Serbia: między Rosją a Europą

Serb, jaki jest, każdy widzi
Dziś znów jest głośno o Serbii, przez którą przebiega szlak przemierzany przez tysiące imigrantów uciekających przed wojną na Bliskim Wschodzie. Ale sama Serbia jest też rozdarta i nie może zdecydować, czy bliżej jej do Rosji czy do Europy.
Pomnik Księcia Michała Obrenowicia w Belgradzie
Stefan Mazic/Flickr CC by 2.0

Pomnik Księcia Michała Obrenowicia w Belgradzie

Okładka aktualnego wydania magazynu „Ha!art”
ha!art/mat. pr.

Okładka aktualnego wydania magazynu „Ha!art”

Od kiedy rozpadła się stara dobra Juga, byłe republiki, przynajmniej w ich własnym mniemaniu, więcej dzieli niż łączy, a wiedzę o sąsiedzie często zastępują stereotypy i żarty, takie jak ten: „Jaki jest rekord Czarnogóry na sto metrów? Sześćdziesiąt siedem metrów”.

W nagrodzonej Angelusem powieści Miljenka Jergovicia Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki znajduje się scena, w której bohater, Serb z Liki pracujący w zagrzebskiej policji, wstaje pewnego dnia o piątej rano i goli swe noszone od osiemnastego roku życia wąsy. Jest przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, Jugosławia się sypie, zaraz wybuchnie wojna, a koledzy z policji patrzą na niego krzywo, bo na jego twarzy sumiaste wąsy wypisują wielkimi literami: „Uwaga! Serb!”. Oczywiście ta desperacka próba ucieczki od własnego i cudzego wyobrażenia w niczym nie może pomóc komuś, kto ma na imię Lazar, czyli Łazarz, tak jak car zabity przez Turków na Kosowym Polu, a w dodatku większość słów akcentuje nie tak, jak trzeba. Serb, jaki jest, każdy widzi.

W poradniku jak rozpoznać „innego” punktem pierwszym dla eks-Jugosłowianina są zatem wąsy. Wąsy i długie brody noszą Serbowie i muzułmanie. „Cywilizowani” Chorwaci i Słoweńcy nigdy. „Zgól tę brodę” – powtarza dziadek chorwackiemu znajomemu. „Wyglądasz jak czetnik”. Zanim jeszcze rozmówca, którego podejrzewamy, że może nie być „nasz”, otworzy usta, już możemy się o nim sporo dowiedzieć. Białe skarpetki do ciemnych butów, kilka sygnetów i różaniec w formie bransoletki nieodmiennie zdradzają mieszkańca Hercegowiny. Po zimnym łokciu i Mercedesie albo BMW na niemieckich blachach rozpoznajemy Bośniaka wracającego na ojczyzny łono z tradycyjnego gastarbajtu, czyli bausszteli. W większych miastach, przede wszystkim Zagrzebiu, Belgradzie i Lublanie, w taki sposób „swoi” rozpoznają dotepenca – przybysza z tej gorszej, bardziej wschodniej Jugosławii, który do owłosionej klaty i podkoszulka-żonobijki dopasowuje wielki złoty łańcuch, a całość dopełnia klapkami Nike.

Blady język ze szkolnej czytanki

Jeśli jednak tym razem nasz były towarzysz postanowił się zakamuflować i nosi na przykład powszechny na całych Bałkanach dres, nie ma się czym martwić. Zdradzi go pierwsze zdanie. Jeden z jugosłowiańskich kabaretów o monthypythonowskim humorze, Top lista nadrealista, stworzył w latach osiemdziesiątych skecz o nazwie Języki. Profesor Nermin Przypadek tłumaczy w nim, że istnienie języka serbsko-chorwackiego jest kompletną fikcją. Z językoznawczego punktu widzenia istnieje bowiem sześć języków – chorwacki, serbski, bośniacki, hercegowiński, czarny i górski. Ilustruje tę tezę, przedstawiając proste zdanie we wszystkich tych językach. To, co po chorwacku brzmi ja čitam, po bośniacku wymawiamy jako ja čitam, a po górsku, nikt się zapewne nie domyśli, ja čitam. Satyryczny portal NewsBar obwieścił ostatnio, że ze względu na ciągłe konflikty związane z poszukiwaniem przez Komisję Europejską adekwatnej nazwy dla tego języka ostatecznie zwyciężyła najpopularniejsza wśród użytkowników wersja „nasz język”.

Ale to tylko połowa prawdy. Jednocześnie użytkownicy dawnego serbsko-chorwackiego potrafią na podstawie kilku zamienionych zdań zlokalizować się wzajemnie z dokładnością do dziesięciu kilometrów i odtworzyć sobie historię przeprowadzek z ostatnich dwudziestu lat (przesadzam mniej, niż mogłoby się wydawać). Jak bardzo nie próbowaliby się maskować, zdradzi ich akcent, charakterystyczne powiedzonko, zbyt miękko wypowiedziana spółgłoska. Być może wszyscy oni mówią tym samym językiem, ale równie dobrze każdy mówi własnym. Wielość dialektów i gwar, które są używane także w tych bardziej formalnych sytuacjach komunikacyjnych, sprawia, że praktycznie w każdym miejscu wytworzyła się specyficzna i łatwo rozpoznawalna gwara, a większość użytkowników posiada charakterystyczny idiolekt. Wyjątkiem są może tylko ci, którzy mówią tym bladym językiem ze szkolnej czytanki, jakiego nie używa nikt poza tymi, którzy nie mieszkają tam, skąd pochodzą. I w dodatku starają się to ukryć.

Im dalej, tym lepiej

Jeśli spojrzeć na cechy, jakie mieszkańcy byłej Jugosławii tradycyjnie przypisują swoim sąsiadom i dawnym towarzyszom w braterstwie i jedności, można zauważyć pewną prawidłowość. Z każdym kolejnym krokiem na północ albo południe zasady gry się zmieniają. Dla Czarnogórca Serb jest pracowity i zaradny, podczas gdy dla Chorwata już znacznie mniej. Serbowie uważają, że to Chorwaci ciężko pracują, ale dla Słoweńca wszyscy na wschód są tak samo leniwi. Stasiuk twierdził, że Słoweńcy to „zdrajcy słowiańskiej rozpierduchy”, i bez względu na to, jak bardzo jest to uproszczona i stereotypowa wizja, tak właśnie są widziani przez całą resztę południowosłowiańskiej braci. Ale dla przeciętnego Serba czy Bośniaka Chorwat też jest zbyt chłodny, zdystansowany i opanowany. No, chyba że Dalmatyńczyk. Dalmatyńczyk jest leniwy i rozwrzeszczany i lubią go nawet Serbowie. Ale czy taki Dalmatyńczyk to w ogóle prawdziwy Chorwat?

Problem z byłą Jugosławią jest taki, że nie dzieli się ona tylko na zwaśnione i nieprzepadające za sobą państwa. Zasadniczo im dalej od siebie, tym lepiej – Macedończycy najbardziej lubią Chorwatów, a Słoweńcy i Serbowie też jakoś się dogadują, bo też i najmniej znają.

Główne linie podziału być może wyznaczają jednak granice regionów. Chorwat z Istrii od Chorwata ze Slawonii czy Chorwata z Zagorja w wielu kwestiach różni się znacznie bardziej niż od włoskiego, serbskiego czy słoweńskiego sąsiada. To oczywiste, skoro mówią różnymi dialektami, byli pod wpływem innych centrów kulturowych oraz posiadają odmienną historię, a w efekcie również kuchnię, obyczaje i doświadczenia.

Słoweńcy ciągle dają nam w dupę

Przespacerujmy się zatem z północy na południe. Stereotypowy Słoweniec to taki Austriak doprawiony nutką słowiańskiej wesołości. Uporządkowany, solidny, w tygodniu ciężko pracujący, a w niedzielę biegający na Triglav w skarpetkach do kolan, podczas gdy bośniacki budowlaniec posuwa mu żonę. Słowenki uchodzą bowiem za niezbyt usatysfakcjonowane pożyciem małżeńskim i ponoć chętnie, już od czasów Jugosławii, sięgają po rozwiązania nadciągające ze wschodu w poszukiwaniu lepszego standardu ekonomicznego. Od Vardaru do Triglavu krąży zatem niewyszukany dowcip: „Co robi Bośniak po ukończeniu osiemnastu lat? Jedzie do Słowenii poszukać pracy. A co robi Słoweniec po ukończeniu osiemnastu lat? Jedzie do Bośni poszukać taty”.

Macho przepychanki na tym się nie kończą. Najmniej ciepło – między innymi ze względu na konflikt graniczny wokół Zatoki Pirańskiej – nastawieni są do Słoweńców Chorwaci. Jednym z przejawów braku sympatii jest nieustanne wypominanie im „rozmiaru”. Jest coś niewymownie uroczego w wysłuchiwaniu, jak czteroipółmilionowy kraj wyśmiewa się z tego dwumilionowego, wypominając mu bycie parkingiem Austrii, posiadanie linii brzegowej wystarczającej na krótki spacer i to, że wszyscy mylą go ze Słowacją. „Słoweńcy ciągle dają nam w dupę” – tłumaczył mi Josip, bośniacki Chorwat. „Widocznie ich dojście do morza o łącznej szerokości dwóch metrów jest dla nich za małe, chociaż twierdzą, że jest w zupełności satysfakcjonujące. To kwestia kompensacji i zawodów w stylu »czyj jest większy«. Chociaż to akurat jest dla wszystkich oczywiste”.

Podszyte zazdrością o szybszy rozwój ekonomiczny i nietraumatyczne opuszczenie Jugosławii komentarze równie często wskazują na słoweńską sztywność, skąpstwo i zarozumialstwo. Słoweńcy nie pozostają dłużni – wszystkich eks-yu przybyszów określają pogardliwie mianem Czefurów i spoglądają z wyższością przede wszystkim na „głupich Bośniaków”. Rosnący w ostatnich latach kryzys ekonomiczny systematycznie obniżał sympatię wobec imigrantów, a Czefurzy nie ułatwiali sprawy, trzymając się w swoich grupkach, obnosząc się na każdym kroku z dumą ze swojej „prawdziwej” ojczyzny i niechęcią do Słowenii (ta ostatnia wyrażana jest najczęściej w akompaniamencie najbardziej popularnego przekleństwa tych ziem, określającego charakter interakcji psa z matką interlokutora). Czefurzy nierzadko odmawiają też nauczenia się choćby jednego słowa po słoweńsku, a w przypadku słoweńskiego różnica jest już spora; ja čitam po słoweńsku brzmi jaz berem.

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj