Świat

Wyzwalanie Wileńszczyzny

Polsko-rosyjski sojusz na Litwie

Manifestacja harcerzy na wileńskim cmentarzu Na Rossie. Manifestacja harcerzy na wileńskim cmentarzu Na Rossie. Valdemar Doveiko / Forum
Polacy z Litwy znów sprzymierzyli się z partią Rosjan. I to w czasie, gdy Wilno obawia się inwazji zielonych ludzików ze wschodu.
Działaczom nie podoba się, że Waldemar Tomaszewski zdławił wewnątrzpartyjną dyskusję.Michał Kość/Agencja Wschód/Reporter Działaczom nie podoba się, że Waldemar Tomaszewski zdławił wewnątrzpartyjną dyskusję.

Litewscy Polacy i Rosjanie wspólnie pielęgnują poczucie krzywd doznanych od Litwinów. Zarówno w sferze prywatnej, jak i politycznej, o czym świadczyć może polsko-rosyjska koalicja w jeszcze niezakończonych wyborach samorządowych. Obie mniejszości łatwo nadałyby się na pretekst do jakiejś nadbałtyckiej putinady. Jeśli Rosja zdecyduje się na zdemolowanie granic w regionie dalej nazywanym przez siebie Pribałtyką, polsko-rosyjski lament na litewskie szykany może posłużyć jako sygnał do interwencji.

Jakkolwiek surrealistycznie to zabrzmi, po wyczynach na Krymie i Donbasie, można sobie wyobrazić Władimira Putina zapewniającego, że rosyjska armia pojawiła się na Litwie wyłącznie po to, by ulżyć uciskanym mniejszościom i m.in. wyzwolić spod litewskiego jarzma Wileńszczyznę oraz jej polskich mieszkańców.

Kremlowscy propagandziści długo nie muszą szukać zdjęć, którymi udowodniliby widzom rosyjskich stacji telewizyjnych, gdzie lokują się prawdziwe tęsknoty litewskich Polaków. Wystarczy Lider Akcji Wyborczej Polaków na Litwie (AWPL) z zatkniętą w klapie z okazji Dnia Zwycięstwa pomarańczowo-czarną wstążką św. Jerzego, tzw. gieorgijewką, ostatnio symbolem rosyjskiego zamachu na Krym.

Gdyby rosyjska machina propagandowa chciała przedstawić Waldemara Tomaszewskiego jako polityka ostentacyjnie prorosyjskiego, do rosyjskich widzów nie dotarłyby objaśnienia lidera AWPL niuansujące jego gest: – Zwycięstwo świętujemy co roku, a wstążka św. Jerzego jest ukłonem wobec weteranów i pamiątką po największej tragedii w dziejach ludzkości. Nie naciągajmy sytuacji, tym bardziej że obok miałem przypiętą wstążkę biało-czerwoną.

Tomaszewski dumny jest i z tego, że osobiście zainicjował, aby przy okazji polskich obchodów rocznicy wyzwolenia Wilna uświadamiać, że w walkach z Niemcami zginęło, oprócz pół tysiąca żołnierzy Armii Krajowej, także 900 czerwonoarmistów, i przypominać, że po przepędzeniu Niemców nad miastem powiewały dwie flagi – polska i radziecka.

Równoległe czczenie akowców i prześladujących ich Sowietów oraz zdecydowana krytyka kijowskiego Majdanu może wyglądać na ideologiczny groch z kapustą. Ale stosunek zarówno politycznego lidera Polaków na Litwie, jak i ich samych do Rosji i radzieckiej przeszłości nie jest jednoznaczny.

Rosjan należy zrozumieć

Postawę Waldemara Tomaszewskiego kształtują jednocześnie demonstrowany i głęboki katolicyzm (mówiąc o polityce, cytuje encykliki Jana Pawła II), historia rodziców – nauczycieli w polskich szkołach – oraz nieprzyjemności, które dotknęły go osobiście, gdy w latach 80. w radzieckiej szkole wspominał o zbrodni katyńskiej.

Litewskim Polakom od prawie stu lat uczonym, że to nacjonalistycznie przechylona Litwa jest wrogiem prawdziwym, a od ponad dwustu lat z niedużymi przerwami zanurzonym w rosyjskiej kulturze dość łatwo pogodzić obyczajowy, przesiąknięty romantyczną wizją Polski i Polaków konserwatyzm z dziedzictwem ZSRR.

Tego typu postawa nie jest rzadka również wśród Litwinów. Co do zasady nie uwodzi ich radziecka przeszłość, ale nie brak na Litwie sił politycznych, w tym Partii Pracy i socjaldemokratów, ugrupowań rządzących krajem, które mają więcej zrozumienia dla dokonań ZSRR. – Są oni rzecznikami poglądu, że Rosjan należy zrozumieć: stracili przecież imperium, mogą czuć się pokrzywdzeni i pokładać wiarę w Putina, który Rosję uporządkował – mówi dr Renata Mieńkowska-Norkiene, politolożka pracująca na uniwersytetach w Wilnie i Warszawie.

Zrozumienie stanu rosyjskiego ducha nie oznacza oczywiście, że Litwini akceptują politykę Putina. Także 20 proc. litewskich Polaków wyraźnie sprzyja interwencji rosyjskiej na Ukrainie, ale zarazem tyle samo popiera starania Ukraińców. Natomiast połowa pytanych nie ma wyrobionego zdania o najpoważniejszym od dekad konflikcie w naszej części Europy.

– Oznacza to, że ich pogląd zostanie w pierwszej kolejności ukształtowany przez przesycone propagandą kanały telewizji rosyjskiej, na okrągło oglądane przez litewskich Polaków – ubolewa Czesław Okińczyc, wileński adwokat, szef polskiego Radia Znad Wilii i były poseł, sygnatariusz deklaracji litewskiej niepodległości. Rosyjskiej propagandzie przeciwstawić się nie może uważana za nieciekawą TV Polonia oraz litewskie telewizje. Owszem, ogląda je wileńska inteligencja, ale Polacy z rejonów wiejskich już nie, m.in. dlatego, że nie znają litewskiego.

Daleko do schronu?

Sami Litwini mają dziś większe zmartwienia niż problemy z mniejszościami. – Dotąd zajmowały ich przede wszystkim grzyby, ryby i pogoda. Jednak pod wpływem kryzysu ukraińskiego zaczęli coraz częściej rozmawiać o wojnie i sprawdzać, jak daleko mają do schronów. Geopolityka wpływa też np. na odkładanie na spokojniejsze czasy decyzji zakupu domu – mówi dr Renata Mieńkowska-Norkiene.

Litwini, którym niedawno rząd wysłał instrukcję, jak mają się zachować w przypadku konfliktu zbrojnego, przypominają też sobie, gdzie mają w Europie Zachodniej krewnych, mimo że zdają sobie sprawę, że jeśli padną ofiarą wysypu zielonych ludzików lub blitzkriegu z udziałem regularnej armii, mogą nie zdążyć wyjechać. – Paniki nie ma. Jednak silne jest przekonanie o bezczynności Niemiec i Francji, gdyby przyszło liczyć na pomoc – zauważa dr Mieńkowska-Norkiene.

Rozczarowanie Unią Europejską i pokładanie nadziei w NATO oraz Stanach Zjednoczonych mają swoje podstawy. Wzmacnia je przekonanie o słuszności postępowania Litwy, która jako pierwsza niosła Ukrainie pomoc militarną. Litewska gospodarka, ze względu na niewielkie rozmiary i znaczny udział rolnictwa oraz przemysłu spożywczego, najdotkliwiej w Unii odczuwa rosyjskie embargo m.in. na mięso i owoce.

Litwini, a w politycznym Wilnie ten wojowniczy nastrój udziela się zwłaszcza prezydent Dalii Grybauskait, nie wykluczają, że przyjdzie im ponieść jeszcze większą ofiarę za to, że nie zachowują się tak koniunkturalnie, jak załatwiające interesy z Kremlem Cypr czy Węgry, i odważnie przestrzegają Europę przed Władimirem Putinem.

Patriotyzm mozolny

W tych warunkach litewscy politycy wykazują się całkiem sporą dojrzałością. Dowodem niech będzie fakt, że nikt nie próbuje zbijać punktów na histerycznym straszeniu wojną. Tak samo żaden z poważnych polityków nie podgrzewa atmosfery i nie mobilizuje swojego elektoratu, prowadząc nagonkę na mniejszości narodowe, w tym wyborcze przymierze Akcji Wyborczej Polaków na Litwie z miejscowymi Rosjanami.

Od czasu odzyskania niepodległości to mniejszości były dyżurnymi chłopcami do bicia. Stanowią 16 proc. mieszkańców, w tym jest ok. 7 proc. Polaków i 5 proc. Rosjan, w porównaniu z innymi wieloetnicznymi państwami na świecie niewiele. Ale akurat Litwini, jako zaledwie trzymilionowy i wciąż kurczący się naród, mozolnie utrwalają patriotyzm i twardo bronią języka, bo wierzą, że bez nich litewska państwowość nie będzie możliwa.

Rozpaczliwie broniąc tożsamości, popełnili mnóstwo błędów, z naginaniem międzynarodowych zobowiązań włącznie. Kolejne rządy forsowały dyskryminujące ustawy. W sprawach ważnych dla Polaków (są cztery: pisownia nazwisk, dwujęzyczne szyldy i tablice z nazwami ulic, autonomiczna polska oświata oraz zwrot znacjonalizowanej ziemi) sądy wydawały wyroki możliwie dla nich dotkliwe, mimo że mogły interpretować prawo odmiennie.

Narzekają też etniczni Litwini, bo biorąc ślub z osiedlającymi się na Litwie cudzoziemcami, muszą im tłumaczyć konieczność zmiany pisowni imienia i nazwiska. Podobnie wielu etnicznych Litwinów czeka na odszkodowania za działki utracone po drugiej wojnie światowej. Jednak w pierwszej kolejności ta polityka dojmująca jest dla członków mniejszości. W ten sposób Litwini pchnęli AWPL i Alians Rosjan w swoje objęcia.

Nad progami z Rosjanami

Waldemar Tomaszewski w kontynuowanym od 2008 r. związku z politykami rosyjskimi nie widzi niczego zdrożnego: – Alians Rosjan jest niewielką partią regionalną z Kłajpedy i tylko małym ułamkiem szerokiej koalicji 30 organizacji wszystkich mniejszości skrzykniętej przez najsilniejszą z nich, czyli nasze AWPL. Wśród 500 kandydatów występujących na naszych listach znalazło się 400 Polaków, 40 Rosjan, 30 Litwinów oraz m.in. Białorusini i Tatarzy.

Również zwolennicy prezesa Tomaszewskiego suflują, że za sprawą sojuszu wyborczego z Aliansem Akcja zbiera głosy potrzebne jej do przechodzenia progów wyborczych w wyborach parlamentarnych i zdobywania miejsc w samorządach. W 2012 r. AWPL, także za pomocą głosów litewskich Rosjan, weszła do sejmu. Teraz, w wyborach samorządowych 1 marca, polska partia osiągnęła lepszy wynik, niż oczekiwała.

Za duży sukces uznano by zachowanie stanu posiadania sprzed czterech lat. Tymczasem lista firmowana przez Tomaszewskiego zgarnęła ponad 8 proc. głosów i powiększyła grono swoich radnych w całym kraju z 75 do 80, nadal będzie kontrolować dwa rejony, wileński i solecznicki. Tomaszewski co prawda nie wszedł do drugiej tury wyborów na mera Wilna, ale 14 marca to poparcie jego zwolenników zdecyduje, kto będzie rządził miastem, w którym powstaje połowa litewskiego PKB i żyje jedna piąta obywateli państwa.

AWPL do wyborów lokalnych chodzi ramię w ramię z Rosjanami tym chętniej, że bez silnej pozycji w samorządach bardzo trudno byłoby utrzymać polskie (i rosyjskie) szkoły. Stąd w okręgach z dużą wspólnotą rosyjską na listach wyborczych możliwie wysoko umieszczano kandydatów Rosjan, także powiązanych z KGB, zgłaszanych kosztem zasłużonych działaczy polskich.

– Dla Aliansu Rosjan związki z Akcją są o tyle atrakcyjne, że litewscy Rosjanie, w przeciwieństwie do Polaków, pozostają rozbici i uchodzą też za spokojniejszych i mniej roszczeniowych – mówi dr Mieńkowska-Norkiene. Mają dwie skonfliktowane ze sobą partie reklamujące się rosyjskim szyldem i udzielają się w kilku ugrupowaniach pozbawionych etnicznych odniesień.

Poskromienie prezesa

Za to Polacy mają jedną Akcję Wyborczą, a ta jednego charyzmatycznego prezesa i regularnego, niezmiennie tego samego kandydata na mera Wilna, eurodeputowanego, i na prezydenta kraju. Zasługą Tomaszewskiego jest, że kilka lat temu zjednoczył środowisko, ale pod hasłem trzymania się razem za wszelką cenę.

Polacy mają więc za złe prezesowi, że „oddaje miejsca Ruskim” i trzyma wśród grupy kilkudziesięciu swoich asystentów dziennikarkę Pierwszego Kanału Bałtyckiego, tubę kremlowskiej propagandy. – Pani Romualda jest Polką i ciężko u nas pracuje – odpowiada prezes i dodaje, że nie znał bliżej związanego przez kilka miesięcy z jego biurem byłego majora KGB. A jego przeszłości nie mógł poznać, bo na Litwie nie przeprowadzono lustracji.

Wielu polskim działaczom nie podoba się, że Waldemar Tomaszewski zdławił wewnątrzpartyjną dyskusję. Bo jest o czym dyskutować, skoro w 2009 r. AWPL zawierzyła Wileńszczyznę Chrystusowi Królowi i jej pierwsza inicjatywa ustawodawcza w obecnym sejmie dotyczyła aborcji.

Prezes, po latach bezpardonowej krytyki Litwinów, zraził do siebie wszystkie litewskie partie polityczne. Uważany jest za awanturnika przypominającego, że Polacy byli pierwsi na Wileńszczyźnie, więc Litwini mogą się z niej zabierać, człowieka, z którym można wchodzić wyłącznie w koniunkturalne koalicje, bo czerpie swoją popularność z rozpętywania kolejnych drak. Zresztą Akcja do niedawna była w rządzie, ale wytrzymała niespełna pół sejmowej kadencji.

Równolegle do silnego przywództwa Tomaszewskiego wśród litewskich Polaków narasta zniechęcenie do mało owocnej strategii obieranej przez prezesa, ograniczającej się do odrzucania kompromisów z Litwinami, którzy zmierzają – ich zdaniem – do całkowitego wynarodowienia mniejszości polskiej. Nowe podejście do Litwinów miałoby być zdecydowane, obliczone na faktyczne rozwiązanie problemów mniejszości, ale przy tym mniej emocjonalne.

Jaskółki takiej postawy pojawiają się na zebraniach polskiego klubu dyskusyjnego debatującego cyklicznie w Wilnie i w mediach społecznościowych, choćby w bardzo ciekawym blogu „Inna Wileńszczyzna jest możliwa” publicysty Antoniego Radczenki. Program odmiany jest prosty i w obecnym kontekście międzynarodowym coraz pilniejszy: Polacy zamiast powtarzania upartego „nie” powinni nauczyć się myśleć i działać dla dobra całego państwa litewskiego, a nie tylko wąskiego polskiego interesu.

Polityka 11.2015 (3000) z dnia 10.03.2015; Świat; s. 48
Oryginalny tytuł tekstu: "Wyzwalanie Wileńszczyzny"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

PiS wprowadza „ruski ład”? Polska spiera się z UE, Kreml klaszcze

„Ruski ład” w Polsce to scenariusz, któremu Kreml kibicuje od lat. Zresztą do tej pory prognozy Rosjan sprawdzają się co do joty. Co to oznacza? Że Polska z Unii formalnie wprawdzie nie wystąpi, ale osunie się na jej peryferie.

Agnieszka Bryc
22.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną