Świat

Prawa każdego człowieka

Terroryści baskijscy wychodzą na wolność

Ines del Rio (trzecia po prawej) tuż po uwolnieniu. Ines del Rio (trzecia po prawej) tuż po uwolnieniu. Eliseo Trigo/EPA / PAP
Trybunał w Strasburgu kazał Hiszpanii uwolnić terrorystów, seryjnych morderców i gwałcicieli, którym skończyły się wyroki. Politycy chcieli uchronić społeczeństwo przed tymi przestępcami i trzymać ich w więzieniach dalej, ale sędziowie postanowili uchronić przestępców przed politykami.
Idoia Lopez Riano, najsłynniejsza baskijska terrorystka, okazała skruchę, za co wyleciała z ETA.EPA/PAP Idoia Lopez Riano, najsłynniejsza baskijska terrorystka, okazała skruchę, za co wyleciała z ETA.
Henri Parot. Do końca odsiadki wysyłał grypsy wskazujące cele kolejnych zamachów.Ballesteros/EPA/PAP Henri Parot. Do końca odsiadki wysyłał grypsy wskazujące cele kolejnych zamachów.

Ostatni raz, kiedy Inés del Río mogła wybrać się do kina, na hiszpańskich ekranach królowała „Podróż donikąd”, arcydzieło Fernando Fernána Gómeza. Dziś lokalnym hitem jest film „Wiedźmy z Zugarramurdi”. Jego akcja toczy się w małej baskijskiej wiosce rozsławionej stosami, na których w XVII w. palono kobiety oskarżone o czary. W przypadku del Río oba te tytuły mają symboliczną wymowę. Gdy 2 czerwca 1987 r. policja zatrzymała ją podczas podróży na południu kraju, opinia publiczna była przekonana, że będzie siedzieć za kratami aż do śmierci. Ale dwa tygodnie temu kobieta niespodziewanie wyszła na wolność. Do kina jednak szybko nie zawita, bo wściekli Hiszpanie widzą w tej rudowłosej Baskijce (urodzonej niedaleko Zugarramurdi) kolejną czarownicę, którą najchętniej by spalili.

Zapracowała na taką opinię. Do ETA, baskijskiej organizacji terrorystycznej, wstąpiła jeszcze jako dwudziestokilkulatka i choć towarzysze wołali na nią Mała, to w historii terroru zapisała się wielkimi zgłoskami. Należała do Komanda Madryt, najkrwawszego oddziału w dziejach ruchu, który w ponad 50 krwawych zamachach pozbawił życia 83 osoby, a ranił kilkakrotnie więcej. Del Río udowodniono, że w latach 1984–86, czyli apogeum działalności grupy, brała udział w przynajmniej sześciu atakach, w których zginęły 24 osoby.

Kiedy policjanci wyłapywali jej kompanów, ona sama unikała aresztowania, chroniąc się za granicą – najpierw we Francji, a potem w Algierii. Gdy wreszcie wpadła, w prowadzonej przez nią furgonetce śledczy znaleźli 35 kg amonalu, ulubionego materiału wybuchowego ETA, za pomocą którego terrorystka chciała przeprowadzić serię zamachów na Costa del Sol. Ponieważ hiszpańskie sądy sumują wyroki, po kilku procesach dostała łączną karę 3828 lat i jednego dnia więzienia.

Wolni dzięki Franco

21 października Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu kazał Hiszpanom ją uwolnić. Następnego dnia del Río opuściła więzienie otoczona przez krewnych, osłaniających ją przed fotoreporterami baskijską flagą. Orzeczenie Trybunału w jej sprawie jest precedensem, na podstawie którego z hiszpańskich aresztów może wkrótce wyjść ponad 100 osadzonych, oprócz terrorystów także „zwykłych” kryminalistów, w tym wielokrotnych morderców. Trybunał uznał, że rząd Hiszpanii bezprawnie przetrzymywał ich w więzieniu po tym, jak skończyły się ich wyroki.

Do podobnej sytuacji chce doprowadzić polski parlament, który przyjął właśnie ustawę zezwalającą na przetrzymywanie przestępców po zakończeniu wyroków, ponieważ na wolności mogą stanowić zagrożenie dla społeczeństwa. Chodzi przede wszystkim o kryminalistów skazanych na dożywocie w PRL, którym w 1989 r. wyroki zamieniono na 25 lat więzienia – i które to wyroki właśnie się kończą.

Po wyroku Trybunału Hiszpanie nie mieli już wyjścia – w połowie ubiegłego tygodnia wypuścili na wolność kolejnego baskijskiego nacjonalistę Juana Manuela Píriza (odsiedział 29 lat) oraz wielokrotnego gwałciciela Antonio Garcię Carbonella (18 lat za kratami), a gdy ten numer POLITYKI trafi do kiosków, dwóch innych skazańców najprawdopodobniej też będzie już spać we własnych łóżkach.

Paradoksalnie, etarras, czyli członkowie ETA, zawdzięczają swoje rychłe zwolnienia generałowi Francisco Franco, który walczył z nimi najbrutalniej. Wprowadzony za jego życia kodeks karny obowiązywał jeszcze niemal 20 lat po demokratycznej transformacji. Dyktatura pokazała w nim swoje łagodniejsze oblicze: chociaż formalnie pozwalała skazywać oskarżonych na setki i tysiące lat odsiadki, to równocześnie ustalała jej prawdziwą maksymalną długość jedynie na 30 lat. W założeniach chodziło o to, by więzień mający w perspektywie ponowne wyjście na wolność był bardziej skłonny do resocjalizacji. W tym samym celu osadzonym dano też inną możliwość – za każde dwa dni pracy mogli sobie skrócić wyrok o jeden dzień. Były to tzw. wolnościowe dniówki.

W 1995 r. wprowadzono w życie nowy kodeks karny, z którego zniknął przepis o skracaniu odsiadki za pracę. Ale najbardziej zatwardziali i winni najgorszych zbrodni terroryści z ETA byli skazywani jeszcze na podstawie frankistowskich praw, więc wielu z nich powinno zacząć wychodzić na wolność już około 2005 r.

Na to Hiszpanie nie chcieli pozwolić. W 2006 r. więzienie miał opuścić Henri Parot, skazany aż na 4797 lat szef owianego wyjątkowo złą sławą Komanda Argala, które miało na koncie między innymi zabójstwa kobiet i dzieci. Jednak Sąd Najwyższy zablokował jego zwolnienie, stwierdzając, że wolnościowe dniówki mają być liczone od pełnego wymiaru kary, czyli właśnie tych kilku tysięcy lat, co w praktyce zamykało temat wcześniejszego zwolnienia. Nowe orzeczenie nazwano więc Doktryną Parota i błyskawicznie zastosowano wobec innych najgroźniejszych osadzonych. Gdyby nie to, więzienie już dawno powinno opuścić między innymi 54 członów ETA, 9 członków innych grup terrorystycznych (w tym szwadronu śmierci zwalczającego ETA) oraz 14 „zwykłych” seryjnych morderców i gwałcicieli.

Inés del Río miała zostać wypuszczona jeszcze w 2008 r. Po wyczerpaniu drogi prawnej w kraju zaskarżyła więc Doktrynę Parota do Strasburga, a Trybunał Praw Człowieka (również głosem hiszpańskiego sędziego Luisa Lópeza Guerry) uznał, że jest ona sprzeczna z Europejską Konwencją Praw Człowieka. Oczywiście Polska również jest stroną tej Konwencji.

Tchórze i pedały

W Hiszpanii zwolnienia morderców i członków ETA wywołały burzę, wyprowadziły na ulice tysiące demonstrantów i uderzyły w rządzącą Partię Ludową silniej niż niedawne rewelacje jej skarbnika, że ugrupowanie było przez lata finansowane z nielegalnych źródeł.

Hiszpański premier Mariano Rajoy, syn sędziego i prawnik z wykształcenia, przez 58 lat życia nigdy publicznie nie podważył decyzji sądu. Aż do teraz. „Nie podoba mi się ten wyrok Trybunału. Jest błędny i niesprawiedliwy” – oświadczył dziennikarzom tuż przed ostatnim szczytem Unii Europejskiej w Brukseli. To również nowość w skali międzynarodowej, bo do tej pory kompetencje Trybunału w Strasburgu publicznie podważali tylko mało znaczący politycy, np. z włoskiej szowinistycznej Ligi Północnej. Nigdy jednak szef rządu. Kilka dni po słowach premiera 200 sędziów, prokuratorów i wykładowców uniwersyteckich wydało wspólne oświadczenie, w którym ubolewali nad nieposzanowaniem prawa.

Rajoy zdaje sobie jednak sprawę, że jeśli nie zastosuje odpowiedniej dawki radykalizmu, nóż w plecy wbiją mu najwierniejsi dotąd sojusznicy. Małą próbkę ma już za sobą – w pierwszą niedzielę po zwolnieniu Inés del Río Madryt stanął. Na ten dzień już dawno zaplanowano protest pracowników prywatyzowanej służby zdrowia. Ich zebranie okazało się jednak niczym przy stu tysiącach demonstrantów, którzy godzinę później szczelnie wypełnili centralnie położony plac Kolumba, nad którym powiewa największa na świecie hiszpańska flaga. Organizatorami były stowarzyszenia ofiar terroryzmu, które w rzeczywistości już od wielu lat są magnesem dla ultrakonserwatystów i żelaznym elektoratem Partii Ludowej.

Gdy partia Rajoya była jeszcze w opozycji, jej politycy przemawiali jako główni mówcy na organizowanych przez stowarzyszenia ofiar ogromnych manifestacjach przeciwko polityce układania się z ETA, jaką prowadził socjalistyczny premier José Luis Zapatero. W 2007 r. przeciwko wypuszczaniu etarras z więzień najgłośniej na trzystutysięcznej manifestacji grzmiał właśnie Mariano Rajoy.

Tym razem czekał go zimny prysznic. Trzem wiceprzewodniczącym partii wysłanym na demonstrację drogę musieli torować ochroniarze, bo wściekły tłum nie chciał ich przepuścić. Prawicowa burmistrz Madrytu Ana Botella została wybuczana, a koledzy z jej ugrupowania wyzywani od tchórzy i pedałów. Nad głowami kłuły w oczy transparenty „Rajoy – zdrajca!”.

Przewodniczącą najbardziej wpływowego stowarzyszenia ofiar ETA jest Ángeles Pedraza, o której przychylność premier stara się zabiegać, jak może. Kilka dni przed demonstracją pilnie zapraszał ją na prywatne spotkanie, ale tuż po nim działaczka i tak ogłosiła: „Jesteśmy źli”, więc Partia Ludowa jeszcze podbiła stawkę i obiecała jej pewne miejsce na następnych listach wyborczych. Pedraza wyniośle ignoruje ofertę, bo wie, że Rajoy jej potrzebuje.

Od ostatnich wyborów w listopadzie 2011 r. jego ugrupowanie zjechało w sondażach o 12 proc. Hiszpanie są zmęczeni kryzysem, który zamiast zelżeć, jest coraz mocniej odczuwalny: w październiku po raz czwarty w ciągu niecałego roku podniesiono ceny i tak już drogiego prądu, a równocześnie ogłoszono, że pensje w budżetówce zostaną zamrożone czwarty rok z rzędu. W Rajoya uderzyła też wielka afera korupcyjna w Partii Ludowej, którą szef rządu przez wiele miesięcy po prostu ignorował – w efekcie dziś nie ufa mu aż 64 proc. wyborców prawicy. W całym zamieszaniu wokół wyroku strasburskiego Trybunału premier gra więc o utrzymanie przy sobie żelaznego elektoratu rekrutującego się ze stowarzyszeń ofiar ETA.

Bez skruchy

W Kraju Basków sytuacja jest spokojna jak nigdy. Gdy hiszpańskie media poinformowały o wyroku Trybunału, w Bilbao okrzyk radości wzniosło pół tysiąca zebranych w centrum miasta baskijskich nacjonalistów. I na tym impreza się skończyła, bo ich przywódcy zakazali ongi etorri, powitalnych fiest urządzanych przez rodziny i sympatyków ETA powracającym z więzień terrorystom.

Tych, którzy wychodzą i okazują skruchę, kolektyw odrzuca, bo takie zachowanie oznacza zdradę. Idoia López Riano, najsłynniejsza baskijska terrorystka (razem z Inés del Río należała do Komanda Madryt), poprosiła o wybaczenie rodziny swoich ofiar, za co dowódcy ETA z hukiem wyrzucili ją z organizacji. Pojednania szukało jeszcze kilkudziesięciu terrorystów, ale przytłaczająca większość z 600 siedzących za kratami etarras nigdy nie wyraziła nawet najmniejszego żalu z powodu morderstw i zamachów. Henri Parot jeszcze z celi wysyłał grypsy, w których wskazywał towarzyszom na zewnątrz następne cele ataków.

Trybunał w Strasburgu uznał jednak, że skrucha nie ma tu nic do rzeczy. Hiszpańskie przepisy były jawnie sprzeczne z zakazem ponownego karania za ten sam czyn, ale przede wszystkim łamały zasadę, że prawo nie działa wstecz. Nawet jeśli dotyczy morderców z ETA.

Maciej Okraszewski z Madrytu

Polityka 45.2013 (2932) z dnia 05.11.2013; Świat; s. 52
Oryginalny tytuł tekstu: "Prawa każdego człowieka"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną