Kości i rdza

Popłynęła z orkami
Grając w amerykańskich filmach, ani na jotę nie rezygnuję ze swojej francuskiej tożsamości – mówi Marion Cotillard, która po roli kaleki marzy o komedii.
materiały prasowe

Gdy film „Kości i rdza” został pokazany w Cannes, zebrał znakomite recenzje. Za rolę treserki orek otrzymała pani też nagrodę festiwalu w Londynie. Czy spodziewa się pani kolejnych wyróżnień?

Marion Cotillard: Nie chcę się nakręcać. Co będzie, to będzie. Zobaczymy. Myślę, że zainteresowanie wywołuje postać głównej bohaterki filmu – Stephanie to osoba wyzwalająca w ludziach współczucie. Zostaje kaleką nie tylko fizycznie, ale także psychicznie. Jest okaleczona podwójnie. Właśnie to powoduje, że widz identyfikuje się z bohaterką, z tym, co się dzieje na ekranie.
W jednej chwili ta dziewczyna traci wszystko, przyszłość rysuje się w czarnych barwach, tak naprawdę ona nie ma przed sobą przyszłości, spadła na samo dno, gorzej być nie może. I to z jakiego powodu? Przez zwierzęta, które kochała całym sercem, z którymi spędzała mnóstwo czasu, którym była tak bliska emocjonalnie. Orki, choć przypięto im łatkę „wielorybów zabójców”, nie są wielorybami, ale wielkimi delfinami (orki to walenie z rodziny delfinowatych – przyp. FORUM). Są bardzo przyjaźnie nastawione do ludzi. Mówię to jako zagorzały członek Greenpeace. Stają się agresywne tylko wtedy, gdy zbliża się okres godowy – wtedy trzeba zachować daleko idącą ostrożność. Poza tym to niezwykle miłe stworzenia. Podczas zdjęć te olbrzymy trzeba było umieścić w niewielkim basenie. Gdy zobaczyłam, jak się tłoczą, przestraszyłam się i pomyślałam, że muszą być bardzo zdenerwowane i na pewno dadzą mi wycisk. Tymczasem nic się nie stało – poprzepychały się trochę i wszystko odbyło się bez przeszkód.

Trudno sobie wyobrazić, co przeżywa młoda, pełna sił aktorka, grająca kalekę.

Pod względem psychologicznym to rzeczywiście trudne. Kiedy pracowałam nad rolą, obejrzałam wiele materiałów filmowych z beznogimi ludźmi, starałam się podejrzeć, jak się ruszają. Chciałam w sposób maksymalnie naturalny powtórzyć te ruchy przed kamerą. Potem stwierdziłam, że to nie jest dobra droga. Bo co innego, kiedy ma się do czynienia z inwalidą, który od dawna zmaga się z niepełnosprawnością, ma wyćwiczone różne sposoby, jak się poruszać, a zupełnie co innego, kiedy człowiek musi się oswoić z nową sytuacją, zaadaptować ciało do tej strasznej rzeczywistości. Próbowałam przekonać samą siebie, że zostałam właśnie pozbawiona nóg i muszę się dostosować do tego, że nie mam dolnych kończyn. To było okropne doznanie, ale pomogło mi w pracy na planie. Pozostało już tylko przekonać widza, że bohaterka jest silna, ma charakter, ze stoicyzmem znosi los i nie ma zamiaru się poddawać. Czerpałam przy tym z poprzednich moich doświadczeń aktorskich. Musiałam z ruin dawnej osobowości wydobyć i zbudować całkiem nową – osobę o innej psychice, innej seksualności, innej wytrzymałości, a nie tylko kogoś, kto ma nowe ciało. Poza tym trzeba pamiętać, że ten film to „love story”, która by się nie zdarzyła, gdyby nie nieszczęśliwy wypadek.

Artykuł pochodzi z najnowszego 5 numeru tygodnika FORUM w kioskach od poniedziałku 4 lutego 2013 r.

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną