Budżet UE: z czym na szczyt

Gra wetem
Tuż przed unijnym szczytem wszyscy deklarują chęć porozumienia, ale równocześnie grożą wetem. Tymczasem ta ostateczna broń nikomu nie wyszłaby na dobre. Jeśli zostanie użyta, będą sami przegrani.

Unijne negocjacje budżetowe to spektakl na użytek opinii publicznej. Każdy chce uchodzić za narodowego bohatera w swoim kraju, który albo wywalczył jak najmniejsze składki w przypadku płatników netto, albo wyrwał jak najwięcej dla ojczyzny, jeśli reprezentuje beneficjentów netto. Gra toczy się co prawda w sumie o ok. bilion euro, ale rozłożony aż na siedem lat. Roczny unijny budżet to równowartość zaledwie jednego procenta PKB wszystkich 27 państw członkowskich. Jednak gdy w Europie mowa jest o jakichkolwiek pieniądzach, zwłaszcza w okresie kryzysu, polityczne emocje biorą górę nad ekonomicznym rozsądkiem.

Z tego powodu mamy grę nerwów, podsycaną przez poszczególne delegacje, dające do zrozumienia, że ich szefowie będą twardo walczyć o interesy swoich państw i nie cofną się przed wetem, jeśli poczują się pokrzywdzeni. I tak blokadą grożą z jednej strony płatnicy netto z Wielką Brytanią na czele, którzy żądają największych cięć w projekcie przedstawionym przez Komisję Europejską. Weto premierzy Wielkiej Brytanii, Holandii czy Szwecji mogliby co prawda łatwo sprzedać w swoich stolicach jako obronę narodowych interesów, ale byłoby to pozorne zwycięstwo. Gdyby doszło do prowizoriów w kolejnych latach, oparte zostałyby one o budżet z 2013 r., więc płatnicy netto nic by nie oszczędzili.

Wetem grozi oczywiście Francja, jeśli naruszone zostaną wydatki na ukochaną przez nią Wspólną Politykę Rolną. Jednak blokada negocjacji na pewno nie pomogłaby prezydentowi tego kraju, który chce uchodzić w Europie za przeciwieństwo swojego, wyjątkowo trudnego we współpracy poprzednika. Poza tym w ten sposób François Hollande utrudniłby sobie relacje z południem kontynentu, dla którego chce być adwokatem w starciu z wzywającymi do cięć Niemcami. Tymczasem Grecja, Hiszpania czy Portugalia w nowym unijnym budżecie widzą jedną z niewielu możliwości ratunku dla pogrążonych w kryzysie gospodarek. Im na porozumieniu zależy zatem szczególnie mocno.

Także Polska wysyła wojownicze sygnały, a celuje w tym zwłaszcza nasz minister finansów. Grozimy wetem, gdyby cięcia okazały się zbyt dotkliwe i mogły spowodować, że na politykę spójności dostaniemy mniej niż w latach 2007-13. Dla nas oczywiście brak porozumienia byłyby szczególnym problemem, bo choć prowizoria od roku 2014 mogłyby być oparte na korzystnym dla Polski budżecie z 2013 r., to bardzo utrudniają one realizację projektów wieloletnich. A to właśnie wielkie inwestycje w infrastrukturę, trwające średnio 3-5 lat, mają być nadal jednym z podstawowych źródeł naszego wzrostu gospodarczego.
Wreszcie na wecie nie skorzystają również Niemcy, którzy co prawda bez nowego budżetu mogą spokojnie żyć, ale przecież chcą potwierdzić swoją szczególną rolę mediatora i nieformalnego przywódcy Unii. Jeśli szczyt skończy się blokadą, będzie to także porażka Angeli Merkel – nie tyle finansowa, co dyplomatyczna. Logika wskazywałaby zatem, że skoro weto dla nikogo nie jest sukcesem, o porozumienie powinniśmy być spokojni. Niestety, wśród 27 państw zasady logiki niekoniecznie muszą być górą, więc wynik nocnych negocjacji pozostaje wielką niewiadomą.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną