Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Świat

Sąd nad sondami

Dlaczego sondaże tak często zawodzą

Wygrana konserwatystów wyciągnęła na ulice ich przeciwników z hasłem: „Demokracja nie żyje”. Wygrana konserwatystów wyciągnęła na ulice ich przeciwników z hasłem: „Demokracja nie żyje”. Phil Noble/Reuters / Forum
Sondaże opinii przed wyborami myliły się ostatnio na potęgę, ale na co dzień politycy wciąż dryfują pod ich dyktando. Coś wiedzą czy tylko zgadują?
Sondażownie to przedsiębiorstwa, powinny przynosić zysk swoim właścicielom.Patrick Pelz/PantherMedia Sondażownie to przedsiębiorstwa, powinny przynosić zysk swoim właścicielom.
Wyniki wyborów londyńczycy mogli zobaczyć wyświetlone na budynku BBC.Eddie Keogh/Reuters/Forum Wyniki wyborów londyńczycy mogli zobaczyć wyświetlone na budynku BBC.

Firmy sondażowe mają trudną wiosnę. Straciły sporo wiarygodności podczas wyborów prezydenckich w Polsce. Niesłusznie przepowiedziały przegraną Beniamina Netanjahu w wyborach parlamentarnych w Izraelu. Zapowiadały też remis w Wielkiej Brytanii, tymczasem skazywani na trudne koalicje konserwatyści zdobyli większość w Westminsterze i komfort samodzielnego rządzenia. W żadnej poprzedniej kampanii nie było tylu danych, a mimo to przewidywania zawiodły – podnosi alarm brytyjski dziennik „Guardian” i wzywa do pilnej naprawy sondaży. Co idzie nie tak?

Późni i nieśmiali

Tradycyjne badanie preferencji wyborczych zawiera sakramentalne pytanie zaczynające się od słów: „gdyby wybory odbywały się dziś”, i zazwyczaj, po losowaniu numerów, przeprowadzane jest przez telefon. Najlepiej stacjonarny, bo w przypadku ordynacji nakazującej walkę o mandaty w okręgach jednomandatowych lokalizacja abonenta jest kluczowa. Feler polega na tym, że użytkowników telefonów na okrągło bombardują doradcy finansowi lub sprzedawcy garnków. Na rozmowę z telefonicznym ankieterem zgadzają się więc szczególnie cierpliwi albo nieasertywni i to spośród nich próbuje się wyłonić niewielką grupę obywateli reprezentujących całe społeczeństwo.

Brak raptusów wśród pytanych nie wypacza jednak wyników tak mocno jak tzw. late swing. W warunkach brytyjskich (znów – nie wiadomo, jak wiarygodne to dane) 18 proc. wyborców decyduje, na kogo odda głos, dopiero w dniu wyborów, dodatkowe 13 proc. nie ma pewności jeszcze na kilka dni przed pójściem do urn. Wystarczy więc pytać zbyć wcześnie i gotowy sondażowy klops, zwłaszcza że na zasadzie sprzężenia zwrotnego publikowane wyniki też są impulsem, mobilizują lub zniechęcają do ruszenia się z domu. W Wielkiej Brytanii na niedokładności prognoz dodatkowo zaważyć mieli nieśmiali zwolennicy Partii Konserwatywnej, którzy wstydzili się przyznać, że jednak wierzą w ugrupowanie premiera Davida Camerona.

Przygotowujący badania opinii zdają sobie sprawę z ograniczeń wynikających z pytania cierpliwych, wahających się czy nieśmiałych. Przy interpretacji wyników i kalibrowaniu metodologii korzystają z lat doświadczeń, wielu tysięcy przeprowadzonych badań, zarówno tych bardzo udanych, jak i rozmaitych nieudanych eksperymentów.

Jak ten amerykański z 1936 r., odkurzony teraz na Wyspach: ankieta przed wyborami prezydenckimi z udziałem blisko 2,5 mln Amerykanów dawała gładkie zwycięstwo kandydatowi republikanów. Dziś Alf Landon znany jest z tego, że w tamtych wyborach jednak nie pokonał Franklina Delano Roosevelta, po wojnie zachęcał, by USA połączyły rynek z europejskim, po czym zmarł w sto pierwszym roku życia.

Słuchawką i myszką

Brytyjskie sondażownie dorzucają kolejną porcję danych do przemyśleń. Firma Survation na co dzień bada opinię publiczną także za pośrednictwem ankiet internetowych i ma na koncie sukces w wytypowaniu wyników zeszłorocznego referendum nad niepodległością Szkocji. Przed majowym głosowaniem do parlamentu Survation przeprowadziła szereg sondaży internetowych, a wyniki dla weryfikacji podpierała zwyczajnymi sondażami telefonicznymi innych firm. Sprawdziany działały uspokajająco, internauci regularnie odpowiadali ręka w rękę z abonentami telefonicznymi, przede wszystkim obie grupy po równo popierały torysów i laburzystów.

Ostatni wydzwoniony sondaż już autorstwa Survation, został przeprowadzony zgodnie ze sztuką i w ostatnim momencie, w przeddzień wyborów. Na próbie 1045 pytanych (527 kobiet i 518 mężczyzn) miał wychwycić, jak idzie podejmowanie decyzji wahającym się wyborcom. Swoje zadanie spełnił, przełamał trend. I poszedł do kosza. Szef Survation uznał 6-proc. przewagę dla torysów za wypadek przy pracy i nie odważył się opublikować rezultatu, czego – jak sam stwierdza – pewnie nigdy sobie nie wybaczy.

We właściwych wyborach Partia Konserwatywna o 6,6 proc. pokonała Partię Pracy. Oprócz Survation podobną przewagę obliczyła jeszcze tylko amerykańska SurveyMonkey, dostawca aplikacji internetowej, za pomocą której każdy może stworzyć własną sondę i dla zabawy lub w celach zawodowych rozesłać ją wśród znajomych, krewnych albo pracowników. SurveyMonkey miała w bazie 3 mln Brytyjczyków odpowiadających na te często zupełnie rozrywkowe ankiety. Na podstawie udzielonych w nich odpowiedzi wytypowała 18 tys. osób i przepytała o preferencje polityczne. Wyniku SurveyMonkey nikt z polityków i publicystów nie wziął na poważnie.

Dryf głównym nurtem

Każda duża próba przewidywań jest mieszanką trafnych i chybionych prognoz. Ktoś w coś kiedyś trafi, z tym że celne strzały to wciąż tylko zgadywanki. Brytyjskie prognozy rozjechały się z rzeczywistym rozkładem mandatów w terenie. Za to znacznie lepiej poszło z prognozą klęsk małych ugrupowań. Co było o tyle proste, że partie Szkotów, przeciwników integracji europejskiej czy zielonych mają wyraziste poglądy. Natomiast dominujące stronnictwa, tak w Wielkiej Brytanii, jak i w wielu innych państwach Starego Kontynentu, w tym w Polsce, łowią zwolenników wśród centrowej i zarazem najszerszej części społeczeństwa.

Politycy już zrozumieli, że szumne obietnice i wielkie ideologie nie zapewniają już ani spokojnych rządów, ani zwycięstw wyborczych. Większością europejskich państw zarządzają jak kanclerz Angela Merkel w Niemczech: możliwie szybko próbują rozwiązywać pojawiające się problemy. W warunkach takiej reaktywnej polityki zacierają się różnice między prawicą a lewicą, konserwatystami a liberałami itd. Nic dziwnego, że obywatele są zagubieni, „nie mają na kogo głosować” i jeśli wybierają, to późno i raczej pod wpływem chwilowego zauroczenia.

Współcześni politycy wolą nie ryzykować i wsłuchują się w głos ulicy, m.in. czytając sondaże. Weźmy choćby ostry kryzys humanitarny na Morzu Śródziemnym, jedno z najpilniejszych wyzwań wiszących jak wyrzut sumienia nad Europą (od 2000 r. 22 tys. utonięć). W badaniu ośrodka Pew mieszkańcy Unii Europejskiej są w tej sprawie podzielni, z lekkim wskazaniem na ograniczenie imigracji. Rządy, niepopędzane przez obywateli, z alternatywy: wyrzucić wszystkich nielegalnych imigrantów albo pozwolić wszystkim zostać, wybierają więc grę na zwłokę, odpowiedź najwyżej punktowaną w konkursie wyborczym.

Czasem jednak wyniki sondaży są rozstrzygające, ale trzeba mieć polityczną odwagę z nich skorzystać. Sztaby brytyjskich partii twierdzą, że w trakcie kampanii korzystały ze świetnych wyników ankiet. Co potwierdzałoby, że dla jakości sondaży tak samo jak pytający i pytani ważni są płacący za badanie. Sondażownie to przedsiębiorstwa, powinny przynosić zysk swoim właścicielom. Podobnie prasa drukowana, portale internetowe czy telewizja kupują sondaże, kierując się ich ceną, chcą mieć wyniki szybko i za niewielkie pieniądze, nawet kosztem jakości próby.

Ankiety prowadzone dla partii były bardziej pracochłonne, a przez to dokładniejsze i droższe. Zanim ankieterzy zadawali kluczowe pytanie o poparcie dla kandydata, pozwalali rozgadać się pytanemu, rozgrzewali go, chcąc poznać jego nastrój, zadowolenie z życia itd. Ponoć Partia Pracy już od listopada zeszłego roku wiedziała, że jeśli nie dokona jakiegoś zwrotu, to bardzo słabo wypadnie w wyborach. Wiedziała, ale… nie odwróciła swego losu.

Koniec społeczeństwa

Ubiegając się o miejsca w Westminsterze, torysi i laburzyści próbowali na skromną miarę naśladować strategię Baracka Obamy z 2012 r. Wynajmowali analityków pracujących w jego sztabie. W Ameryce udało im się wtedy coś, o czym marzą wszyscy kandydaci na świecie – potrafili z dość wysoką precyzją określić, jak wyborcy zachowają się przy urnach i czy w ogóle do nich pójdą. Sztab Obamy przestał patrzeć na Amerykanów jak na społeczeństwo, a zaczął jak na zbiór milionów pojedynczych obywateli. Odłożył na półkę stare metody, nakazujące poszukiwać jakichś reprezentacji czy grup społecznych mających wspólne interesy i do nich zwracać się w trakcie kampanii.

Analitycy zapewniali, że wiedzą – w pewnym uproszczeniu – że konkretny John Smith z konkretnej dziury w Montanie i konkretna Kate Adams, mieszkająca na trzecim piętrze konkretnej kamienicy po parzystej stronie ulicy na Manhattanie w Nowym Jorku, zagłosują na Obamę, jeśli ten zwróci baczniejszą uwagę na ochronę czystości wody w górskich potokach.

Korzystanie z tak subtelnego narzędzia kosztuje i pozostaje poza zasięgiem możliwości laburzystów i torysów. Matematyczny geniusz Dan Wagner, mag Obamy od celowania (czyli wskazania, kiedy należy wspomnieć o potokach, by dostać głosy Johna Smitha i Kate Adams), dysponował grupą kilkudziesięciu informatyków i milionami dolarów, środkami nieosiągalnymi podczas europejskich kampanii.

Wagner wykorzystywał w swojej pracy informacje skupione z rynku, od komercyjnych firm. Były tam ślady pozostawione przez użytkowników internetu, telefonów, kart kredytowych, klientów firm ubezpieczeniowych, linii lotniczych, kawiarni i tego wszystkiego, co składa się na big data, niewyobrażalnie wielki zbiór danych. Wagner potrafił z nimi pracować do tego stopnia, że bił tradycyjne sondaże, przewidując wyniki w poszczególnych stanach z dokładnością nie do punktów procentowych, ale miejsc po przecinku.

Atomowa siła rażenia korzystania z big data ma się brać stąd, że analitycy znajdują połączenia, które nawet na drugi rzut oka nie są intuicyjne. Z tej wielkiej ilości danych wynika np., że ludzie wydają na zakupy więcej, gdy Księżyc jest w nowiu (czyli jest niewidoczny z Ziemi). Żaden guru od marketingu politycznego nie połączyłby Johna Smitha z Kate Adams, bo mają ze sobą bardzo niewiele wspólnego.

Co więcej, podobno na podstawie naszych poprzednich zachowań – ale kosztem naszej prywatności! – komputery mogą przewidzieć, co zrobimy w przyszłości. I jako jednostki, i jako całe społeczeństwo, czyli prognozowanie rzeczywistości społecznej byłoby podobne do prognozowania pogody.

Epistokracja

Na fundamentalne pytanie, o etyczne aspekty takich przewidywań, próbuje odpowiedzieć prof. Tal Zarsky, prawnik z Uniwersytetu w Hajfie. Bada efekty wykorzystania istniejących systemów komputerowych. Korzystają z nich policje, by przewidzieć, gdzie dojdzie do przestępstwa, kiedy i kto je popełni. Na podobnej zasadzie amerykańska służba podatkowa stworzyła wzór osoby unikającej płacenia danin należnych państwu. Delikwenci podpadający pod taką sztancę wychwytywani są przez system i poddaje się ich drobiazgowej kontroli.

Bywa że system się myli. „Nie widzi” części nieuczciwych podatników i typuje niewinne ofiary, niesłusznie podejrzewane o zatajanie dochodów. Tyle tylko, że w podobnych systemach kryteria sztanc są niejawne. Jeśli doda się do tego, że nie wiadomo, jak dużo urzędnicy, czy w ogóle rząd, oraz prywatne firmy o nas wiedzą, to łatwo się zorientować, że big data jest oceanem danych, ale o bardzo mętnej wodzie. Konsekwencją może być – konkluduje Zarsky – prewencyjne karanie za wykroczenia, których jeszcze nie popełniliśmy.

W stanie idealnym epistokracji (rządach wiedzących) politycy i urzędnicy znaliby poglądy każdego z nas, nasze oczekiwania, znaliby problemy, które uważamy za najważniejsze. Policja wytypuje przestępców. Służba zdrowia będzie wiedziała, kiedy i jakich pacjentów dostanie. Miasta wreszcie byłby zarządzane z myślą o mieszkańcach, a uzbrojeni w twarde argumenty politycy i urzędnicy, jako inżynierowie społeczni, pracowaliby na naszą rzecz sprawniej, bez jałowych kłótni, konieczności zawierania nużących sojuszy i zgniłych kompromisów… Słusznie włos się jeży na głowie.

Polityka 22.2015 (3011) z dnia 26.05.2015; Świat; s. 46
Oryginalny tytuł tekstu: "Sąd nad sondami"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną