Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Świat

Każdy ma buławę w plecaku

Wybory w Iranie. Rewolucji nie będzie?

Parafrazując znaną konstatację zbliżającego się do gilotyny Dantona, irańska rewolucja właśnie pożarła jednego ze swoich ojców. 21 maja Rada Strażników wykluczyła ze startu w zbliżających się wyborach prezydenckich 678 z 686 polityków, którzy zgłosili swoje kandydatury.

Spośród całych zastępów lokalnych dziwaków, kryptomesjaszów i kilku kobiet, warte uwagi są dwie dyskwalifikacje. W wyborach 14 czerwca nie wystartuje Akbar Haszemi Rafsandżani, jeden z ojców islamskiej rewolucji, który w latach 1989-97 był już prezydentem przez dwie kadencje. Zgłoszenie jego kandydatury niemal w ostatnim momencie wywołało poruszenie w Iranie, a to dlatego, że Rafsandżani jako jedyny mógł zebrać głosy sierot po nieudanej Zielonej Rewolucji z 2009 r. Wówczas niemrawo stanął on po stronie demonstrantów, a jego dwoje dzieci zostało aresztowanych za udział w zamieszkach. Rafsandżani mógł też oczekiwać na poparcie baazari, czyli drobnych kupców i rodzącej się klasy średniej, bo jako jedyny ze stawki ma jako takie pojęcie o gospodarce. W końcu mógł też liczyć przynajmniej na neutralność Najwyższego Przywódcy Alego Chamenei, z którym ręka w rękę na początku lat 90. wycinał co bardziej liberalnych polityków w Iranie. Zawiódł się jednak na starej znajomości, bo to w końcu Chamenei powołuje Radę Strażników i to on zapewne podjął decyzję o wykluczeniu go z wyborów.

Druga interesująca ofiara dyskwalifikacji to Esfandiar Rahim Maszaei, były szef gabinetu odchodzącego po dwóch kadencjach prezydenta Mahmuda Ahmadineżada. Przez część religijnego establishmentu uważany za wcielonego diabła, czarnoksiężnika, który opętał prezydenta i steruje jego poczynaniami. Maszaei dał się poznać z dość kontrowersyjnych jak na Iran sądów, np. że człowiek nie potrzebuje pośrednika w kontaktach z Allahem. Pod skrzydłami Ahmadineżada wyrósł na jednego z prekursorów odradzającej się w Iranie fascynacji czasami przedislamskimi, czy wręcz pierwszego od lat irańskiego nacjonalistę, który stawia etniczność ponad religię. Ma więc szczęście, że Rada Strażników wykreśliła go tylko z listy kandydatów na prezydenta, a nie z listy żywych. Eksperci twierdzą, że Ahmadineżad przy pomocy Maszaei (lub odwrotnie - w zależności od teorii spiskowej) chciał powtórzyć manewr Putina, który pozwolił Miedwiediewowi zagrzać dla niego prezydencki stołek, aby potem sam na niego wrócić. Na razie plan jest w zawieszeniu, ale Ahmadineżad przekonuje, że jeszcze nic nie jest stracone, musi tylko rozmówić się z Chamenei. A gdyby i to nie poskutkowało, odchodzący prezydent już kilkakrotnie sugerował, że opublikuje dokumenty, które skompromitują całą irańską wierchuszkę.

Wykluczając Rafsandżaniego i Maszaei Najwyższy Przywódca pozbył się jedynych kandydatów, którzy mogli podnieść temperaturę tych wyborów. Na placu boju pozostali tylko mniej lub bardziej konserwatywni potakiwacze, na czele z głównym nuklearnym negocjatorem Saidem Dżalilim, niezbyt rozgarniętym, ale za to wzorcowo lojalnym wobec Chamenei’ego. Wygląda na to, że Najwyższy nie chce już na stanowisku prezydenta kolejnych niespodzianek na podobieństwo Ahmadineżada czy jego poprzednika Mohammada Chatamiego – każdy z nich miał być potulnym wykonawcą woli Chamenei’ego, a w obu przypadkach kończyło się na niesubordynacji.

Takie napięcia są jednak wpisane w irański system polityczny, bez względu na osobowość głównych aktorów. Z jednej strony jest Najwyższy Przywódca, boski pomazaniec, który ma ostateczne zdanie we wszystkich sprawach państwa. Z drugiej, jest prezydent, wybierany w może nie do końca demokratycznych, ale jednak powszechnych wyborach. Kto by nim nie został, prędzej czy później wyciąga buławę z plecaka. Chamenei ma naiwną nadzieję, że teraz będzie inaczej.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Świat

Gerhard Schröder, towarzysz Putina. Toksyczny związek na dobre i złe

Były kanclerz Gerhard Schröder, który wciąż nie wyrzekł się przyjaźni z gospodarzem Kremla, jest symbolem wszystkich niemieckich problemów z Rosją. Ale wcale nie najgorszym.

Marek Orzechowski
19.05.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną