Urodzinowy prezent Güntera Grassa

O sobie samym, ku potomności
Nowy Grass, nowy skandal? Tak można by sądzić po reakcji mediów na "Jętki jednodniówki". Zbiorem 85 okazjonalnych - jak napisał - wierszy, gdański noblista sobie i swoim czytelnikom zrobił urodzinowy prezent. W październiku kończy 85 lat i - jak pięć lat temu - swe urodziny będzie obchodzić w Gdańsku.

"Jętki" to pięknie ilustrowany kolorowymi grafikami autora, zbiór melancholijnych wierszy starego człowieka, który wie, że ma już niewiele czasu, czuje szybkie starzenie się w kościach, śledzi swe obumierające ciało, rozmawia z umarłymi, wraca do wrażeń, obrazów i zapachów z dzieciństwa, zarazem wciąż jest wrażliwy na otaczającą go przyrodę, zagrożoną przez człowieka, a zarazem dziko odporną na jego ingerencję. To, co ze spraw publicznych dociera do - mimo całego tetryczenia - wciąż żywotnego starca, budzi w nim melancholię i obrzydzenie. Czyta prasę, ogląda telewizję, rozmawia z coraz szczuplejszym gronem przyjaciół. Aby się nie rozpraszać, nie ma telefonu komórkowego i nie używa internetu. Niemniej wciąż jest daleki od tego, by machnąć ręką na medialne targowisko próżności i zamknąć się w kokonie własnych wspomnień i szwankującego ciała. Wciąż jeszcze go ponosi, wciąż daje głos, wyrzuca z siebie, co go drażni i uraża.

Z tych wierszy - niektóre poruszają, inne wzruszają - łatwo wyczytać rozgoryczenie starego pisarza i poety, który już nie ma siły odparowywać medialnych ataków, choć wciąż ma temperament politycznego zagończyka, taki był w wieku trzydziestu paru lat, gdy przemierzał Republikę Federalną w kampanii na rzecz Willy Brandta i uznania granicy na Odrze i Nysie, i taki jest w roku 2012, gdy interweniował "okazjonalnymi wierszami" w sprawie izraelskiej bomby atomowej, niemieckiej hipokryzji w handlu bronią, czy pogardliwych ataków na Greków jako rzekomych sprawców kryzysu euro.

W "Jętkach jednodniówkach" jest zarówno bardzo piękny wiersz w obronie Greków, którzy dziś są poniżani, choć cała Europa jest ich duchowym dłużnikiem, jak i osławiony wiersz "Co musi być powiedziane", który na początku roku wywołał falę jadowitych oskarżeń Grassa o antysemityzm, który pisarz jakoby wchłonął, gdy był gorliwym członkiem Hitler-Jugend i służył w Waffen-SS, potem otorbił w sobie demokratycznymi gestami, by na starość puścić hamulce i oskarżyć Izrael, a nie Iran, o igranie z bombą atomową. Wiersz – o którym kilka dni temu napisała "Gazeta Wyborcza" - był rzeczywiście jednostronny, ale o czym krytycy świadomie zapomnieli, był reakcją na obszerne analizy w prasie amerykańskiej i europejskiej taktycznych wariantów i prawdopodobnych terminów amerykańsko-izraelskiego ataku na irańskie reaktory atomowe.

Do tamtego wiersza Grass w swym urodzinowym prezencie dodał nowy zatytułowany "Bohater naszych czasów". Tym bohaterem jest Mordechaj Vanunu, który ujawnił opinii publicznej, że Izrael ma bombę atomową, po czym wyjechał z Izraela i ochrzcił się. Jednak przez dziewczynę z Mossadu został zwabiony do Rzymu, porwany do Izraela i skazany na 18 lat więziennej izolatki za szpiegostwo. Wypuszczony po 11 latach nadal mówił swoje i ponownie znalazł się pod nadzorem. Oto puenta wiersza*:

"Dlatego: Kto szuka wzorca, niech stara się mu dorównać,
niech odsłania, stanie się dojrzałym, mówi o tym, co gdzieś
wykombinowano i przed nami ukryto, w Teksasie, Kilonii, Chinach, Iranie, czy przepastnej Rosji;
tylko takich bohaterów potrzebuje świat,
który szemrze o pokoju, a planuje zagładę.

To jemu, Mordechajowi Vanunu, ślę moje pozdrowienia,
a jego sędziów proszę,
by dostrzegli w nim sprawiedliwego,
który pozostał wierny swemu krajowi
przez te wszystkie lata."

To wezwanie do nieposłuszeństwa cywilnego w głównych krajach uczestniczących w obecnym wyścigu zbrojeń można uznać za jakoś tam naiwne, ale w żaden sposób nie za przejaw "endemicznego antysemityzmu", jak to już zostało skwitowane przez agencje żądne kolejnej "awantury o Grassa". Tym razem chyba jej nie będzie, choć swym adwesarzom Grass - na poły rozgoryczony, na poły obrażony wiersz: "Moim wrogom":

"Bądźcie mi przychylni,
nawet jeśli zapas nienawiści
pichci się już tylko na niewielkim ogniu.

Cierpcie z umiarem,
gdyż jesteście drugorzędni,
a strzelacie tylko z zasadzki.

Nie rezygnujcie,
gdyż do podgryzania nawykła
jest także bezzębna zawiść.

Bądźcie cierpliwi
jeszcze tylko chwilę tutaj pobędę
zapewniając Wam honoraria, ciepłą izbę.

Dochowajcie wierności takim jak ja,
gdyż bez autorów Wam przeżuwaczom
pozostanie jedynie sucha łąka i suchary jako żarcie.

Cieszcie się sobą, oklaskujcie
mali mistrzowie tanich złośliwości
złączonych w gildię wspólnych interesów.

W jednej chwili obsmarowujcie to,
co blokowane zwątpieniem
powstawało latami.

Ach, jak sprytnie
spływa Wam to spod palców
podczas gdy mi znowu tężeje atrament."

Niejeden na te słowa wzruszy ramionami: innym to dowalał, a teraz się obraża. Ci, którzy Grassa znają lepiej, wiedzą, jak go dotknęły drastyczne ataki po ujawnieniu w 2006 r. w "Obieraniu cebuli" epizodu z powołaniem w ostatniej fazie wojny do Waffen SS. Tym większe znaczenie miało dla urodzonego w Gdańsku noblisty jednoznaczne wsparcie, jakie wtedy otrzymał z tego miasta. Za swoiste podziękowanie można uznać piękny wiersz dla równolatka - Andrzeja Wirtha, pół wieku temu kierownika działu kultury "Polityki", który w 1957 roku pomógł nikomu nieznanemu niemieckiemu pisarzowi dostać się do Gdańska i dokończyć dokumentację do "Blaszanego bębenka", którego fragmenty natychmiast opublikował w "Polityce". To - po śmierci niemieckiego redaktora książek Grassa, któremu zadedykowane są "Jętki jednodniówki" - jedyne wyznanie przyjaźni: "Posiadanie takiego przyjaciela jak Andrzej, pozwala mi starzenie uznać znośnym".

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną