Świat

Na tureckim kazaniu

Turcja umacnia swoją pozycję

Turecki premier Recep Tayyip Erdoğan (na czerwonym dywanie po lewej) był witany w Egipcie jak gwiazda. Turecki premier Recep Tayyip Erdoğan (na czerwonym dywanie po lewej) był witany w Egipcie jak gwiazda. KAYHAN OZER/SIPA / EAST NEWS
Turcja jest w ofensywie. Umacnia swoją pozycję na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. To dla Unii kandydat coraz atrakcyjniejszy i coraz trudniejszy.
Turcja jest jedyną demokracją w morzu islamskim - przypomina wiceminister ds. europejskich Haluk Ilicak. Na fot. Błękitny Meczet w Stambule.Benh LIEU SONG/Wikipedia Turcja jest jedyną demokracją w morzu islamskim - przypomina wiceminister ds. europejskich Haluk Ilicak. Na fot. Błękitny Meczet w Stambule.
Wicepremier Turcji Ali Babacan: „Chcemy silnej Unii i wierzymy, że Turcja wzmocniłaby jej siłę”.Andreas Solaro/WpN/Fotolink Wicepremier Turcji Ali Babacan: „Chcemy silnej Unii i wierzymy, że Turcja wzmocniłaby jej siłę”.
Ankara przekonuje, że sekularyzm, nowoczesność i demokratyczne porządki da się pogodzić z islamem.Wrote/Flickr CC by 2.0 Ankara przekonuje, że sekularyzm, nowoczesność i demokratyczne porządki da się pogodzić z islamem.
Nawet gdyby rządzący chcieli narzucić jakiś islamski model życia, inspirowany szariatem, to im się nie uda - uważa Semih Idiz, felietonista opozycyjnego dziennika.cocoate.com/Flickr CC by 2.0 Nawet gdyby rządzący chcieli narzucić jakiś islamski model życia, inspirowany szariatem, to im się nie uda - uważa Semih Idiz, felietonista opozycyjnego dziennika.

Podczas ostatniej wizyty w Egipcie turecki premier Recep Tayyip Erdoğan był witany jak gwiazda. Występował w telewizji i dawał się fotografować na ulicach Kairu podczas spotkania z aktywistami protestującymi tam przeciwko reżimom w Syrii i Jemenie. Erdoğan przywiózł też ze sobą dwustu tureckich biznesmenów i zapowiedział zwiększenie inwestycji i współpracy strategicznej. Podobnie serdeczne przyjęcie spotkało tureckiego premiera w Libii i w Tunezji.

Erdoğan wszędzie występował jako zaciekły krytyk Izraela, od którego domaga się przeprosin za zeszłoroczny atak na płynącą z pomocą do Strefy Gazy Flotyllę Wolności i odszkodowań dla rodzin zabitych wówczas Turków. Równocześnie stara się być adwokatem Palestyny, namawia – jak mówi – „do pracy ramię w ramię na rzecz palestyńskich braci”. Twierdzi też, że uznanie państwa palestyńskiego na forum ONZ „nie jest już jedną z możliwych opcji, tylko obowiązkiem”, a powiewająca wśród innych palestyńska flaga byłaby symbolem pokoju i sprawiedliwości na Bliskim Wschodzie.

Półgodzinne przemówienie Erdoğana w Kairze było co chwila przerywane oklaskami. Jego popularność w krajach arabskich rośnie. O tym, że Turcja mogłaby być wzorem i modelem dla państw regionu, mówiło się od dawna. A antyizraelska retoryka zyskuje tam duże uznanie. Szczególnie po arabskiej wiośnie, kiedy społeczeństwa szukają nowego lidera. Przeprowadzone kilka miesięcy temu badania pokazały, że 78 proc. ankietowanych w Egipcie, Jordanii, Libanie, Autonomii Palestyńskiej, Syrii, Iraku i Iranie uznało, że Turcja powinna odgrywać większą rolę na Bliskim Wschodzie. A ponad 60 proc. zgodziło się ze stwierdzeniem, że kraj ten mógłby być modelem dla regionu.

Czy ta turecka ofensywa, zwana już nawet, trochę na wyrost, neoosmanizmem, oznacza powrót do imperialnej przeszłości? I jednocześnie kres unijnych, europejskich ambicji Turcji?

Ankara przekonuje, że nic się nie zmieniło. I że sekularyzm, nowoczesność i demokratyczne porządki da się pogodzić z islamem. Turcja jest też tym coraz wyraźniej zainteresowana. Nie odpuszcza przy tym Europy i starań o wejście do Unii ani nie rezygnuje z zasad, które na początku XX w. wprowadził Kemal Atatürk.

Winogrona zamiast wina

Kiedy w 2003 r. do władzy w Turcji doszła Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), wielu Turków uważało, że partia, którą kilka lat wcześniej Erdoğan założył z kolegami, na pewno zmieni oblicze Turcji. Zresztą wielu Turków, przeważnie ze stambulskiej burżuazji (Stambuł to połowa interesów kraju), ciągle obawia się o przyszłość kraju. Boją się wprowadzanych zmian, takich jak choćby tych związanych z niedawną „aferą stolikową”. Parę dni przed rozpoczęciem tegorocznego ramadanu – świętego miesiąca muzułmanów, miesiąca postu – władze miejskie w Beyoglu, stambulskim centrum rozrywki, usunęły większość ogródków sprzed miejscowych barów i restauracji. Stało się tak ponoć na polecenie samego Erdoğana, którego limuzyna utknęła pod koniec lipca w jednej z zatłoczonych uliczek. Być może widok podchmielonych imprezowiczów – a część zaczęła wznosić za niego toasty – zniesmaczył premiera, który alkoholu nie znosi.

Ramadan dobiegł końca, ogródków nie przywrócono, a jedna z najbardziej rozrywkowych dzielnic miasta zmieniła się prawie nie do poznania. Zamiast tłumu biesiadników po bocznych uliczkach Beyoglu wałęsają się skonsternowani turyści, dziwiąc się, że lokale, które zachwalają im przewodniki, ni stąd, ni zowąd zieją pustką. Część z nich, pozbawionych klienteli, stoi na skraju bankructwa. Według tureckich mediów, około 2 tys. osób – kelnerów, barmanów, kucharzy – straciło pracę.

Na tle wcześniejszych ograniczeń w sprzedaży i reklamie alkoholu oraz podwyżek akcyzy, które poważnie ograniczyły konsumpcję (alkohol w Turcji należy do najdroższych na świecie), akcja ogródkowa wznowiła obawy, że partia Erdoğana przestaje być partią wszystkich Turków – a przynajmniej tych, którzy chcieliby prowadzić w miarę zachodni styl życia. Sugestia, która padła z ust premiera rok temu, że zamiast pić wino, można przecież jeść winogrona, nie wydaje się do nich przemawiać.

Rozmawiamy o tym z wicepremierem Turcji Ali Babacanem, który razem z Erdoğanem zakładał AKP. – Ani rząd, ani władze miejskie nie interweniowały. Może to efekt nacisku społecznego? Wiele osób pości, więc może kogoś drażniła niestosowność zachowań, przecież ogromna większość mieszkańców to muzułmanie. I dodaje: – Powinniśmy pewnie promować większą tolerancję dla odmienności.

To, co się stało w Stambule, może zapowiadać dalsze ograniczenia – mówią przeciwnicy premiera. – Po 10 latach chyba widać, że nie mamy żadnego ukrytego planu – odpowiada Babacan. – Trudno będzie znaleźć konkretny przykład decyzji ograniczającej swobody.

Skąd w takim razie podejrzenia? – Jeśli przyjrzycie się ekipie rządowej, premierowi, mnie, to wśród nas jest zapewne więcej osób modlących się pięć razy dziennie czy przestrzegających postu. Czasem ludzie przyglądają się naszym osobistym wyborom i mówią: „Oni są zbyt religijni. Czy nie próbują wprowadzić u nas jakiegoś szariatu?”. Gdybyśmy mieli takie intencje, nie zdobylibyśmy ponad połowy głosów w wyborach. Głosują na nas, bo jesteśmy za wolnością, w tym i za wolnością praktyk religijnych.

 

 

Obawy przesadzone

Co o tym myśleć? Felietonista opozycyjnego dziennika „Milliyet” Semih Idiz ożeniony jest z Irlandką, katoliczką, pracuje w środowisku, w którym z powodu religii czy obyczajów nikomu nie robi się żadnych uwag. Ale Idiz przyznaje, że sam niepokoi się o prawa i swobody w kraju. Do władzy doszli ludzie reprezentujący nie Stambuł, lecz raczej Anatolię, taką azjatycką Polskę B. Konserwatyzm obyczajowy jest tam czymś naturalnym. Komentator zwraca uwagę, że w Turcji współistnieją dwie grupy: ci, których głęboka, autentyczna religijność była przez lata tłamszona i którzy dziś podnieśli głowy, oraz ci, którzy przez ostatnie 80 lat żyli w całkowicie świeckim otoczeniu.

Nawet gdyby rządzący chcieli narzucić jakiś islamski model życia, inspirowany szariatem, to im się nie uda – uważa Idiz. Turcja jest zbyt różnorodna etnicznie i regionalnie, nawet islam nie jest taki sam w kraju dwa i pół raza większym od Polski. Obawy Zachodu są przesadzone.

Ciągnie się proces dużej grupy oficerów oskarżonych o przygotowywanie zamachu stanu. Aresztowani są też dziennikarze, co budzi niepokój. – Jak ludzie mogą się dziwić, że w kraju, gdzie doszło do trzech wojskowych zamachów stanu: w 1960, 1970 i 1980 r., oraz nowej próby w 1997 r., sądy znajdują dowody na przygotowanie kolejnego? – mówi Babacan. A aresztowani dziennikarze? – pytamy. W poprzednich zamachach zdarzało się, że dziennikarze, niby tylko wykonujący swój zawód, okazywali się rzecznikami prasowymi zamachowców. Bez poparcia mediów trudno dziś zamach stanu przeprowadzić.

Na Zachodzie nie doceniamy też siły tureckich mediów. To wielki biznes. I chociaż Turcji daleko do ideału demokracji, władze poprzez podatki i kontrole nękają opozycyjną prasę, dają się we znaki dziennikarzom krytykującym rząd, a autocenzura stanowi problem, to jednak niewiele dziś można w kraju ukryć przed ludźmi.

Naprawdę pisze się i mówi o wszystkim. W tym także publicznie oskarża się władze o stawianie wątpliwych zarzutów w procesach politycznych i przewlekanie aresztów – twierdzi komentator „Milliyet”. Z kolei proces oficerów i dymisje w armii nie wywołały wielkiego poruszenia społecznego. Wygląda na to, że elita oficerska nie była aż tak lubiana, a ludzie nie pochwalali mieszania się armii do polityki.

Ludzie Erdoğana w znacznej części składają się z biznesmenów, którzy zdaniem naszego przewodnika opowiadają się za samodoskonaleniem, ograniczeniem roli państwa w gospodarce, nie mają nic przeciwko edukacji kobiet. Sprzyja im dobry kwadrans, który Turcja akurat ma w historii – w czasie, gdy inni borykają się z trudnościami.

W pierwszym kwartale 2011 r. – mówi z dumą wiceminister ds. europejskich Haluk Ilicak – wskaźnik wzrostu sięgnął 11 proc. To lepiej niż w Chinach. Kraje Unii są najważniejszym partnerem gospodarczym, na drugim miejscu Rosja, na trzecim Chiny. Wszędzie słyszymy ten sam wyrzut: dlaczego – mimo obietnic członkostwa – nie wpuszczacie nas do Unii? – Jeśli Unia chce odgrywać rolę w świecie, to bez Turcji nie ma przełożenia na Bliski Wschód – mówi Ilicak. I przypomina, że Turcja jest jedyną demokracją w morzu islamskim.

Co więcej, mimo układów z satrapami takimi jak Kadafi i Baszar Asad, według zwolenników Erdoğana Turcja wprowadza na Bliskim Wschodzie demokrację tylnymi drzwiami – poprzez ruch bezwizowy i tureckie produkty, od których uginają się półki sklepów od Aleksandrii po Bagdad. Przez ostatnie 10 lat wymiana handlowa z krajami regionu wzrosła z 10 do 20 proc. handlu zagranicznego Turcji.

Stosunki gospodarcze i kontakty międzyludzkie otwierają nowe horyzonty – mówi Ibrahim Kalin, główny doradca Erdoğana ds. zagranicznych. – Kiedy ludzie z sąsiednich krajów przyjeżdżają do Turcji, widzą jej osiągnięcia; sukces gospodarczy, uniwersytety, drogi i nowoczesne pociągi. Widzą też, że można być nowoczesnym, ale równocześnie żyć w zgodzie i poszanowaniu tradycji. A potem zaczynają chcieć tego samego u siebie – dodaje.

Przedstawiciel islamu

O wpływach Turcji mogła się naocznie przekonać grupa polskich dziennikarzy, zaproszona na wywiad z ministrem gospodarki Zaferem Caglayanem, który, nawiasem mówiąc, praktykę zawodową przed laty rozpoczynał w Stoczni Szczecińskiej. Spotkanie się przedłużało i na salę wkroczył kolejny rozmówca – minister z Azerbejdżanu. Widzieliśmy globalizację na żywo: polscy dziennikarze w Ankarze przed kamerami tureckiej telewizji przepytywali Azera po angielsku o stosunki w Azji. Przedstawiciel Azerbejdżanu nie tylko nie krył, że Turcja jest jego patronem, ale uzmysłowił nam, iż z wieloma dygnitarzami w regionie Turcy rozmawiają bez tłumacza. Wielu przedstawicieli AKP płynnie włada też arabskim.

To wszystko i dla Turcji stanowi historyczną zmianę: od upadku imperium osmańskiego Bliski Wschód oraz świat arabski, nawet bratni Azerowie, rzadko przyciągali uwagę Turków. Kemal Atatürk chciał budować nowoczesną Turcję. Kraj, zgodnie z wieszczonym przez kemalistów kultem sekularyzmu i państwa narodowego oraz w imię rozstania z dziedzictwem osmańskim, miał posiadać tylko jeden punkt odniesienia: Europę. Utożsamienie się z Zachodem oznaczało odwrócenie się plecami do wschodnich sąsiadów. Z perspektywy Młodoturków – Bliski Wschód był niebezpiecznym zaściankiem, zgniłą kończyną, którą trzeba było odciąć i wyrzucić. Dziś Turcja rzeczywiście buduje wpływy nie tylko w swoim regionie, ale i w Afryce, gdzie obecnie podwoiła liczbę ambasad. Za dyplomatami napłynęły inwestycje.

Ankara wydaje się naprawdę pewna siebie. – To Unia straciła tę pewność; dlatego podejmowane przez was decyzje mogą być błędne – mówi Ilicak o odpychaniu Turcji przez Unię. Nie ulega wątpliwości, że rokowania akcesyjne, rozpoczęte w 2005 r., padły ofiarą antytureckich stereotypów, zwłaszcza we Francji i w Niemczech (Polska Turcję popiera), a także sporów cypryjskich. Dyplomacja turecka ma nadzieję, że nowi przywódcy w Europie będą mieli bardziej dalekosiężną wizję Unii i Turcję przyjmą do drużyny. A przy tym, że pozostanie ona związana ze swoim bliskim, choć tak niebezpiecznym regionem.

A kraje Bliskiego Wschodu spodziewają się po Turcji, że będzie ona na Zachodzie przedstawicielem świata islamu – mówi Hugh Pope, analityk z International Crisis Group. – Turcja, która traci więzi z Unią, Stanami czy NATO, która traci zaufanie Zachodu, to bynajmniej nie to, o co chodzi krajom regionu.

Tymczasem wicepremier Babacan podkreśla, że Turcja może wiele wnieść do Unii. Na przykład: w ubiegłym roku G20 postanowiła, że w Radzie Dyrektorów MFW kraje Unii stracą dwa stanowiska na rzecz krajów rozwijających się. Jedno zapewne przypadnie Turcji. – Jeśli Unia przestanie się rozszerzać, to jej znaczenie w świecie będzie się stopniowo zmniejszać. A my uważamy, że Unia ma wspaniałe standardy i normy. Chcemy silnej Unii. Uważamy, że silna Unia dobrze służyłaby światu i wierzymy, że Turcja wzmocniłaby jej siłę – mówi Babacan.

Dawniej może obawiano się, że Turcja będzie dla Unii ciężarem. Od 2003 r. Turcja przestała korzystać z pomocy zagranicznej i sama jej udziela. W tym roku przeznaczyła na nią aż miliard dolarów. Amerykanie uważają, że Europa jest po prostu niemądra, iż nie wykorzystuje – we własnym egoistycznym interesie – całego tureckiego potencjału: świeżej krwi, dynamicznego rozwoju, młodości i przedsiębiorczości, położenia geograficznego.

Ale czy Turcja pasuje do Europy? Pamiętam przed wielu laty pierwszą podróż do Stambułu. Moim przewodnikiem był osiadły tam Anglik Dmitrij Nesteroff. Chociaż sam kompletnie sturczał, mówił: – Nie daj się zwieść temu, że oni chodzą w marynarkach. To tylko przebranie. Pod spodem czai się obcy strój i duch.

Dziś wicepremier Babacan temu zaprzecza. Mówi, że nawet jeśli Unia blokuje rokowania akcesyjne, to Turcja i tak będzie się reformować, by spełnić wszystkie kryteria unijne, zwłaszcza polityczne. – Zrobimy to, bo chcemy takich reform dla siebie samych – konkluduje.

Polityka 39.2011 (2826) z dnia 21.09.2011; Świat; s. 46
Oryginalny tytuł tekstu: "Na tureckim kazaniu"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Świat

Kontrowersyjna rolna rewolucja

Lada dzień na Ukrainie rozpocznie się rolna rewolucja. To najbardziej oczekiwana i kontrowersyjna obietnica Wołodymyra Zełenskiego.

Oleksandra Iwaniuk
25.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną