Świat

Komu śmierdzi gaz?

Kampania antyłupkowa

Kadr z filmu dokumentalnego „GasLand” z 2010 r. Kadr z filmu dokumentalnego „GasLand” z 2010 r. Against Gravity / materiały prasowe
Niebawem w Polsce, a za nią w Europie, zapadną decyzje o przyszłości gazu z łupków. Dla jego przeciwników to ostatni moment, by uratować kontynent przed katastrofą lub zabezpieczyć swoje polityczne i finansowe interesy.
Parlament Europejski w Strasburgu - protest Zielonych przeciw wydobyciu gazu metodą szczelinowania.Vincent Kessler/Reuters/Forum Parlament Europejski w Strasburgu - protest Zielonych przeciw wydobyciu gazu metodą szczelinowania.

Artykuł w wersji audio

Dobricz protestuje. Mieszkańcy tego niewiele ponadstutysięcznego miasta w północno-wschodniej Bułgarii chcą, aby w sąsiedniej Rumunii zarzucono poszukiwania gazu łupkowego. Z Dobricza do granicy jest około 40 km, a do terenów, gdzie amerykański koncern energetyczny Chevron zamierza już niebawem prowadzić badania geologiczne, jeszcze dalej, ale odległości w niczym nie przeszkadzają protestującym. Walczą przeciwko firmom energetycznym niszczącym wspólny bułgarsko-rumuński region Dobrudży. Ma mu zagrażać szczelinowanie hydrauliczne, kontrowersyjna metoda wydobywcza. W Dobriczu wierzą, że pompowanie głęboko pod ziemię potężnych ilości wody i piasku wymieszanych z chemikaliami, w tym detergentami, które wyciskają gaz ze skał łupkowych, skazi całą okolicę. Nie może być inaczej, skoro w ramach poszukiwań Chevron na obszarze 1,8 tys. km kw. będzie przeprowadzał kontrolowane podziemne eksplozje…

W Dobriczu, który regularnie manifestuje od ponad półtora roku, znają skuteczność ulicznego sprzeciwu. Właśnie fala wielkich protestów wspieranych przez dobrze zorganizowany ruch ekologiczny zmusiła bułgarski parlament do wprowadzania w styczniu zeszłego roku moratorium na szczelinowanie. Tym samym Bułgaria stała się drugim po Francji krajem w Europie, gdzie zakazano wydobycia z łupków.

Ogień z kranu

Inspiracja do protestów takich jak ten w Dobriczu przywędrowała z USA, gdzie trwa najbardziej zajadła walka o zakaz majstrowania w łupkach. Bułgarski ruch antyłupkowy, tak jak inni europejscy przeciwnicy łupków, posługuje się tymi samymi argumentami i ma wspólnego proroka, reżysera Johna Foksa. Każdy, kto zobaczy jego film dokumentalny „GasLand” z 2010 r. (w Polsce znany jako „Kraj gazem płynący”), z dużym prawdopodobieństwem zostanie zdeklarowanym przeciwnikiem wydobycia z łupków. Fox objechał kilka stanów, w których eksploatowane są łupki, dokonał trudnego wyboru, bo w całym kraju są już dziesiątki tysięcy odwiertów. Gościł w domach osób żyjących w sąsiedztwie wiertni. Wysłuchał relacji o wzmożonych przypadkach zachorowań, m.in. na raka. O zanieczyszczeniu studni, z których czerpać można tylko brunatną, śmierdzącą breję. W najgłośniejszych i najbardziej sugestywnych scenach woda wypływająca z kranów płonie podpalona zapalniczką. Według rozmówców Foksa i samego reżysera, wszystko to wina gazowników i rządu prezydenta George’a W. Busha, który zapalił koncernom zielone światło do wiercenia w łupkach, bez oglądania się na ludzkie zdrowie i dobro przyrody.

Film wywołał ogólnoświatową histerię, a Fox dostał za niego nagrodę Emmy i nominację do Oscara. Dzięki niemu został też guru amerykańskiego ruchu ochrony środowiska. Gwiazdy Hollywood odwiedzały udręczonych przez łupki. Pensylwania, gdzie płonęła woda w kranach, zakazała szczelinowania, by chronić zlewnię rzeki Delaware zaopatrującej w wodę metropolie Nowego Jorku i Filadelfii. Wrażenie na widzach robiła lista prawie 600 chemikaliów wtłaczana pod ziemię i opowieści o zabiegach koncernów, które miały zamknąć usta poszkodowanym. Głośny dokument spotkał się ze sprzeciwem firm energetycznych i naukowców. Wytykali reżyserowi jawną stronniczość, pogoń za sensacją, a także przemilczenia i żonglowanie półprawdami, które bułgarscy, rumuńscy, czescy, niemieccy i polscy krytycy łupków nadal powtarzają jako sprawdzone fakty.

Tymczasem tropem alarmującego „GasLandu” poszła trójka dziennikarzy – dwoje Irlandczyków i Polka – którzy spróbowali zweryfikować tezy Foksa. Fundusze na swój „FrackNation”, który miał premierę na początku tego roku, zbierali publicznie przez Internet w serwisie Kickstart. Każdy internauta mógł się dorzucić, w efekcie film miał ponad 3 tys. producentów, którzy przekazali średnio po kilkadziesiąt dolarów. Reżyserzy „FrackNation” nie ukrywali, że postarają się udowodnić, że gaz z łupków to pożądana i bezpieczna forma zdobywania energii. Przede wszystkim szukali słabych punktów „GasLandu”. Znaleźli ich sporo i przyłapali Foksa na kilku kłamstwach. Niektórzy bohaterowie jego filmu okazali się żądnymi sławy hochsztaplerami. Farmerzy z Pensylwanii narzekali, że reżyser pozbawił ich dochodu z dzierżawy gruntów gazowników. Naukowcy objaśniali, że gdyby wymienić związki chemiczne wchodzące w skład filiżanki kawy, efekt byłby równie przerażający. Mieszkańcy Dimock w Pensylwanii przyznali, że woda w ich kranach płonie, bo zawiera dużo metanu, o czym miejscowi wiedzą od lat. Natomiast jej bordowy odcień to efekt porządnego zażelazienia.

„FrackNation” nie odbija się jednak tak głośnym echem jak „GasLand”. Ilustruje to fundamentalną trudność rzeczowej dyskusji o gazie z łupków: nadal tzw. zwykłym ludziom trudno wyrobić sobie opinię, czy szczelinowanie jest bezpieczne. Co prawda technologia ta nie jest nowa, ma już kilkadziesiąt lat, ale największy postęp dokonał się dopiero na przełomie wieków, wtedy też zaczęto na dobre eksploatować łupki. Gaz łupkowy wydobywa się pełną parą dopiero od 2001 r., ale dziś już jedna piąta gazu w USA pochodzi z tego źródła, w 2035 r. będzie to już połowa.

Debaty nie ułatwia fakt, że szczególnie kontrowersyjny etap produkcji tego gazu odbywa się bardzo głęboko pod ziemią. Bez choćby podstawowego przetarcia geologicznego trudno sobie nawet wyobrazić, co się dzieje we wnętrzu ziemi, bo jest to miejsce równie abstrakcyjne co przestrzeń kosmiczna. Stąd przekonanie, że eksploatacja łupków może powodować trzęsienia ziemi, a nierozkładalne substancje wtłaczane w złoża któregoś dnia zagrożą okolicznej ludności. To niepokoi przeciwników wiercenia i dodaje im animuszu do tego stopnia, że przy ich impecie bledną inne kampanie społeczne. Argumenty zdrowotne i ekologiczne są na rękę tym, którzy w łupkach widzą zagrożenie dla własnych interesów. Przykład USA pokazał, że gaz niekonwencjonalny może być tańszy niż pozyskiwany tradycyjnymi metodami. Tańsza energia oznacza problemy producentów tej droższej.

Rutynowy sceptycyzm

Zanim w 2012 r. w Bułgarii zakazano szczelinowania hydraulicznego, rząd nie widział w łupkach zagrożenia, eksploatacją złóż szacowanych na przeszło 500 mld m sześc. (około 40 lat zużycia Polski) interesowało się kilkanaście firm, głównie amerykańskich. Jeśli gaz by popłynął, Bułgaria miałaby szansę zmniejszyć uzależnienie energetyczne od Rosji. Związki z nią pogłębi w najbliższych latach uruchomienie rurociągu South Stream, przechodzącego przez bułgarskie terytorium.

W Bułgarii, oprócz ekologów, w krytykę łupków włączyli się także politycy i prężna branża energii atomowej, zabiegająca o budowę wspólnie z firmami rosyjskimi trzeciej elektrowni w kraju. Pod ich naporem sceptycyzm polityków wszystkich opcji stał się rutynowy, ale nieliczni zwolennicy łupków, którzy pozostali na placu boju, wskazywali, że bułgarską opinią publiczną manipulowano z zagranicy, prawdopodobnie z Rosji, choć twardych dowodów brak.

W porównaniu z bułgarskimi, rumuńskie protesty są skromne, większe emocje wzbudzał tam niejasny sposób udzielania koncesji wydobywczych. Sprzeciwy wobec gazu z łupków wywołuje także obawa, że jego rozpowszechniona produkcja zmieni energetyczny krajobraz Europy. Energetycy atomowi z Czech i Węgier krzywo patrzą na łupki, bo rozbudowują swoje elektrownie atomowe i mają nadzieję, że znajdą nowych nabywców na produkowany w nich prąd. Głównym ich klientem miałyby być Niemcy, a czesko-węgierskie plany podsyca plan Angeli Merkel, by po 2022 r. Niemcy pożegnały się z własnym atomem. Niemiecki bilans energetyczny ma uzupełnić spalanie węgla brunatnego w sposób bardziej wydajny niż dotąd, a z drugiej strony dynamicznie rozwijana energetyka źródeł odnawialnych. Nie wiadomo tylko, czy ten eksperyment się powiedzie.

Niemiecki minister środowiska Peter Altmaier entuzjazmuje się, że rozbrat z atomem i przestawienie Niemiec na nowe zielone tory jest największym wyzwaniem od czasów odbudowy kraju ze zniszczeń wojennych. Cena tego wyzwania nie jest do końca znana, tym bardziej że w ciągu najbliższej dekady Niemcy chcą ograniczyć emisję CO2 aż o 80 proc. w porównaniu z 1990 r. Niewykluczone, że zielone będzie znaczyło droższe, co podkopie konkurencyjność całej gospodarki. Niemieccy ekonomiści podpowiadają więc rządowi, by szukał opłacalnych złóż łupków. W Berlinie trwają prace nad uregulowaniem zasad przyznawania koncesji i na razie, mimo ogromnego ruchu ekologicznego w kraju, tylko mieszkańcy regionów z łupkami ostrzegają przed ryzykiem katastrofy.

W Niemczech skorzystanie z gazu łupkowego może podkopać powodzenie całego zielonego projektu. Nie chodzi bowiem w nim o samą produkcję m.in. prądu, ale przede wszystkim sprzedaż innych technologii pozwalających na sprawne wytwarzanie energii z wiatru, wody, słońca i biomasy. Gdyby w Europie, w tym także w Polsce, pojawiła się tania alternatywa, niemieckie firmy musiałyby szukać klientów na innych rynkach niż europejski.

M.in. taka sama motywacja, ze względu na przemysł atomowy, przyświeca największemu przeciwnikowi łupków w Europie – Francji. Jednocześnie prezydent François Hollande wierzy, że szczelinowanie daje niekorzystne rezultaty i absolutnie nie godzi się na eksploatację złóż tą metodą. O tym, że kraje, których firmy zarabiają dziesiątki miliardów na budowie reaktorów, potrafią o nie dbać, niech świadczy przykład Japonii i jej interesów na Litwie. Mimo katastrofy w Fukuszimie i dużego prawdopodobieństwa, że pomysł powrotu do energii atomowej zostanie odrzucony w ogólnokrajowym referendum (co się zresztą stało), japoński MSZ przysyłał do Polski swoich analityków, którzy poświęcali tygodnie na zorientowanie się, na czym dokładnie polegają zadrażnienia litewsko-polskie, bo nie było wykluczone, że japońskie firmy energetyczne dołączą do tworzenia nowej siłowni.

Łupki złupią Rosję

Na razie również Litwini zawiesili projekt poszukiwania łupków – tu głównym motywem były obawy o stan środowiska. Wykorzystują gaz sprowadzany z Rosji, przy czym Litwa płaci aż o 40 proc. wyższą cenę niż Niemcy. Stąd Litwini marzą o wybiciu się na energetyczną niepodległość, w czym mogłyby pomóc miejscowe łupki, bo drzemać ma w nich gaz, który wystarczy na dekadę. Nie przez przypadek Günther Oettinger, unijny komisarz ds. energii, wybrał właśnie Wilno, by 10 maja wygłosić ważną deklarację: gaz z łupków może być dla Unii sposobem na twardsze negocjowanie z Gazpromem, największym na świecie producentem gazu tradycyjnego i dostawcy monopolisty w kilku państwach UE.

Właśnie z lęku przed utratą uprzywilejowanej pozycji w eksporcie gazu do Europy zapał do łupków jak może stara się ostudzić Rosja. Przedstawiciele rosyjskich gigantów naftowych Gazprom i Łukoil mówią np. tak: „Gdy Europejczycy zobaczą, jak bardzo szkodliwe dla środowiska jest wydobycie gazu łupkowego, zapewne nie upowszechni on się w Europie”. „Nie znamy miejsca na świecie, gdzie wydobycie łupków byłoby opłacalne”. „Ta bańka mydlana szybko pęknie”. Oficjalnie Gazprom nie widzi w łupkach zagrożenia, ale skala rosyjskiej kampanii antyłupkowej może świadczyć o tym, że to obecnie największe niebezpieczeństwo dla rosyjskiego giganta.

Polityka 21.2013 (2908) z dnia 21.05.2013; Świat; s. 55
Oryginalny tytuł tekstu: "Komu śmierdzi gaz?"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Uroda przynosi w życiu profity. Ale nie jest źródłem szczęścia

Już trzymiesięczne niemowlęta przyglądają się ładnym twarzom istotnie dłużej niż nieładnym. I niezależnie od wieku, płci i rasy pochylającej się nad nimi osoby.

Grzegorz Gustaw
26.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną