa Cruz

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną