Burmistrz Boris Johnson zroweryzował Londyn

Burmistrz na kółkach
Boris Johnson to dowcipny, rozczochrany paniczyk. Za jego kadencji londyńczycy przesiedli się z aut na miejskie rowery, które stały się znakiem firmowym burmistrza. 3 maja wywalczył reelekcję.
Nawet na uroczystość wręczenia Pucharu UEFA Boris Johnson, burmistrz, który chciał zroweryzować Londyn, przyjechał na dwóch kółkach.
Jamie McDonald/Getty Images/Getty Images/FPM

Nawet na uroczystość wręczenia Pucharu UEFA Boris Johnson, burmistrz, który chciał zroweryzować Londyn, przyjechał na dwóch kółkach.

Burmistrz Johnson i jego woskowy sobowtór w londyńskim Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds.
Tim Whitby/Getty Images/Getty Images/FPM

Burmistrz Johnson i jego woskowy sobowtór w londyńskim Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds.

Rowery na masową skalę pojawiły się w mieście w 2010 r. jako pierwszy etap krucjaty Borisa, by „stolica stała się największym rowerowym miastem świata”. Do dyspozycji jest obecnie około 6 tys. maszyn.
garryknight/Flickr CC by SA

Rowery na masową skalę pojawiły się w mieście w 2010 r. jako pierwszy etap krucjaty Borisa, by „stolica stała się największym rowerowym miastem świata”. Do dyspozycji jest obecnie około 6 tys. maszyn.

We wrześniu ubiegłego roku walkę o wyborców zaczął od kwiecistej złośliwości pod adresem rywala Kena Livingstone’a, starszego o 19 lat wyjadacza z Partii Pracy, który spędził w fotelu burmistrza dwie kadencje i miał nadzieję na trzecią. Johnson zapytał retorycznie: Czy chcemy powrotu nienawróconego do tej pory trockisty, który wciąż nienawidzi samochodów osobowych (to aluzja do horrendalnej opłaty, jaką Ken nałożył na samochody wjeżdżające do centrum)? Czy możemy sobie pozwolić na modlącego się do autobusu przegubowego (chodzi o transport publiczny, na który postawił Livingstone) rzecznika wysokich podatków, którego kumple doprowadzili Brytanię na skraj przepaści? I od razu odpowiedział z uśmiechem: potrzebujemy rozsądku i umiaru, czyli mnie.

W przededniu wyborów Boris (tak się go tu nazywa) miał niewielką przewagę nad rywalem. Sztab Kena Livingstone’a zapewniał, że przewaga z dnia na dzień topnieje i ten bezczelny typ nie powinien się przesadnie cieszyć. Czy rzeczywiście? Wydawca jednej z książek Borisa pisze w zapowiedzi, że nic tak nie cieszy Johnsona, jak fakt, że tak często może poprzebywać z samym sobą. Tego „czerwony Ken” nie może mu odebrać.

Elitarne kluby picia

Złośliwsi biografowie podkreślają, że jest kolejnym żywym przykładem na sukces „fabryki establishmentu”, czyli zamożnych chłopców wysyłanych do kolejnych prywatnych szkół z internatem, a następnie przyjmowanych na uniwersytety do Oxford, Cambridge czy St. Andrews w Szkocji. Absolwenci tych szkół tworzą od stuleci trzon elity politycznej i biznesowej, choć w chwilach szczerości przyznają bez oporów, że ich elitarne szkoły utrwalają arogancję i poczucie wyższości, ale odrywają kompletnie od realiów kraju, w którym żyją.

Johnson, chorowity najstarszy syn konserwatywnego członka parlamentu europejskiego i cenionej malarki, dostał więc edukację najlepszą z możliwych: skończył szkołę średnią w Eton i uniwersytet oxfordzki (w tym samym czasie studiował tam Radosław Sikorski), lecz przy okazji wystąpień publicznych przydaje sobie bardziej zwyczajnego wymiaru: – Jestem chodzącą mieszanką etniczną. Płynie we mnie krew turecka (pradziadek przybył z imperium otomańskiego w 1920 r.), żydowska i niemiecka, a moje dzieci są w jednej czwartej hindusami (matka żony pochodzi z Indii). Jestem wielokulturowy jak Brytania.

Ale nie ta pospolita. Jego brytyjskie i niemieckie korzenie sięgają rodziny królewskiej, co jest korzystne przy innych, bardziej prywatnych okazjach. Skłonność do wygłupu i przynależność do absolutnej elity była szeroko komentowana, kiedy opublikowano zdjęcie Borisa i jego przyjaciół z połowy lat 80. Za czasów oxfordzkich Borisa przyjęto bowiem do słynnego Bullingdon Dining Club, założonego dwieście lat temu snobistycznego klubu dla kilkudziesięciu, zwykle 30, młodych mężczyzn, którzy – wystrojeni w szyte na miarę kremowo błękitne fraki za 3 tys. funtów – kilka razy do roku mieli spędzać ze sobą czas przy obiedzie w wyznaczonym wcześniej pubie. Znakiem firmowym klubu stały się pijaństwo, rozróba, kokaina, walki na pięści i demolka lokali, rekompensowana czekiem wysyłanym przez któregoś bogatego tatusia.

Za czasów Johnsona noc spędzona na posterunku policji nie była niczym nadzwyczajnym. Doszło do tego, że właściciele pubów w Oxfordshire zaczęli się bać odwiedzin paniczy. Na zdjęciu, które prześladowało Borisa jeszcze w czasie kampanii, widać go z przyjaciółmi z klubu: Davidem Cameronem, obecnym premierem, i George’em Osbornem, sekretarzem skarbu. Dla laburzystowskich, liberalno-demokratycznych i Zielonych przeciwników był to kolejny dowód na próżniaczo-mafijny charakter klasy wyższej.

Historia Bullington i bogatych paniczy bulwersuje i fascynuje jednocześnie opinię publiczną, ale Boris nie wydawał się nigdy specjalnie przejęty. Kiedy w kwietniu ubiegłego roku zaproszono go na Światową Noc Książki (celebrowany w Irlandii, Wielkiej Brytanii i USA zwyczaj publicznego czytania ulubionych książek), przeczytał akapit o cierpieniach człowieka na kacu. Wywołał salwy śmiechu publiczności, a potem jeszcze większe, gdy miotał się na scenie bezskutecznie usiłując ją opuścić. „Ten facet wie, o czym czytał” – podsumował prowadzący imprezę komik i prezenter Graham Norton. To właśnie luz, poczucie humoru i umiejętność nawiązania kontaktu z obywatelami różnych stanów odróżnia Borisa od innych drętwych i aroganckich produktów z fabryki establishmentu.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną