Broń chemiczna w Syrii, teraz interwencja?

Powtórka z Iraku?
Po prawdopodobnym ataku chemicznym, który 21 sierpnia doprowadził do śmierci ponad tysiąca Syryjczyków na przedmieściach Damaszku, Zachód szykuje się do interwencji. Zanim jednak prezydent Obama da znak do startu amerykańskim bombowcom, warto zadać kilka pytań.

Pierwsze z nich brzmi: czy to na pewno reżim Asada odpowiada za tę masakrę? Jednogłośnie wskazują na to raporty świadków zdarzenia, głównie rebeliantów. Trzeba jednak pamiętać, że w Syrii od kilku miesięcy trwa bezpardonowa wojna propagandowa, w której obie strony posuwają się do fałszerstw – w tym przypadku brak jest świadectw z niezależnych źródeł. Inspektorzy ONZ, którzy 26 sierpnia dotarli na miejsce ataku, stwierdzą jedynie, czy rzeczywiście doszło tam do użycia broni chemicznej, nie wskażą jednak winowajcy.

Z punktu widzenia reżimu taki atak byłby piętrowym głupstwem. Kilka dni wcześniej do Damaszku dotarli wspomniani inspektorzy, którzy na miejsce ataku mają kilkanaście minut drogi. Czy więc reżim miał interes w ściąganiu na siebie międzynarodowego oburzenia, a być może i zagranicznej interwencji? Raczej nie, szczególnie, że od czerwca – po tym jak siły rządowe zdobyły ważne strategicznie Al-Kusair przy granicy z Libanem – Damaszek przejął inicjatywę w walkach przy użyciu broni konwencjonalnej. Nawet jeśli reżim odpowiada za wcześniejsze, mniejsze w skali ataki chemiczne, to również rebelianci przyznają, że ustały one po Al-Kusair. W tym momencie to w interesie skłóconych i cofających się rebeliantów byłaby międzynarodowa interwencja.

Logicznie rzecz biorąc, dla reżimu atak gazowy pod Damaszkiem byłby więc akcją samobójczą. Problem w tym, że takie reżimy jak syryjski czasem nie kierują się logiką. Rok temu prezydent Obama podjął jednak bardzo ryzykowną decyzję o uzależnieniu swoich przyszłych akcji od działań reżimu, który logiką nigdy nie grzeszył; Obama ustalił „czerwoną linię”, po przekroczeniu której Ameryka zainterweniuje w Syrii, i nie pozostawił wątpliwości, że chodzi o użycie broni chemicznej. Broń ta była jednak wielokrotnie używana, beż żadnych konsekwencji. Biały Dom rozszerzał więc czerwoną linię do granic śmieszności, doprecyzowując, że chodzi jedynie o masowe użycie tej broni. Ale jak masowe? Czy tysiąc ofiar wystarczy?

Teraz w Waszyngtonie zapanowało hasło „Musimy coś zrobić”, bo Ameryka zupełnie już straci międzynarodowy szacunek. Zapewne w najbliższych tygodniach dojdzie więc do interwencji - nawet jeśli akurat obecny pretekst dla niej jest wątpliwy. Amerykanie już raz byli pewni, że mają do czynienia z reżimem mordującym swoich obywateli bronią masowego rażenia. I do dziś chyba tego żałują, patrząc na to, co dzieje się w sąsiednim Iraku.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj