Świat

W afrykańskim Peerelu

Jaki los czeka Algierię

Panorama miasta z pomnikiem Męczeństwa. Panorama miasta z pomnikiem Męczeństwa. Sinan Cakmak/Anzenberger / Forum
Wybory prezydenckie w Algierii zgodnie z oczekiwaniami wygrał 77-letni Abdelaziz Bouteflika. Algieria to kraj równie jak Polska pokiereszowany przez historię. Czy wyjdzie na prostą?
Obrazki z Kazby - starówki Algieru.Sinan Cakmak/Anzenberger/Forum Obrazki z Kazby - starówki Algieru.
W krajobrazie Algieru widać wszystko: tradycję, biedę, nowoczesność.Marek Ostrowski/Polityka W krajobrazie Algieru widać wszystko: tradycję, biedę, nowoczesność.
Nowoczesna galeria handlowa. Chociaz w stolicy sa jeszcze zapuszcone miejsca, Algier nie jest biednym miastem.Billal Bensalem/PANAPRESS/MAXPPP/Forum Nowoczesna galeria handlowa. Chociaz w stolicy sa jeszcze zapuszcone miejsca, Algier nie jest biednym miastem.

Ogłoszenia, nazwy modnych sklepów i restauracji, wiele reklam w Algierze – wszystko w języku francuskim. Nie ma drugiego kraju arabskiego, w którym praktycznie wszyscy swobodnie mówią „językiem kolonizatora”. Algierczycy celują w mieszankach, potrafią zacząć zdanie po arabsku, a skończyć po francusku. Pewnych zwrotów, na przykład – „na lewo”, „na prawo” – po arabsku w ogóle się nie słyszy. Algieria miała pozostać Francją – Paryż chciał ze swoich Arabów zrobić zamorskich Francuzów, forsując kolonizację cywilizacyjną. I czynił to w sposób brutalny.

Algierczycy podają, że kolonializm i wojna o niepodległość kosztowały życie 1,5 mln osób. Może też dlatego język to nie tylko kultura i cywilizacja, lecz ideologia i polityka. „Język francuski to nasz łup wojenny, nasza zdobycz” – twierdził algierski pisarz Kateb Yacine i zalecał rodakom, by korzystali z niej dla rozwoju kraju. Ale większość uznawała to za zdradę ideałów niepodległości. Rządzący w latach 70. Front Wyzwolenia Narodowego postawił na upowszechnienie nauczania w języku arabskim. Czy arabizacja się udała? Trudno jednoznacznie ocenić, w każdym razie nakłady dzienników po arabsku znacznie przewyższają sprzedaż prasy francuskojęzycznej.

Albert Camus, urodzony w Algierii, olbrzym literatury XX w., mógłby służyć za most między Francją i Algierią. Ale czas takich mostów jeszcze nie nadszedł. Dwa lata temu, na 50-lecie śmierci sławnego pisarza, algierskie obchody jubileuszu spaliły na panewce. Camus uważał, że w Algierii Arabowie i Francuzi, zwani przez miejscowych „czarnymi stopami” (pieds noirs), powinni żyć w harmonii. Aktywiści Frontu Wyzwolenia Narodowego (FLN) nigdy nie mogli mu wybaczyć głośnego oświadczenia przeciw zamachom w Algierze w 1954 r. „Muszę potępić ślepy terror, który pewnego dnia może zabić mi matkę. Wierzę w sprawiedliwość, ale wyżej stawiam matkę” – powiedział w czasie wojny o niepodległość, która zakończyła się w 1962 r. W końcu ani pieds noirs, ani Algierczycy nie uznali go za swego. Dziś przyznają się do niego tylko nieliczni spośród intelektualistów algierskich.

Więcej policjantów niż turystów

Nad dwumilionowym Algierem góruje pomnik Męczeństwa, pamiątka wojny o niepodległość, zaprojektowany przez polskiego rzeźbiarza Mariana Koniecznego. Bulwar Męczenników to jedna z głównych ulic stolicy. Słowo „męczennik”, używane we francuskim tylko w kontekście religijnym, tu odmienia się na każdym kroku, kiedy mowa o przeszłości. Przed miesiącem wizytę w Algierii złożył prezydent Francji François Hollande z całą ekipą ministrów. Oczekiwano, że – inaczej niż jego poprzednik Nicolas Sarkozy – wyrazi żal i skruchę z powodu postępowania Francji w przeszłości. „Przez 132 lata Algieria była poddana systemowi głęboko niesprawiedliwemu i brutalnemu” – powiedział Hollande. Czy to wystarczająca ekspiacja? Zdania są podzielone. – Nie można robić z przeszłości hamulca, który blokuje przyszłość – mówi minister Mohamed Said. – Otworzymy nową kartę, ale przecież nie wyrwiemy starej.

Na ulicach Algieru widać więcej policjantów niż turystów. Przed komisariatem policji w centrum, przed urzędami – wszędzie policja z bronią automatyczną. Dopiero niespełna dwa lata temu rząd zniósł obowiązujący przez prawie 20 lat stan wyjątkowy, który miał pomóc w walce z islamskimi rebeliantami.

Algieria żyje z niezagojoną ciągle raną. Zabici, porwani, zaginieni bez wieści, trudno się z tym pogodzić – mówi Mohamed Baghali, redaktor naczelny największej arabskiej gazety „El Khabar”. W jego gabinecie, w nowym gmachu redakcji w Algierze, wisi wielki olejny portret jego młodego poprzednika, który został zamordowany podczas krwawego wojennego 10-lecia, zwnego też czarnym okresem. Już po naszej polskiej rewolucji 1989 r. w wojnie domowej w Algierii zginęło 150 tys. ludzi. W cieniu twardego systemu jednopartyjnego (lata 1962–90) wyrósł ekstremizm islamski. Armia, która wystąpiła przeciw wygrywającym wybory islamistom, „zapobiegła unicestwieniu kraju”. – Ale to był tragiczny wybór między wielkim złem a trochę mniejszym – mówi Yasmina Khadra, dziś znany pisarz, przedtem oficer armii algierskiej.

Zbrojni islamiści też mieli swoje racje, występowali przeciw okrutnemu reżimowi, przeciw niesprawiedliwości, represjom, korupcji. „Otwarte drzwi przebaczenia” (określenie obecnego prezydenta Abdelaziza Boutefliki) dla składających broń grup islamskich, Karta na Rzecz Pokoju i Pojednania Narodowego, ale przede wszystkim sukcesy armii rządowej sprawiły, że zamachy i zabójstwa właściwie ustały. Na pewno wolny jest od nich Algier.

Nie prywatyzacji

Algierscy przywódcy uważają, że byli pionierami przejścia od ustroju jednopartyjnego do pluralizmu i że zaczęli jeszcze przed 1989 r. i przed upadkiem muru berlińskiego. W tym sensie arabską wiosnę mają już za sobą. Ponadto otworzyli gospodarkę. Algierski Balcerowicz, Mulud Hamrouche, uwolnił ceny, dał swobodę przedsiębiorstwom państwowym, zachęcał do tworzenia sektora prywatnego.

Ale od tamtego czasu minęło już 20 lat i problemy nie zniknęły. Dziś Algierczycy żalą się, że za intratną posadę państwową trzeba nieźle zapłacić. DRS, czyli bezpieka, pracuje ręka w rękę z bonzami gospodarczymi – wedle swoich interesów rozkręca albo tępi prywatne firmy. Rząd w tych warunkach jakiejkolwiek prywatyzacji nie chce, a nawet się jej boi. Można protestować, za to nie zwalniają z pracy, ale niewiele się dzieje. Rząd ma środki, aby sobie kupić spokój. Zresztą ludzie mają w nosie politykę, a o demokrację nikt się nie upomina.

Tę uliczną wiedzę potwierdzają solidne badania socjologiczne. Karta Narodowa z 1976 r., która z własności społecznej i monopolu państwa w gospodarce uczyniła priorytety, do dziś tworzy klimat niechętny „klasie wyzyskiwaczy”. O takiej negatywnej etykiecie prywaciarza, nie tylko niebezpiecznego dla rewolucji socjalistycznej, ale nawet potencjalnego przestępcy, pisze Nordine Grim, wykładowca, dziennikarz, dawniej wysoki rangą urzędnik administracji. Charakterystyczny jest tytuł jednej z jego książek: „Algierska gospodarka – zakładnik polityki”.

Doskonale wiemy, jakie są wady systemu – przekonuje członek Biura Politycznego FLN Abd al-Rahman Belajat. Nie można zresztą powiedzieć, że z korupcją nie ma walki. W 2011 r. skazano na więzienie prezesa i dyrektorów SONATRACH, przebogatej państwowej firmy energetycznej. Inwestycje zagraniczne idą jednak mozolnie. Inwestorów odstrasza twardo narzucona reguła, że państwo algierskie musi posiadać przynajmniej 51 proc. majątku każdego przedsięwzięcia.

Polakowi Algieria może przypominać późny PRL, tyle że z dodatkiem ropy naftowej. Pierwsze skojarzenie to podwójny kurs miejscowej waluty – dinara. W bankach obowiązuje oficjalny przelicznik, a u wszechobecnych i niekryjących się specjalnie cinkciarzy kurs waluty jest znacznie wyższy. W budynkach wrażenie socjalistycznego zastoju, wszędzie niedoróbki, odpadający tynk, pomalowane byle jak. Tak jak w PRL ciągle słychać o planach pięcioletnich. Poprzedni koncentrował się na drogach, portach i zasobach wodnych. Obecny, na lata 2010–14 (wart 286 mld dol.), dotyczy głównie walki z bezrobociem przez inwestycje w szkolnictwo i mieszkania.

Kasba, czyli historyczna część stolicy, choć wpisana na listę dziedzictwa światowego UNESCO, robi wrażenie zapuszczonej. Ale sam Algier nie jest biednym miastem. W godzinach szczytu wszystko stoi w korku – nawet drogi wyjazdowe, prowadzące gdzieś wydawałoby się w pustynię, zatłoczone są do niemożliwości. Litr benzyny kosztuje równowartość niecałych 80 polskich groszy. 98 proc. dochodów eksportowych Algierii pochodzi ze sprzedaży paliw.

Algieria zarabia na eksporcie surowców, ale prawie wszystko importuje. Owszem, wdrożono wielki program mieszkaniowy, ale powszechne są narzekania, że rozdział lokali jest niesprawiedliwy. – Niesprawiedliwość, niekompetencja, korupcja – tak można scharakteryzować system – mówi Mohamed Baghali.

W lesie

Władza rzeczywiście zniosła stan wyjątkowy. W 2012 r. odbyły się wybory parlamentarne, które wygrał FLN, islamiści uplasowali się tuż za nim. Yasmina Khadra, autor bestsellerów, a przy tym dyrektor ośrodka kultury algierskiej w Paryżu, wcale się tym nie zachwyca. – Jedyna satysfakcja, że wybory przebiegły spokojnie, że szanowano poglądy innych, to już coś. Ale politycznie jesteśmy w lesie. Czas przekazać pałeczkę młodemu pokoleniu. Ci, którzy w 1962 r. byli jeszcze dziećmi, przez całe swoje życie widzą ciągle te same twarze. Przez całe życie! Nic dziwnego, że weteran FLN i prawdziwy rewolucjonista Belajat mówi, że priorytetem dla Algierii jest zbudowanie skutecznego systemu pluralistycznego. Pierwsza próba, podjęta na początku lat 90., wywołała jednak wojnę domową.

„Społeczeństwo jest zagrożone tą samą namiętnością: gangreną islamizmu. Jeśli w Algierii ma zapanować demokracja, trzeba ograniczać jego wpływy”mówił Khadra kilka lat temu. A dziś? Abu Dżera Soltani, przyjaciel egipskiego prezydenta Mohameda Morsiego i szef Ruchu na rzecz Pokojowego Społeczeństwa, to ktoś, kto zostanie prezydentem, jeśli w Algierii wygrają islamiści. – Jesteśmy religijni – mówi Soltani i zastrzega, że – tak jak chrześcijańska prawica w Europie – zawsze potępiał przemoc. Zresztą przez 15 lat był w rządzie. – Do opozycji przeszliśmy dopiero po zniesieniu stanu wyjątkowego, przedtem najważniejsza była stabilizacja kraju – mówi.

Belajat, krytykowany za swój niewyparzony język intelektualista, zapytany o miejsce religii w państwie, mówi: – Nie ma o to sporu. Nigdy w FLN nie było takiego kogoś jak Atatürk, nie ma mowy o laicyzacji. W Algierii nawet najgorszy drań i pijak oburzy się na krytykę religijności. Ale ma to zalety i wady. – Ekstremizm czerpie z tego samego źródła. Dlaczego w Algierii tak słaby jest islam umiarkowany? Belajat do „umiarkowanych” odnosi się z najwyższą podejrzliwością. – Umiarkowani to kryptoislamiści. Ekstremizm jest częścią ich kodu genetycznego. Algierię czeka jeszcze daleka droga? – Trudno komukolwiek pokonać FLN – uśmiecha się Belajat.

Marek Ostrowski z Algieru

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Gasiłem getto. Świadectwo człowieka, który w czasie powstania w getcie pracował jako polski strażak

Któregoś dnia widziałem tak potworne wydarzenie, że prawie zemdlałem.

Janusz Ostrowski
04.11.2009
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną