Wszyscy zachodzą w głowę, jak to się mogło stać. Francisco Nicolas Gomez Iglesias, 20-letni student prawa o aparycji 15-latka i z niezwykłym talentem do konfabulacji, dotarł na same szczyty hiszpańskiej władzy i brylował tam przez wiele miesięcy. Uścisnął rękę królowi Filipowi VI podczas uroczystości koronacyjnych, zaprzyjaźnił się z byłym premierem José Marią Aznarem i byłym szefem MFW Rodrigo Rato, wiceminister handlu otwierał mu drzwi w kręgach biznesu (a w zasadzie fotografia z dygnitarzem), a on sam królował w loży dla vipów na Bernabeu, madryckim stadionie Realu. Na ważniejsze spotkania jeździł limuzyną z szoferem i zabierał ochroniarzy, miał też pojazd z policyjnym kogutem i podrobionymi tablicami oraz wiele sfałszowanych dokumentów, w tym legitymację funkcjonariusza tajnej policji. Nowo poznanym rozmówcom pokazywał album z fotografiami z całą hiszpańską wierchuszką, to była jego rekomendacja i skuteczna broń.
Potknął się dopiero na progu ambasady amerykańskiej, dokąd zamierzał dostać się na raut. Tam akurat jego album nie zrobił żadnego wrażenia. Wszczęto dochodzenie i wkrótce wyszło na jaw pierwsze 25 tys. euro, które Mikołajek (jak go teraz przezywają media, nawiązując do opowieści o przygodach słynnego francuskiego urwisa) zainkasował od pewnego biznesmena jako prowizję za załatwienie czegoś w ministerstwie. Pewnie i nie ostatnie. Hiszpańskie media, rzecz jasna, mają spore używanie. A i szeroka publiczność złośliwą satysfakcję.