Świat

Faceci w czerni

Kto jest wrogiem FBI?

Dzisiaj FBI zajmuje się przede wszystkim tropieniem terrorystów, a nie ściganiem zwykłych krymninalistów. Dzisiaj FBI zajmuje się przede wszystkim tropieniem terrorystów, a nie ściganiem zwykłych krymninalistów. Remi Benali / Getty Images/FPM
Rozmowa z Timem Weinerem, autorem książki „Wrogowie”, o pomaganiu niedoszłym terrorystom, tropieniu przeciwników politycznych Białego Domu i innych grzechach FBI.
Tim Weiner - amerykański dziennikarz i pisarz, specjalista od służb specjalnych.Bloomberg/Getty Images/FPM Tim Weiner - amerykański dziennikarz i pisarz, specjalista od służb specjalnych.
John Edgar Hoover z prezydentem Lyndonem Johnsonem, 1963/64 r.Yoichi Okamoto/Corbis John Edgar Hoover z prezydentem Lyndonem Johnsonem, 1963/64 r.

Wawrzyniec Smoczyński: – Kilka tygodni temu FBI aresztowała człowieka, który chciał wysadzić oddział Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku. Agenci towarzyszyli mu od wielu miesięcy, zaopatrzyli w bombę. To był prawdziwy zamach czy prowokacja służb?
Tim Weiner: – W Stanach Zjednoczonych były dziesiątki takich operacji. Załóżmy, że chce pan zostać islamskim terrorystą, ale nie potrafi zbudować bomby. Wchodzi pan do Internetu i zaczyna szukać pomocy na czatach. Agent nawiązuje z panem kontakt, pisze: „Jestem z tobą. Chodź, wysadźmy coś w powietrze”. Kilka miesięcy później dostaje pan od FBI ciężarówkę i atrapę półtonowej bomby, agent daje panu też specjalną komórkę i mówi: „Jak będziesz gotowy, naciśnij ten guzik”. Naciska pan guzik i zostaje zwinięty.

Czyli jednak prowokacja.
To dozwolona i sprawdzona technika śledcza, poza tym nie ma innego sposobu, by powstrzymać przyszłego zamachowca. Jeśli tylko nie mówimy podejrzanemu, co ma robić, jeśli on sam wychodzi z inicjatywą zamachu i szuka wspólników, jest to w pełni legalne. By doszło do skazania, niedoszły terrorysta musi powiedzieć: „Chcę wysadzić Rezerwę Federalną”, a potem przejść do czynu, uruchamiając atrapę bomby. Żadna z podobnych operacji FBI, a było ich bardzo dużo, nie została podważona w sądzie. Gdyby były sfingowane, całkowicie spreparowane przez agentów, sprawcy wybroniliby się od kar.

O FBI myślimy przede wszystkim jako o „facetach w czerni”, którzy ścigają przestępców. Taki wizerunek utrwaliły amerykańskie filmy sensacyjne. Pan napisał historię biura, z której wyłania się zgoła inny obraz.
FBI to amerykańska wersja tajnej policji. Dziś jej najważniejszym obowiązkiem jest zwalczanie terroryzmu, ma powstrzymać trzeci Pearl Harbor. Drugim były zamachy z 11 września 2001 r. Biuro liczy 11 tys. agentów i większość z nich zajmuje się na okrągło tropieniem terrorystów, a nie ściganiem zwykłych kryminalistów.

Tajna policja – to brzmi jak KGB.
Od założenia biura w 1908 r. zmagamy się z problemem, jak prowadzić tajną służbę wywiadowczą w otwartym, demokratycznym państwie. I wciąż nie znamy odpowiedzi. Przez większość swojej historii, zwłaszcza za panowania Johna Edgara Hoovera, FBI było pierwszą i najważniejszą agencją wywiadowczą w Ameryce. Jej zadaniem było nie tylko powstrzymywanie szpiegów, sabotażystów, anarchistów czy terrorystów, ale także prowadzenie walki politycznej na zlecenie prezydenta.

Kim byli tytułowi wrogowie FBI?
Na przestrzeni lat było ich wielu. Przed wojną byli to anarchiści, w latach 50. i 60. biuro zwalczało nie tylko komunistów, ale także działaczy ruchu na rzecz praw obywatelskich, liderów protestu przeciwko wojnie w Wietnamie czy przeciwników ówczesnej polityki zagranicznej USA. FBI działało wtedy jak policja polityczna, wrogami byli dla niej wszyscy – od aktywnych działaczy Partii Komunistycznej USA po hipisów noszących transparenty antywojenne.

Jak powstało biuro?
Zostało stworzone w tajemnicy przez prezydenta Theodore’a Roosevelta – tego samego, który wykopał Kanał Panamski bez pytania o zdanie mieszkańców Panamy. Trzeba wyobrazić sobie Amerykę na początku XX w. Roosevelt doszedł do władzy, bo anarchista zastrzelił prezydenta Williama McKinleya. Roosevelt był wiceprezydentem, miał zaledwie 42 lata, był młodszy niż John Kennedy w chwili objęcia urzędu. Pod koniec XIX w. w całej Europie dochodziło do zamachów na cesarzy, królów i książęta, teraz anarchista zabił prezydenta USA.

Roosevelt przez całą prezydenturę myślał o stworzeniu federalnej policji, która byłaby w stanie rozbić anarchistów, ale także wyegzekwować nowe prawa. Chodziło mu zwłaszcza o przepisy dotykające ludzi, których sam nazywał „złoczyńcami o wielkiej zamożności” – baronów przemysłu, królów kolei, stali i węgla, przedsiębiorców działających w kartelach, którzy razem wzięci mieli wówczas więcej pieniędzy niż budżet federalny Stanów Zjednoczonych. Mieli też więcej władzy, bo kupowali usługi senatorów i kongresmenów.

Roosevelt chciał mieć narzędzie do walki z korupcją, a jednocześnie tajną policję na anarchistów. Nie poprosił o zgodę Kongresu, który już raz odmówił mu pieniędzy na biuro śledcze. Roosevelt i jego prokurator generalny Charles Joseph Bonaparte, notabene prabratanek Napoleona, po prostu przesunęli pieniądze w obrębie Departamentu Sprawiedliwości i stworzyli FBI bez zgody Kongresu. To było niezgodne z prawem, ale taki był Roosevelt.

Czyli FBI powstało nielegalnie?
Tak. Biuro do dziś nie ma statutu i robi to, co każe mu prezydent. Potem nadeszła I wojna światowa i Woodrow Wilson, jego własny prokurator generalny, oraz niejaki J. Edgar Hoover, 24-letni szef wydziału ds. radykałów w FBI, postanowili wyłapać wszystkich amerykańskich anarchistów i komunistów. Partia Komunistyczna USA powstała w Chicago w 1919 r., liczyła tylko pięciu członków. Mimo to w sieć, którą zarzucił Hoover rok później, wpadło 6–10 tys. osób. Aresztowano je pod zarzutem, że myśleli, czytali, pisali lub wypowiadali się przeciwko rządowi USA. Słowem, za niesłuszne poglądy.

Na jakiej podstawie?
W Stanach obowiązywał wówczas przepis zakazujący krytyki rządu. Hooverowi udało się deportować pewną liczbę ludzi, w tym słynną anarchistkę Emmę Goldman, ale 95 proc. aresztowań zostało uznanych za niezgodne z prawem i anulowanych przez sądy. Tak zaczęła się kariera Hoovera – od zleconej przez prezydenta, ogromnej i całkowicie nielegalnej łapanki radykałów, osób podejrzanych o anarchizm, komunizm czy socjalizm. Hoover nie widział między nimi specjalnej różnicy.

Tropił też skrajną prawicę?
Tylko w jednym, bardzo ważnym przypadku: Ku-Klux-Klanu. Klan był najbrutalniejszą organizacją terrorystyczną w USA w XX w. Zabili tysiące ludzi, wysadzali czarne kościoły, strzelali do czarnych przywódców, terroryzowali całe miasta na Południu. Na początku lat 60. de facto rządzili w Missisipi, Alabamie, części Georgii i Luizjany. Kontrolowali policję lokalną, na poziomie hrabstwa, stanową, sędziów wszystkich szczebli, polityków aż po Senat. Byli szefowie policji, którzy nocą palili krzyże.

Lyndon Johnson, jak wcześniej „Teddy” Roosevelt, został prezydentem po zabójstwie Kennedy’ego i w 1964 r. czekały go wybory. Czarni nie mieli jeszcze ani praw obywatelskich, ani praw wyborczych – żadnych praw, które biali musieliby szanować. Johnson był z Południa i chciał je wygrać głosami czarnych, nakazał więc Hooverowi zniszczyć Ku-Klux-Klan. To było krótko po tym, jak Klan wysadził w powietrze kościół w Birmingham w Alabamie, zabijając cztery małe dziewczynki podczas modlitwy.

Wiemy dokładnie, co się później stało, bo prezydent Lyndon Johnson nagrywał swoje rozmowy telefoniczne. W nagraniu słychać dokładnie słowa prezydenta: „Edgarze? Chcę, żebyś załatwił Klan dokładnie tak samo jak załatwiłeś komunistów”. Czyli załóż im podsłuchy, wejdź do ich domów, ukradnij im papiery, użyj, czego trzeba, by ich zniszczyć. Hoover nie chciał tego robić, bo sam był rasistą. A jednak to zrobił, bo było to polecenie od prezydenta. Po trzech latach Klan został złamany jak wyschnięta gałąź.

Wkrótce potem metody FBI zostały obnażone.
Hoover kierował biurem aż do swojej śmierci w 1972 r. FBI tropiła wtedy Weather Underground, małą, ale bardzo skuteczną lewicową organizację terrorystyczną. Jej członkowie zdołali podłożyć bomby w Pentagonie i na Kapitolu, w obu przypadkach ostrzegli przed wybuchem. Na początku lat 70. w Stanach doszło do 38 zamachów bombowych i wszystkie były dla FBI całkowitą niespodzianką. Z frustracji agenci zaczęli włamywać się do przyjaciół i krewnych ludzi z Weather Underground w nadziei, że trafią na trop do kolejnego zamachu.

Człowiekiem, który to zlecił, był następca Hoovera i numer dwa w FBI Mark Felt, znany lepiej jako Głębokie Gardło z afery Watergate. Razem z szefem ds. operacji zostali oskarżeni o łamanie praw obywatelskich Amerykanów poprzez włamania i kradzieże dokumentów. Obaj zostali skazani, groziło im po 10 lat więzienia, ale Ronald Reagan ich ułaskawił. Wtedy stało się jasne, że FBI działało poza granicami prawa. Oczywiście, jak długo Hoover żył, on był prawem, ale w państwie demokratycznym to niedopuszczalne.

Dlaczego FBI nie udaremniło zamachów z 11 września 2001 r.?
Największą pojedynczą przyczyną, dla której doszło do zamachu, był brak współpracy między CIA a FBI. Od 1996 r. w obu organizacjach byli ludzie zajmujący się obserwacją Al-Kaidy – w FBI John O’Neill, w CIA Michael Scheuer. Obaj szczerze się nienawidzili i nie potrafili uzgodnić nawet najprostszych działań śledczych, które dałyby pełniejszy obraz zagrożenia za strony Al-Kaidy. Wszyscy w CIA wiedzieli, że dojdzie do ataku, nie wiedzieli tylko gdzie i kiedy.

Brak współpracy był tak dotkliwy, że O’Neill z frustracji odszedł z FBI i w lecie 2001 r. został szefem ochrony w World Trade Center. Zginął w zamachu. Scheuer oświadczył później w Kongresie: „Jedną dobrą rzeczą, jaka stała się tamtego dnia, to fakt, że budynek zawalił się na Johna O’Neilla”. To pokazuje poziom nienawiści, pogardy i niezdolności do współpracy między CIA i FBI. Nie da się kierować wydziałem policji w małym mieście, jeśli ludzie spierają się na tym poziomie. A co dopiero dwiema największymi na świecie agencjami wywiadowczymi.

Po ataku Al-Kaidy nielegalne metody inwigilacji powróciły.
Tak, równowaga między bezpieczeństwem a wolnością została znowu ostro zaburzona. George W. Bush zezwolił na tajny program szpiegowania Amerykanów, podsłuchiwania ich rozmów telefonicznych, przeglądania maili, zawartości komputerów. Program nosił kryptonim Gwiezdny Wiatr i był tak tajny, że nie wiedział o nim nawet dyrektor FBI. Prowadziła go Krajowa Agencja Bezpieczeństwa (NSA).

Skoro FBI nic nie wiedziało, to co miało z tym wspólnego?
Było bezpośrednio zaangażowane, bo otrzymywało materiał wywiadowczy od NSA, z początku nie znając jego pochodzenia. Ale najważniejsze jest to, że podsłuchy były bezużyteczne. FBI dostawało rzekę surowych danych – to przypominało próbę napicia się wody z węża strażackiego. W biurze zaczęto nazywać te informacje „tropami do dostawcy pizzy”, bo 99 razy na 100 trafiali na kogoś, kto nie miał żadnego związku z terroryzmem.

W końcu obecny szef FBI Robert Mueller zrozumiał, że program jest ogromny, nielegalny i sprzeczny z konstytucją. Miał w tej sprawie ostre starcie z Bushem w Białym Domu w 2004 r. Znamy przebieg rozmowy, bo obaj opowiedzieli ją we wspomnieniach. W pokoju byli tylko we dwóch. Mueller powiedział, że złoży dymisję, jeśli Bush nie ograniczy programu, by mieścił się w granicach prawa. Bush z czasem się wycofał.

Dlaczego ustąpił?
Proszę sobie wyobrazić tytuły gazet dzień po dymisji Muellera: szef FBI ustąpił, nie podaje powodu, powołuje się na tajemnice państwa. Na następnej konferencji prezydent dostałby pytanie: co takiego tajnego i nielegalnego pan robi, że szef FBI ustąpił dla zasady? Bush nie potrafiłby odpowiedzieć, a to był marzec 2004 r., szykował się do reelekcji. Z takim skandalem na głowie przegrałby drugą kadencję, mógłby zostać pozbawiony urzędu.

Nie każdy prezydent będący w stanie wojny szanuje konstytucję. W orzeczeniu dotyczącym trybunałów wojskowych Sąd Najwyższy przypomniał Bushowi, że stan wojny nie czyni prezydenta królem, a tak właśnie argumentowała jego ekipa, odpierając zarzuty o nielegalną inwigilację Amerykanów. Mueller znalazł się więc w niecodziennej sytuacji – musiał zastraszyć prezydenta, by chronić konstytucję. Zdarzają się sytuacje, gdy dyrektorzy FBI są silniejsi od głowy państwa.

Żeby szpiegować Amerykanów, trzeba mieć nakaz podpisany przez sędziego federalnego. Program Busha, podobnie jak podsłuchy i włamania w czasach Hoovera, nie miał zgody sądu, a jedynie polecenie prezydenta. Rządy prawa są podstawą wolnej republiki i demokracji. Jeśli prezydent decyduje, co jest legalne, a co nie, to staje się już królem.

Barack Obama jest królem?
Piszę w książce, że w ciągu ostatnich czterech lat prezydent USA i szef FBI po raz pierwszy zdołali złapać równowagę między bezpieczeństwem a wolnością. Za rządów Obamy nie było poważnych naruszeń konstytucji, nie doszło też do kolejnego ataku na USA. Mueller mówił kilkakrotnie, że będzie to pyrrusowe zwycięstwo, jeśli FBI osiągnie swoje cele, łamiąc jednocześnie prawo. Ameryka nie może stać się północną Gwatemalą.

FBI i CIA wiedzą, że jeśli dojdzie do kolejnego ataku, trzeciego Pearl Harbor, z powodu braku komunikacji między służbami, nastąpi kilka strasznych rzeczy. Najgorsza z możliwych to utrata demokracji – będzie tyle strachu i złości, że Amerykanie dobrowolnie oddadzą swoje swobody w zamian za obietnicę bezpieczeństwa. Żadna wolna republika nie przetrwała dłużej niż 300 lat. My mamy 236 lat.

rozmawiał Wawrzyniec Smoczyński

Tim Weiner – amerykański dziennikarz i pisarz, specjalista od służb specjalnych. Pracował w „Philadelphia Inquirer” i „New York Timesie”, w 1988 r. zdobył Pulitzera za teksty o tajnych zakupach broni przez Pentagon. Właśnie ukazała się u nas jego najnowsza książka „Wrogowie: historia FBI”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Dlaczego książki dla młodzieży już nie uczą i nie wychowują

Ukazanie się „Księgi dla starych urwisów”, książki Krzysztofa Vargi o twórczości Edmunda Niziurskiego, to dobry powód, by zapytać, dlaczego nie ma już miejsca na literacki dydaktyzm.

Mirosław Pęczak
20.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną