Straszne państwo dżihadystów

Nad wrakiem Iraku
Państwo islamskich terrorystów w Iraku i Syrii to wspólny problem prawie wszystkich. Połączył nawet interesy Teheranu i Waszyngtonu.
Bojownik IPIL ujęty przez kurdyjskie siły specjalne.
Ako Rasheed/Reuters/Forum

Bojownik IPIL ujęty przez kurdyjskie siły specjalne.

Egzekucja szyitów.
AFP Photo/HO/Welayat Salahuddin/EAST NEWS

Egzekucja szyitów.

AFP Photo/HO/Welayat Salahuddin/EAST NEWS

AFP Photo/HO/Welayat Salahuddin/EAST NEWS

Na zdjęciach chłopcy wyglądają jak ułożona na piachu drużyna kibiców piłkarskich. W oczy rzucają się kolorowe koszulki: z jedenastką „Ibrahimovic”, z siedemnastką „Nani” albo z dziesiątką „Kaka”. Ale to tylko okrutne złudzenie. Niczym bydło ten rząd młodych męskich ciał z rękami za plecami w pełnym słońcu czeka na egzekucję z rąk oprawców Islamskiego Państwa Iraku i Lewantu. Sunniccy dżihadyści, cali w czerni, wkrótce strzelą w kilkaset głów rzekomo irackich żołnierzy, szyitów, schwytanych przy zajmowaniu Mosulu.

Zajęcie tego miasta to kolejny ważny etap podbojów. Przez ostatnie dwa lata dżihadyści, zwani w skrócie IPIL, zdobywali najpierw pogrążoną w wojnie domowej północną Syrię, a potem wschodni Irak. Pustynna granica stanowiła taką przeszkodę jak linia kreślona kijem na piasku. W Iraku przejęli tony broni pozostawionej po prawie 20 latach wojen i konfliktów. Jeszcze więcej przypłynęło z Libii. Znaleźli też sojuszników: zeźlonych sunnickich przywódców plemiennych, niedobitki partii Baas Saddama Husajna i zwykłych ludzi wściekłych na Bagdad za to, że nie mają nawet kanalizacji, a prądu wystarcza na trzy godziny dziennie.

Ludzie z IPIL nie potrzebowali państwowego patrona. Pierwsze większe pieniądze zarobili na sprzedaży ropy z syryjskich pól naftowych. Ponad 30 mln dol. dostali za antyki ukradzione w zachodniej Syrii. W samym Mosulu zrabowali z banków i w sprzęcie oszałamiające 1,5 mld dol., czyli równowartość 9 myśliwców F-35 lub tyle, ile Polska wydaje rocznie na kulturę. Wreszcie prędkość, z jaką padł dwumilionowy Mosul, i okrucieństwa IPIL postawiły na baczność nawet tych, którzy ze względu na interesy mogli na ich działalność przymykać oko. Z planem ustanowienia kalifatu, obalenia lokalnych władz i wymordowania niewiernych dżihadyści zagrażają dosłownie wszystkim.

W kleszczach sąsiadów

Mapa Iraku mówi prawie wszystko. Plama państwa wygląda jak wbity pomiędzy Iran i Arabię Saudyjską klin, a raczej miażdżony przez nie fistaszek. Wsadzony między dwóch wielkich, zwalczających się sąsiadów, Irak cierpi na podobne geopolityczne przekleństwo jak kiedyś Polska. Oba państwa chcą „słabego irackiego rządu”, pisze amerykański ambasador Christopher Hill w poufnej depeszy dyplomatycznej z 2009 r., a Irak jest jedynie „żałosnym upadłym gigantem, na którym żerują sąsiedzi”. Z tej słabości biorą się osiągnięcia dżihadystów.

Każdy z większych sąsiadów ma w Iraku swoich klientów. Iran matkuje irackim szyitom (60 proc. ludności), a Arabia Saudyjska sponsoruje sunnitów (30 proc.). Etniczny obraz państwa dopełnia mniejszość kurdyjska, która też ma swojego mecenasa – Turcję.

Tak się składa, że dwaj najmocniejsi sąsiedzi Iraku przewodzą też dwóm wielkim blokom religijno-politycznym. Arabia Saudyjska króluje obozowi sunnickich państw arabskich – Jordanii, Egiptowi, roponośnym państwom Zatoki Perskiej. Iran zaś – uznany przez Zachód za bęte noire społeczności międzynarodowej – kieruje obozem szyickim z częścią Syrii, Iraku i Libanu. Iran i Arabia Saudyjska zwalczają się na wszelkie sposoby, ale nigdy bezpośrednio. Wolą bić się rękami innych. „Będą walczyć z Iranem do ostatniego Amerykanina” – mówił z przekąsem o Saudyjczykach były amerykański sekretarz obrony Robert Gates.

To Amerykanie w 2003 r. „niechcący” pchnęli Irak w irańską strefę wpływów. Obalili sunnitę Saddama Husajna, sojusznika Arabii Saudyjskiej, i oddali kraj w ręce szyickiej większości. Tej naturalnie bliżej jest do Iranu. Szyicki premier Nuri al-Maliki spędził tam osiem lat, a Irak odbiera dziś najwięcej irańskich towarów nienaftowych, choć mimo embarga bierze i ropę. Przerzuca ją dalej już nie jako irańską, ale własną. Codziennie granicę iracko-irańską przekracza ponad 5 tys. szyickich pielgrzymów w drodze do Karbali i Nadżafu. To te święte miejsca chcą zrównać z ziemią sunniccy dżihadyści. Na to Iran nie pozwoli.

Najbardziej wyczekiwany w Bagdadzie Irańczyk to Kasim Sulejmani, w Teheranie nazywany „żywym męczennikiem”. Ten blady brodacz dowodzi specjalnymi oddziałami Quds („Jerozolima”) irańskiej Gwardii Rewolucyjnej, która w razie konieczności wkroczy do walki z dżihadystami. Jego oddział już walczy w Syrii, pomaga Baszarowi Asadowi utrzymać stołek. Dziś składa częste wizyty w Iraku, bo Syria i Irak stanowią dla Iranu wspólny front walki o strefę wpływów. Nie pozwolą sobie wydrzeć Iraku, ale nie widzą w nim równego partnera, tylko słabego klienta.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną