Rozmowa z przywódcą krymskich Tatarów o telefonie od Putina i o tym, co dalej z półwyspem

Muszę walczyć o Tatarów
Rozmowa z Mustafą Dżemilewem, bojownikiem o prawa Tatarów i prawa człowieka, laureatem Nagrody Solidarności, którą odbierze dziś, 3 czerwca, podczas uroczystej gali w Zamku Królewskim.
Mustafa Dżemilew
VOA/Wikipedia

Mustafa Dżemilew

Flickr CC by SA

Jagienka Wilczak: Wciąż nie może pan wrócić do domu, na Krym?
Mustafa Dżemilew:
Nadal to niemożliwe. W kwietniu otrzymałem zawiadomienie, że zabrania mi się – na pięć lat – wjazdu na terytorium Rosji. Kiedy w pierwszych dniach maja próbowałem przez Moskwę dostać się do Symferopola, funkcjonariusze FSB zawrócili mnie z lotniska Szeremietiewo do Kijowa. Okazało się, że ten zakaz obejmuje teraz także Krym. Nie udało się także wjechać tam samochodem. Na granicy ustanowiono silne blokady i lepiej nie ryzykować rozlewu krwi. Jestem deputowanym do Rady Najwyższej Ukrainy. Niewpuszczanie mnie do domu to represja wobec całej społeczności Tatarów. Znów czuję się wygnańcem, jak za Sowietów.

Rozmawiał pan z Władimirem Putinem przed referendum na Krymie?
Rozmawialiśmy telefonicznie 12 marca w Moskwie, z inicjatywy Putina. Tego dnia spotkałem się z byłym prezydentem Tatarstanu Mintimerem Szajmijewem. W pewnej chwili Szajmijew powiedział, że przy telefonie czeka Putin. Podjąłem tę rozmowę, a on zapewniał, jak wspaniale będą rozwiązywane potrzeby krymskich Tatarów, że Rosja zrobi dla Tatarów więcej niż Ukraina w ciągu 23 lat. Że sam zrobi wszystko, co możliwe, by chronić nasz naród. Oświadczyłem, że największą pomocą byłoby wycofanie rosyjskich wojsk z Krymu. A o innych sprawach będziemy rozmawiać z naszym ukraińskim rządem. Wtedy Putin zaczął mnie przekonywać, że trzeba przeprowadzić referendum, poznać wolę krymskiego narodu. Mówił słowami, jakimi przemawia się w rosyjskiej telewizji: że władzę w Kijowie przejęli faszyści, ultranacjonaliści, że powstało zagrożenie dla osób rosyjskojęzycznych, że zaczęły się prześladowania. Mnie, człowiekowi, który był na Majdanie, on opowiadał takie rzeczy! Miałem wrażenie, że w Moskwie wymyślili te kłamstwa, a teraz sami zaczynają w nie wierzyć.

Putin chciał przekupić Tatarów, żeby mieć ich po swojej stronie?
Od razu go uprzedziłem, że krymscy Tatarzy zbojkotują referendum. Tak stanowczo, że zrezygnował z jakichkolwiek konkretnych propozycji wobec mnie i mojego narodu. Myślę, że raczej chciał naszej neutralności. Wiedział doskonale, że jesteśmy przeciwnikami aneksji Krymu.

Tatarzy są skłonni współpracować z okupantem?
Jak za czasów Janukowycza ponawiane są próby podzielenia społeczności Tatarów, zmontowania środowiska, które zechce współpracować. Niedawno Putin przyjął nawet delegację takich ludzi. To zupełnie marginalna grupa, można ich posadzić na paru kanapach, ale Rosjanie bodaj cokolwiek starają się ulepić. Dziś Tatarzy stoją przed trudnym wyborem. Bez rosyjskiego paszportu nie można pracować, jest się traktowanym na swojej ziemi jak cudzoziemiec. Dlatego sadzę, że część Tatarów przyjmie rosyjskie paszporty. Ci, którzy odmawiają, będą – być może – zmuszeni opuścić Krym. Sytuacja jest tym groźniejsza, że niedawno rosyjska Duma przyjęła nowe ustawy dotyczące obywatelstwa. Np. studenci są zmuszani do rezygnacji z ukraińskiego obywatelstwa. Ci, którzy nie złożą oświadczeń, zostaną usunięci z uczelni. Staram się właśnie załatwić, żeby mogli kontynuować naukę w innych uczelniach Ukrainy lub za granicą.

A co będzie z Krymem? Sądzi pan, że Rosja spróbuje pozbawić Tatarów własności, ziemi, że zechce zasiedlać wasz kraj przybyszami z Rosji?
Taka była zawsze polityka rosyjska, dlatego Tatarzy są dziś rozproszeni po świecie. Począwszy od 1943 r. zmuszano Tatarów do opuszczenia Krymu. Potem przyszły represje, w maju 1944 r. Tatarzy krymscy zostali deportowani do Uzbekistanu, a na ich miejsce przyjeżdżali Rosjanie. Przez dziesięciolecia nie mogliśmy wrócić, nie mogliśmy odzyskać naszej własności. Ci, którzy decydowali się na powroty, byli prześladowani. Dlatego dziś, na swoich rdzennych ziemiach, Tatarzy stanowią nieliczną mniejszość. Wszędzie wokół żyją Rosjanie. To niezwykłe, że Tatarom udało się zachować odrębność narodową i kulturową. Teraz znów – widzimy to – zaczęła się polityka wypychania Tatarów z Krymu. Czy jest obawa, że mogą, jak kiedyś, podstawić wagony i wywieźć nas gdzieś tam, w głąb Rosji? Nie sądzę, żeby to było możliwe. Ale z pewnością będą represjonować przywódców, nie pozwalać im wyjeżdżać lub wjeżdżać na Krym, albo – tak jak w czasach carskiej Rosji – odbierać ziemię i prawa, wszystko po to, żeby ludzie sami opuścili swoją ojczyznę.

Krymscy Tatarzy są teraz zdeterminowani, żeby nie opuszczać swojego kraju. Jednak ludzie są tylko ludźmi, niektórzy wyjeżdżają. To już około 7 tys. osób: jadą na Ukrainę, do Turcji, na Zachód. Można długo mówić o niedostatkach ukraińskiej demokracji, ale w porównaniu z rosyjską przewyższa ją o kilka długości.

Ukraina, o czym już mówi się otwarcie, nie zawsze dbała o krymskich Tatarów. Co, pana zdaniem, powinien był zrobić Kijów?
Kijów nie miał nigdy systemowej polityki w stosunku do Krymu. Politycy i wszystkie partie polityczne interesowały się Tatarami tylko wtedy, gdy potrzebne im było nasze poparcie w wyborach. A my, zgodnie z rekomendacją naszego Zjazdu Narodowego, popieraliśmy narodowe i demokratyczne siły. Te jednak nie rządziły. Nie głosowaliśmy na sprawujących władzę. Dlatego ich stosunek do nas był wrogi, szczególnie reżimu Janukowycza, którego nigdy nie popieraliśmy. Janukowycz starał się rozbić naszą społeczność, próbował kupować ludzi, zjednywać stronników, rozdając rozmaite przywileje, nastawiać ich przeciwko narodowemu ruchowi Tatarów. Prawa, o które walczyliśmy, autonomia, status języka, zapewnienie udziału we wszystkich strukturach władzy, zagwarantowanie własności ziemi – były ignorowane. Żadnego z naszych postulatów nie spełniono, nawet się nimi nie zajęto.

A teraz, po aneksji rosyjskiej, jedynie Tatarzy okazali się ukraińskimi patriotami na Krymie, jedynymi sojusznikami żyjących tu Ukraińców. Jedynym budynkiem, gdzie wciąż powiewa ukraińska flaga, jest Medżlis, parlament krymsko-tatarskiego narodu. Rosjanie napadają, zdejmują tę flagę, a nasi z uporem znów ją wystawiają. Ukraińcy widzą teraz swoje błędy i mówią o potrzebie przyznania nam większych praw, nawet autonomii. Ale to trochę późno.

Myśli pan, że Krym wróci kiedyś do Ukrainy?
Jeśli będziemy jedynie czekać, aż oni wyjdą, to oczywiście nic dobrego się nie zdarzy. Rosja podeptała zobowiązanie, jakie podjęła. Dlatego uważam, że pozostałe kraje, które podpisały memorandum budapeszteńskie w 1994 r. o nienaruszalności ukraińskich granic, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone, powinny się upomnieć o jego stosowanie. Rozumiem, że nałożenie sankcji uderza także w gospodarki krajów zachodnich, ale jeśli tej ceny nie zapłaci się dzisiaj, to jutro koszty będą dużo wyższe. Życie pokazuje, że nie można obronić swoich interesów, gdy legnie w gruzach światowy porządek. Nie wiem, jak długo potrwa okupacja Krymu, pięć lat czy może pięćdziesiąt, ale jestem przekonany, że krymska ziemia będzie oswobodzona od okupantów, że Krym wróci do Ukrainy.

Skąd pan bierze wciąż tyle siły i optymizmu?
Tak się zdarzyło, że nie mogę stać na uboczu. Trzymali mnie przez 15 lat w sowieckich więzieniach, w łagrach, na Kołymie. A tam człowiek musi być silny, żeby przeżyć, musi się zebrać w sobie, koncentrować, wierzyć w zwycięstwo. Teraz jest ze mną podobnie.

Rozmawiała Jagienka Wilczak

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną