Atak terrorystyczny na pracowników instalacji gazowych w Tigenturin w południowowschodniej Algierii jest największą od lat operacją islamskich ekstremistów przyznających się do związków z Al-Kaidą. Zaalarmował nie tylko Algierię, która ma świeżo w pamięci całe krwawe dziesięciolecie starć z terrorystami, ale także kraje sąsiednie, zwłaszcza Mali ogarnięte działaniami zbrojnymi, oraz oczywiście Francję, której najłatwiej interweniować militarnie w tym regionie. Skala i rozgłos zamachu są jednak jeszcze większe, gdyż pracownicy instalacji pochodzą z wielu krajów – nie tylko Algierii i Francji, ale też Norwegii, Wielkiej Brytanii, Japonii, Rumunii i USA. Przy próbie odbicia zginęło co najmniej 37 zakładników i 29 porywaczy.
Z pewnością kraje Unii Europejskiej, w tym Polska, będą proszone o wsparcie walki z ekstremistami w Afryce. Waszyngton może szczególnie się niepokoić, gdyż w niedawnym raporcie eksperckim dla Kongresu pozytywnie oceniał współpracę z władzami algierskimi w zakresie zwalczania terroryzmu. Wygląda jednak na to, że działające na pustyni grupy zbrojne stanowią większe zagrożenie, niż dotąd myślano. Potwierdzają się też obawy, że przejęły one część broni wysyłanej przez Zachód do Libii jako pomoc w obaleniu Muammara Kadafiego.