Nadmorski raj Kremla

Abchazja: bilet w jedną stronę
Gruziński pogranicznik obejrzał nasze paszporty. – Idźcie z Bogiem – powiedział zasmucony – ale prywatnie wjazd do Abchazji odradzam. Nie będziemy wam tam mogli zagwarantować bezpieczeństwa. Tam, wiecie – popatrzył wymownie to na nas, to na orzełki na naszych paszportach – Rosjanie stoją.
MS/Polityka

Most graniczny nad rzeką Inguri.
John Noble/Lonely Planet Images/Getty Images

Most graniczny nad rzeką Inguri.

Opuszczone poradzieckie blokowiska w Gagrze.
Mihail Mokrushin/RIA Novosti/EAST NEWS

Opuszczone poradzieckie blokowiska w Gagrze.

Rosyjscy żołnierze pilnujący granicy abchasko-gruzińskiej.
Valery Matytsin/ITAR-TASS/EAST NEWS

Rosyjscy żołnierze pilnujący granicy abchasko-gruzińskiej.

No stoją. Stoją i patrzą, jak przez granicę abchasko-gruzińską przechodzą reklamówki pełne towarów z gruzińskich supermarketów. Graniczny most nad rzeką Inguri jest połupany i krzywy, w wybojach stoją brudne kałuże, a między nimi ciągną objuczeni mieszkańcy pogranicza w wytartych skórzanych kurtkach i tanich, niezgrabnych butach.

Przeprowadza się przez rzekę pełne siatki z supermarketów, bo pozbawiona rozwiniętej gospodarki Abchazja radzi sobie gorzej niż Gruzja, nawet zważywszy na to, że gruzińska gospodarka zwalnia. Odległość między posterunkami to niemal kilometr, ale most wyłączony jest (przynajmniej teoretycznie) z ruchu zmotoryzowanego, więc trzeba pokonać go pieszo. Albo – za symboliczną opłatę – konną bryczką. Gruzja – oficjalnie – wyciąga do Abchazji rękę. Po gruzińskiej stronie granicy postawiono pojednawczy pomnik: pordzewiały już nieco pistolet z zawiązaną na supeł lufą. Ale Abchazja ani myśli o powrocie pod skrzydła Tbilisi, spod których uwolniła się przeszło 20 lat temu w wyniku wojny domowej. Kierunek jej polityki zagranicznej jest wręcz przeciwny: 5 marca tego roku wszedł w życie rosyjsko-abchaski traktat o sojuszu i partnerstwie strategicznym.

Zgodnie z traktatem w ciągu trzech lat Abchazja zostanie włączona do rosyjskiej przestrzeni obronnej, celnej, gospodarczej i kulturowej. Koszty tego przedsięwzięcia poniesie Rosja (5 mld rubli, czyli ok. 350 mln zł, tylko w 2015 r.). Większość ustaleń traktatu to jednak nic nowego: wyłącznie legalizacja mechanizmów, które wdrażane są w Abchazji co najmniej od uznania tego państwa przez Rosję w 2008 r. (tuż po wojnie gruzińsko-osetyjskiej). W konsekwencji abchaskie instytucje władzy nie będą miały znaczenia ani dla Rosji, ani dla samych siebie.

Pewnie dlatego funkcjonariusze rosyjskiej FSB, stacjonujący na drugim brzegu Inguri, po podpisaniu traktatu nie odczuli szczególnej różnicy: siedzą na gruzińskiej granicy już od 2009 r. Bynajmniej nie czują się wyróżnieni skierowaniem do pięknej, subtropikalno-górskiej Abchazji, niegdyś szczytów marzeń sowieckich elit. Daleko do domu, wiejska przaśność. Krążą znudzeni między prowizorycznymi budami na nieistniejącej de jure granicy, narzekają, że tęsknią za Moskwą, i wnikliwie studiują zagraniczne paszporty, choć zważywszy na wysiłki rządu w kwestii promocji turystyki (bo czemu niby Gruzji się udało?), nie spotykają się z nimi aż tak rzadko.

Nasze polskie – to jest imperialistyczne – paszporty działają jednak na Rosjan elektryzująco. Po wymownym obmlaskaniu ukraińskich pieczątek następuje krzyżowy ogień pytań i oskarżeń o szpiegostwo. Ilia, efesbek z mlekiem pod nosem, dopytuje się o polskie służby specjalne. Za dziesiątym razem udaje mu się poprawnie wymówić „Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego”. Pochwalony za sukces odwdzięcza się osobistym wyznaniem: tęskni za kibolskimi zadymami w Moskwie. FSB zgarnęło go do służby prosto ze stadionu Dynama. Jego starszy kolega, w którego Ilia wpatruje się jak w obrazek, pohukuje na nas groźnie, straszy, wygłasza wykład na temat sytuacji geopolitycznej, znęca się przez chwilę nad Grzegorzem Schetyną (jak on mógł powiedzieć, że Oświęcim wyzwalali Ukraińcy!), wynosi pod niebiosa intelekt Siergieja Ławrowa, po czym macha ręką i nas puszcza.

Po dostaniu się do Suchumi trzeba odebrać abchaską wizę, a tu zaczyna się upierdliwa biurokracja w rosyjskim stylu: do urzędu, od okienka do okienka, z urzędu do banku, z banku z powrotem do urzędu, w końcu wizy są: na osobnym świstku papieru wetkniętym w paszporty. Do paszportów nie wklejają i jest to akt wyrozumiałości: wiedzą, że z czymś takim nie wpuściliby nas z powrotem do Gruzji. Za wizę płaci się w rublach. Jak i za wszystko inne. Teoretycznie narodową walutą jest apsar, ale nikt go nie używa. Ze względów praktycznych wtłoczono do oficjalnego użytku rosyjskiego rubla, a apsarowe monety znaleźć można wyłącznie w klaserach. Abchazowie pytani, czy nie woleliby zamiast rubli używać narodowych apsarów, odpowiadają: A po co? Po co kłopot sobie robić z wymianą, z kursem, jeśli i tak praktycznie jesteśmy częścią Rosji?

To, co oczywiste jest dla Abchazów, niekoniecznie jest oczywiste dla ludzi, którzy nimi rządzą. Kan Tania, wiceminister spraw zagranicznych, z którym spotykamy się w jego gabinecie w centrum Suchumi, twierdzi, że Abchazja żadną częścią Rosji nie jest. Że, owszem, geopolityka wymusza na Abchazach specjalny status dla Rosji w stosunkach międzynarodowych, ale pamiętać trzeba – Kan Tania celuje w nas długopisem – że te stosunki nadal są międzynarodowe.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną