Hillary Clinton zawalczy o Biały Dom. Czy powinna być sobą?
Hillary Clinton potwierdziła, że będzie się ubiegać o demokratyczną nominację prezydencką w przyszłorocznych wyborach. To jej drugi start w maratonie, którego metą ma być Biały Dom.
Democracy Chronicles/Flickr CC by 2.0

8 lat temu przegrała niespodziewanie prawybory z Barackiem Obamą. Ówczesny senator z Illinois lepiej odpowiedział na przemożną wtedy w USA potrzebę zmiany po katastrofalnej prezydenturze George’a W. Busha.

Tym razem nie widać wśród Demokratów polityka będącego w stanie odebrać byłej sekretarz stanu partyjną nominację. Przynajmniej na razie. Brak poważniejszych rywali we własnej partii daje pani Hillary znaczną swobodę manewru. W prawyborach nie musi zanadto kokietować lewego skrzydła Demokratów populistycznymi hasłami i obietnicami, z których musiałaby się potem wycofywać w konfrontacji z przyszłym republikańskim oponentem.

Już teraz sugeruje zamiar ubiegania się o najwyższy urząd opartym o centrum i zapowiada współpracę z Republikanami. Ci ostatni zawsze bardziej cenili byłą senator i First Lady niż obecnego prezydenta, m.in. za jej zdecydowanie i poparcie dla „muskularnej” polityki międzynarodowej. Chwalili ją, kiedy kierowała Departamentem Stanu.

Można też być spokojnym, że Clinton da sobie radę w debatach z którymkolwiek z republikańskich pretendentów do Białego Domu. Jest znakomicie przygotowana, przerasta ich wiedzą i doświadczeniem politycznym, i prawdopodobnie też sztuką argumentacji.

Są jednak dwa problemy utrudniające drogę Hillary Clinton na szczyt. Obama powiedział niedawno, że w kampanii „powinna po prostu być sobą”. To, niestety, może być niebezpieczne. Pani Hillary nie jest najlepszym mówcą, nie znosi mediów i ma obsesję na punkcie kontroli własnego wizerunku, co sprawia, że w kontaktach publicznych usztywnia się, bywa niemiła i wyniosła. Brak naturalnej spontaniczności odróżnia ją od małżonka, który emocjonalnej inteligencji ma w nadmiarze i którego nie sposób nie lubić. W epoce wyborczej polityki „konfesyjnej” wszystko to umniejsza nieco szanse kandydata.

Drugi problem to nazwisko. Czy Ameryka jest gotowa na „kolejnego Clintona”? Tym bardziej, że prawica będzie przypominać skandale, czy też skandaliki, związane z Billem i Hillary od lat 80. Ale straszak restauracji dynastii utraci moc, jeśli w wyborach w 2016 r. przeciwnikiem pierwszej w historii USA kobiety z realnymi szansami na prezydenturę będzie – na co się zanosi – polityk o równie znanym nazwisku: Jeb Bush.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną