Amerykańska prowokacja

Czarno-biały film
Quentin Tarantino kpił już ze wszystkiego, nawet z Holocaustu. W „Django” zażartował z niewolnictwa i historii czarnych – i się okazało, że to są żarty już zbyt grube jak na gusta Amerykanów.
materiały prasowe

Najnowszy, kontrowersyjny film Quentina Tarantina to historia czarnego niewolnika Django (Jamie Foxx) i białego łowcy nagród doktora Kinga Schulza (Christoph Waltz), którzy łączą siły, by odbić z rąk białego plantatora żonę Django. Film jest klasyczną Tarantinowską wariacją na temat tego, co już w kinie było. W tym wypadku jest to wariacja na temat spaghetti westernów. Reżyser nie byłby jednak sobą, gdyby nie podszedł do tematu po swojemu: brutalnie i bez respektu dla ustalonych przez lata „świętych” tematów amerykańskiej kinematografii, z którymi trzeba obchodzić się delikatnie jak ze zgniłym jajkiem.

Krew leje się więc szerokim strumieniem, biali okładają czarnych batami, szczują psami i sprzedają ich jak bydło. Na nadrealistycznie ukazaną przemoc białych wobec czarnych Django odpowiada tym samym. – Skoro jest 1850 rok, to w Stanach Zjednoczonych są niewolnicy, a biali używają słowa „czarnuch” (ang. nigger) na co dzień – wyjaśnia we wszystkich wywiadach Quentin Tarantino. A musi się gęsto tłumaczyć, bo sam czarny nie jest. Na ile może sobie w USA pozwolić biały reżyser? W mediach rozpętała się dyskusja, do której dołączają kolejne rozemocjonowane głosy.

Słowo na N

Zaczęło się mocno. Legendarny czarnoskóry reżyser Spike Lee, specjalista od „nowego kina czarnych”, niedawno napisał na Twitterze, że niewolnictwo w Ameryce to nie spaghetti western Sergia Leone. „To był Holocaust. Moi przodkowie byli niewolnikami porwanymi z Afryki. Należy się im szacunek”. A potem w wywiadzie dla hiphiopowego magazynu „Vibe” zapowiedział, że na „Django” nie pójdzie. – Pójście na ten film obraża moich przodków. A ja ich obrażać nie mogę. Ale mówię wyłącznie w swoim imieniu – oświadczył autor „Malcolma X” i „Rób, co należy”. Otwarcie skrytykował obfite użycie w „Django” słowa nigger, którego publicznie w USA w zasadzie się nie wymawia. Jest uznawane za tak obraźliwe i wulgarne, że w niektórych programach telewizyjnych określa się je jako „słowo na N”. „Gdyby pojawiało się w filmie częściej, powinno zostać wciągnięte na listę płac jako jedna z gwiazd” – komentuje tygodnik „The New Yorker”.

 

Pełna wersja artykułu dostępna w 2 numerze "Forum".

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj