Świat

Wojna płci

Kurdyjki w okopach i w polityce

Kurdyjki biły się już na pierwszej linii frontu pod koniec lat 80. Kurdyjki biły się już na pierwszej linii frontu pod koniec lat 80. Ahmed Jadallah/Reuters / Forum
Bitwa o Kobane to jeden z frontów pierwszej gender-wojny na Bliskim Wschodzie. Kurdyjki walczą z islamistami – o życie, i z Kurdami – o równość.
Oddział bojowniczek kurdyjskich podczas ćwiczeń.Stringer/Reuters/Forum Oddział bojowniczek kurdyjskich podczas ćwiczeń.

Mieli obiecane kobiety idealne. Piękne 33-latki, z odnawialnym dziewictwem, płodne lub nie – do wyboru, do koloru, 72 sztuki dla każdego, kto z kałasznikowem w ręku zginie za kalifat. A tu taki pech! Miesiące z brodatymi facetami na pustyni, bez telewizji, bez używek, wszystko na nic. Nie doczytali drobnym druczkiem (w hadisach), że umowa obowiązuje tylko, gdy stracą życie z ręki mężczyzny. Podczas oblężenia Kobane na pograniczu syryjsko-tureckim wielu bojowników tzw. Państwa Islamskiego odeszło więc z tego świata, plując sobie w długą brodę.

Powód? Co trzeci obrońca Kobane to kobieta. Na czele broniących miasta Kurdyjskich Oddziałów Obrony Ludności (YPG) stoi Mayssa Abda, czterdziestoletnia bojowniczka z dużym doświadczeniem w walkach z turecką armią. W sumie w kurdyjskich oddziałach na terenie Syrii walczy dziś według niektórych szacunków nawet 7 tys. kobiet, wyszkolonych przede wszystkim w obozach Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) w górach Qandil na skrzyżowaniu Iraku, Iranu i Turcji.

To forpoczta genderowej rewolucji, która wśród Kurdyjek dramatycznie przyspieszyła z powodu wojny z Państwem Islamskim. Znów rację miał Karol Marks, obok Abdullaha Öcalana główny ideolog PKK, który twierdził, że konflikt zbrojny będzie katalizatorem głębokich przemian społecznych. Tak jak po I wojnie światowej sufrażystki z Wielkiej Brytanii i USA wykorzystały swoją kluczową rolę w kraju, gdy mężczyźni pojechali na wojnę, tak Kurdyjki bez pytania przejmują dziś kolejne role przewidziane dotychczas dla Kurdów – nie tylko na polu bitwy. – Islamiści, wbrew intencjom, zapewniają właśnie błyskawiczny awans społeczny Kurdyjkom – przekonuje Cınar Özen, politolog z Uniwersytetu Ankarskiego.

Pierwsze kobiety na froncie

Podczas gdy armia USA dopuści kobiety na pierwszą linię frontu dopiero w 2016 r., Kurdyjki biły się już pod koniec lat 80. W połowie następnej dekady stanowiły niemal połowę stanu osobowego partyzantki PKK, włączając w to najwyższe szczeble dowodzenia. Od 1984 r. ta organizacja, uznana m.in. przez Amerykanów za terrorystyczną, walczy o oderwanie południowo-wschodniej części Turcji i utworzenie tam niepodległego Kurdystanu. Walczące w niej kobiety od samego początku zyskały złowrogą sławę dzięki zamachom samobójczym – najczęściej zasłonięte hidżabem, udawały zaawansowaną ciążę, która okazywała się ładunkiem wybuchowym. Podobnym chwytem posłużyła się 6 października na przedmieściach Kobane 20-letnia Dilmar, zabierając ze sobą na tamten świat co najmniej 23 zaskoczonych brodaczy z PI.

W islamskim i konserwatywnym regionie, gdzie często kobiety nie mają prawa wyjść z domu bez męża, nie mówiąc już o prowadzeniu samochodu, Kurdyjki z kałasznikowami przypominają więc raczej błąd w systemie niż konsekwencje wieloletniego procesu emancypacji. A jednak swoją pozycję budują już od trzech dekad, stopniowo zajmując coraz bardziej eksponowane stanowiska. To, co jednak dzieje się w ostatnich miesiącach wśród Kurdów na północy Syrii, Aliza Marcus, znawczyni tego tematu, nazywa rewolucją w rewolucji.

Jak każda, również rewolucja Kurdyjek, zaczęła się z biedy i uciśnienia. Kurdowie to najliczniejszy (ok. 40 mln) naród bez państwa, mieszkają na pograniczu Turcji, Syrii, Iraku i Iranu. Wszędzie stanowią raczej biedne mniejszości, ale w dwóch przypadkach doszły również inne źródła upośledzenia. W Iraku Saddama Husajna i jeszcze do niedawna w Turcji Kurdowie byli traktowani jak obywatele drugiej lub nawet trzeciej kategorii. Kurdyjki cierpiały więc podwójnie – z jednej strony prześladowane przez Kurdów w mocno patriarchalnej społeczności, z drugiej przez państwo z powodu własnej etniczności.

Podwójne wyzwolenie

Bez odpowiedniej edukacji publicznej miliony tureckich Kurdyjek nie miały szans nauczyć się języka tureckiego. Zablokowało im to dostęp do szeregu świadczeń państwowych; aby z nich skorzystać, jeszcze do niedawna znajomość języka była niezbędna. Ta bariera stała się szczególnie uciążliwa w latach 90., gdy wiele kurdyjskich rodzin ze wschodu wysiedlono w głąb kraju. Wyrwane ze swojej tkanki społecznej i przeniesione do dużych miast Kurdyjki stały się kulturowo głuchonieme, zupełnie już uzależnione od mężów. Jak przekonuje Aliza Marcus, była to prosta droga do przemocy rodzinnej, bo sfrustrowani i równie bezradni w nowym miejscu zamieszkania mężowie często znajdowali ujście dla złych emocji w biciu żon i córek. Wiele z nich uciekło więc w góry do PKK.

Partyzantka zaoferowała im podwójne wyzwolenie. Pozwoliła wyrwać się jednocześnie spod władzy rodziny i państwa. Większość bojowniczek to młode dziewczyny, które uciekły z domu, broniąc się np. przed zaaranżowanym małżeństwem lub maltretującym je mężem. W górskich obozach PKK nikt nie zadaje zbędnych pytań. Studiują pisma Abdullaha Öcalana, ale też zaczytują się w Karolu Marksie i Fryderyku Nietzschem. Walkę uważają jednocześnie za fizyczny i intelektualny wysiłek. W zamian za oddanie sprawie otrzymują miejsce przy stole obok mężczyzn i tyle samo do powiedzenia w sprawach dotyczących partyzantki. Władze PKK do tego stopnia dbają o nowe rekrutki, że zapewniają im bezpieczne lokum, z dala od domu, a nawet reprezentują je w negocjacjach ugodowych z rodziną. W zamian za to dziewczyny przestrzegają zasad obozu: żadnych relacji pozasłużbowych z mężczyznami, żadnych dzieci.

Takie wyrwane społecznie bojowniczki są – niczym osmańscy janczarzy – superskuteczne. Pozbawione kontaktu z bliskimi, bezwzględnie podporządkowane dowództwu, oddane organizacji, już w latach 90. stały się najbardziej śmiercionośną bronią PKK. Gdy kurdyjskim społecznościom w Syrii zaczęli zagrażać radykałowie z Państwa Islamskiego, przez granicę z Turcji ruszył szeroki strumień ochotniczek, dzięki którym – w dużym stopniu – udało się powstrzymać fundamentalistów nie tylko w północnej Syrii, ale też w irackim Kurdystanie.

I nie chodzi tylko o ich umiejętności na polu bitwy. Druga strona ma z walczącymi Kurdyjkami problem wykraczający poza proste zagrożenie kulką od kobiety i przepadek 72 hurysek. Walka z kobietami nie mieści się w wizji świata islamistów, bo są one dla nich niegodne bycia przeciwnikiem. Poza tym są chodzącą prowokacją dla kobiet islamistów, bo jeśli Kurdyjki mogą walczyć i dowodzić mężczyznami, a tamte nie mogą same iść po bułki, to coś tu jest nie tak.

W odpowiedzi na walczące Kurdyjki islamiści sami utworzyli dwie wyłącznie kobiece brygady. Pierwotny zamysł był taki, aby stanęły one oko w oko z bojowniczkami PKK, ale szybko się z tego wycofano ze względu na marną wartość bojową islamistek. Dziś pełnią one raczej funkcje policyjne, prześladują kobiety na terenach podbitych przez Państwo Islamskie. W punktach kontrolnych pomagają też wychwytywać przebranych za kobiety konfidentów. Najbardziej zastanawiające są jednak kryteria doboru do batalionów kobiecych. Muszą to być kobiety niezamężne w wieku od 18 do 25 lat. Na arabskich stronach z regionu aż huczy, że owe bataliony to nic innego tylko oddziały „pomocnicze”, tymczasowo zastępujące niebiańskie huryski.

Turecka droga

Według Özena kurdyjska rewolucja genderowa w Syrii zmierza w kierunku modelu tureckiego, gdzie kobiety coraz częściej odkładają broń i wchodzą do legalnej polityki. W irackim Kurdystanie czynnikiem hamującym taką emancypację jest bardziej konserwatywne społeczeństwo. W północnej Syrii tego czynnika brak. I kiedy w 2012 r. reżim Baszara Asada, zajęty walką o przetrwanie, w praktyce oddał władze nad regionem lokalnym kurdyjskim samorządom, to kobiety przejęły inicjatywę. Dziś pięćdziesięciokilkuletnia Hevi Ibrahim stoi na czele jednego z trzech kurdyjskich kantonów w północnej Syrii. Inna Kurdyjka, Asia Abdullah, jest współprzewodniczącą Partii Unii Demokratycznej (YPG), która rządzi w regionie. W partii obowiązuje zasada, że wszystkie kierownicze stanowiska zajmowane są wspólnie przez kobietę i mężczyznę.

Kurdyjki z Syrii same podkreślają w wywiadach, że chciałyby powtórzyć drogę swoich tureckich koleżanek. W Turcji ta emancypacja zaczęła się od krwawego konfliktu domowego między PKK a tureckimi władzami, ale jego konsekwencją było wciągnięcie wielu kurdyjskich kobiet do polityki. Żadna zagrożona mniejszość nie może pozwolić sobie na zmarnowanie potencjału swojej żeńskiej połowy, ale w tym przypadku Kurdyjki przeszły wyjątkowo szybki kurs upolitycznienia, bo widziały w tym nie tylko konieczność zastąpienia zabitych czy aresztowanych mężów, ale również prostą drogę do emancypacji. Jedne wyemancypowały się na poziomie własnej rodziny, inne na poziomie tureckiego parlamentu. I tak jak brytyjskie i amerykańskie sufrażystki, nie dały się już wepchnąć z powrotem do kuchni.

Zana w polityce

Chodzącym symbolem walki Kurdyjek o swoje prawa w Turcji jest dziś już ponad 50-letnia Leyla Zana. Wyrzucono ją z podstawówki, bo tak jak wiele Kurdyjek z biednych rodzin nie mówiła po turecku. Do polityki trafiła po tym, gdy przywódcy zamachu wojskowego z 1980 r. na 15 lat zamknęli jej męża, burmistrza Diyarbakır, nieformalnej stolicy tureckich Kurdów. Zana była pierwszą Kurdyjką w tureckim parlamencie i autorką pierwszych słów po kurdyjsku w tym świętym dla Turków przybytku. Podczas zaprzysiężenia w 1991 r., wśród gwizdów i obelg współposłów, oficjalną formułkę zakończyła nielegalnym zdaniem po kurdyjsku: „Składam tę przysięgę na braterstwo pomiędzy Turkami a Kurdami”. Trzy lata później odebrano jej immunitet i na 10 lat trafiła za kratki.

Zana jest przedstawicielką pierwszego pokolenia Kurdyjek, które weszły do polityki. Wiele z nich w latach 80. i 90. przeszło przez tureckie więzienia, niejednokrotnie były torturowane. Dziś jednak są znaczącymi postaciami w tureckiej polityce. Spośród 35 kobiet burmistrzów w Turcji 28 jest Kurdyjkami. Obecna burmistrz Diyarbakır, słynna kurdyjska aktywistka Gültan Kışanak, podkreśla, że jej koleżanki z obozów PKK już dawno porzuciły kałasznikowy. „Nie chcemy już rozrywać Turcji, chcemy ją zmieniać” – mówiła w zeszłym roku w parlamencie, już po turecku.

Najmłodszym burmistrzem w Turcji też jest Kurdyjka. 25-letnia Rezan Zuğurlu rządzi 10-tysięcznym Lice, niedaleko Diyarbakır. To z kolei przedstawicielka najmłodszego pokolenia, które zupełnie odrzuca walkę zbrojną. Jej rodzice aktywnie działali w PKK, która, swoją drogą, została założona w jej domu rodzinnym. Zuğurlu sama również ponad rok spędziła w tureckim więzieniu za domniemane rzucanie kamieniami podczas demonstracji. Ale dziś jest przekonana, że tylko oficjalna polityka daje Kurdyjkom szansę na równouprawnienie. Co więcej, uważa, że tylko pełna emancypacja Kurdyjek da szanse na szerokie kurdyjsko-tureckie porozumienie.

Z zazdrością tej pośpiesznej kurdyjskiej rewolucji przyglądają się Arabki. Choć masowo zaangażowały się w arabską wiosnę, dziś w najlepszym wypadku są w punkcie wyjścia, w patriarchalnym gorsecie, zaciskającym się jeszcze bardziej pod wpływem zyskującej na popularności islamistycznej ideologii. Problem w tym, że kurdyjski model emancypacji jest dla nich z kilku powodów nieosiągalny.

Męską dominację w świecie arabskim przez dekady cementowały silnie męskie reżimy. Dla Kurdów w Iraku, Turcji czy Syrii reżim zawsze był obcy, nieswój. A w walce z nim zawsze potrzebne były wszystkie ręce, również te kobiece. Poza tym w żadnym z arabskich krajów, na taką skalę jak wśród Kurdów, nie przyjęły się radykalnie lewicowe idee promujące równość płci. Z zasady lepiej przystają one do partyzantki niż do państwa.

Jeśli więc nawet Kurdyjki pokonają i tym samym upokorzą bojowników Państwa Islamskiego pod Kobane, dla wielu arabskich mężczyzn ich kobiety i tak pozostaną tylko niedoskonałym i tymczasowym zastępstwem dla hurysek.

Polityka 43.2014 (2981) z dnia 21.10.2014; Świat; s. 53
Oryginalny tytuł tekstu: "Wojna płci"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Homofobusy jeżdżą po polskich miastach. Szokują i wykluczają

Homofobusy rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat osób LGBT. To akcja Fundacji Pro-Prawo do Życia, która wbrew nazwie odmawia osobom nieheteroseksualnym prawa do wolnego od dyskryminacji życia w Polsce.

Agata Szczerbiak
17.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną