Najskromniejszy prezydent świata ustąpił ze stanowiska

Chodzić po ziemi, dosięgnąć nieba
Ceniony za osobistą uczciwość i skromny tryb życia José Mujica ustąpił ze stanowiska i przekazał urząd Tabaré Vázquezowi, członkowi Szerokiego Frontu.
„Najzabawniejsze w systemach politycznych jest to, że ludzie walczą o stanowiska, nie o władzę”.
Photoshot/EAST NEWS

„Najzabawniejsze w systemach politycznych jest to, że ludzie walczą o stanowiska, nie o władzę”.

Prezydent Urugwaju z żoną Lucią Topolansky i nieodstępną yerba mate.
Artur Domosławski/Polityka

Prezydent Urugwaju z żoną Lucią Topolansky i nieodstępną yerba mate.

80-letni José Mujica zakończył swoją 4-letnią kadencję prezydencką. Cieszył się w Urugwaju niezwykłą popularnością. W Montevideo, stolicy państwa, żegnano go ze wzruszeniem i wdzięcznością.

Mujica 90 proc. dochodów przeznaczał na cele charytatywne, nigdy nie mieszkał w pałacu prezydenckim, zadowalał się mieszkaniem na farmie. Dziś Mujica uchodzi za wzór człowieka władzy, skoncentrowanego nie na jej insygniach, ale na istotnych sprawach trapiących całe społeczeństwo.

Jego następcą został Tabaré Vázquez, członek lewicowego Szerokiego Frontu, z zawodu onkolog, który sprawował funkcję prezydenta już wcześniej.

Poniższy tekst ukazał się w POLITYCE w kwietniu 2014 r.

*

Zyskał sławę „najbiedniejszego prezydenta na świecie”, ale nie przepada za tą etykietą. Biednym nie jest ten – jak mówi – kto posiada niewiele, lecz ten, kto ma wszystko i potrzebuje jeszcze więcej. José Mujica był prezydentem, lecz mieszkał jak zwykły wieśniak – w prostej murowanej chacie, otynkowanej na biało i pokrytej dachem z blachy, skąpanej w zieleni, 20 km od Montevideo w małym pueblo Rincon del Cerro. Wraz z żoną, senatorką Lucią Topolansky, mają poletko kwiatów, niebieskiego garbusa rocznik 1987, kury i psy. Gdyby nie przepisy bezpieczeństwa, których głowa państwa musi przestrzegać, nie byłoby tu nawet dyskretnej ochrony w budce wartowniczej przy wjeździe na nieogrodzoną działkę.

W latach 60. i na początku 70. Mujica był jednym z liderów partyzantki miejskiej Tupamaros. Inspirowani rewolucją kubańską, zbuntowani przeciwko wołającym o pomstę niesprawiedliwościom, Tupamaros chcieli obalić burżuazyjny ład i ustanowić socjalizm (ale „nie taki jak w ZSRR”). Napadali na banki i koncerny zagraniczne, porywali sędziów i prokuratorów, którzy chronili skorumpowanych polityków, rozstrzeliwali policjantów sadystów. W końcu Mujica wpadł. Odsiedział w sumie 15 lat, z czego 11 lat w izolacji – bez książek i gazet. W celi gadał do mrówek, omal nie oszalał.

W ostatnich latach jako prezydent małego Urugwaju (niespełna 3,5 mln mieszkańców) stał się punktem odniesienia dla reformatorów w regionie. Kimś w rodzaju nestora, doradcy, mędrca. Latynoskim Mandelą. Wymyka się prostym opisom. Jest rewolucjonistą, lecz i pragmatykiem. Głową państwa, w której drzemie nieuleczalny anarchista. Jest prostolinijny, lecz ma ambicje przemawiania do świata, wskazywania drogi. Jeden z jego przyjaciół mówi, że sieje ziarna, mając świadomość, że nie zobaczy już, co z nich wyrośnie.

Pepe, jak mówili o swoim prezydencie Urugwajczycy, właśnie wrócił z pola – w rozpiętej błękitnej koszuli w drobną kratkę, ciemnych szortach, znoszonych tenisówkach i bejsbolówce na głowie. Nie zacznie rozmowy, zanim nie przygotuje ulubionej yerba mate, którą nałogowo pije się w Urugwaju i Argentynie. U stóp swojego pana rozkłada się suczka Manuela, kundelka z amputowaną przednią łapą. Możemy zaczynać?

Z chłopa prezydent

Artur Domosławski: – Dlaczego wybraliście państwo proste życie na wsi?
José Mujica: – Bo to część naszych przekonań.

Jakich?
Nie chcemy odróżniać się od większości ludzi w kraju. To wybór filozoficzny i polityczny.

Ale lubicie takie życie?
Jak najbardziej. Niektórym zdaje się, że to jakieś poświęcenie, ale dla mnie poświęceniem byłoby mieszkać w apartamencie.

To lekcja dla innych polityków?
Tak. Staramy się tłumaczyć to ludziom. Niektórzy nas krytykują, bo przyzwyczaili się, że rządzący jak dawni monarchowie budują pałace, z czerwonymi dywanami, do których nie wolno wejść. Tak się traci kontakt z rzeczywistością.

Za granicą to budzi podziw. Choć są i tacy, co uważają, że to ekscentryczne.
Oficjalna rezydencja prezydencka to wielki dom z ogrodem, ale życie tam to byłby dopiero horror. Żeby napić się herbaty, trzeba przejść odległość jednej przecznicy (śmiech).

Zaczynał pan w Partii Narodowej, która reprezentowała właścicieli ziemskich. Jak to było?
Najpierw należałem do grupy anarchistów. Potem poznałem pewnego polityka z Partii Narodowej i podążałem za nim przez pewien czas. W Urugwaju partie są inne niż w Europie, mają luźną strukturę. Przypominają raczej koalicje nurtów i tendencji. Każda ma trochę prawicy, lewicy i centrum. Dzięki temu przetrwały tak długo – istnieją od powstania Urugwaju i są prawdopodobnie najstarszymi partiami na świecie.

Umiecie lepiej negocjować?
Możliwe.

Rezygnować z części swojego?
Zawsze trzeba z czegoś zrezygnować. Dzięki temu trwamy. To jest Urugwaj.

Mówiono mi, że w Urugwaju nie lubicie caudillos, wodzów, jak w większości krajów Ameryki Łacińskiej. Wolicie stawiać na partie, ruchy, mądrość zbiorową, czy tak?
Tak, bo partie i ruchy zapewniają sukcesję i kontynuację spraw, o które się walczy. Jednostki mają więcej ograniczeń. Choćby biologię.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną