Ai Weiwei znów może wyjechać z Chin: To wentyl, a nie jaskółka
Artysta, jeden z najbardziej znanych Chińczyków, odzyskał paszport, który cztery lata temu zabrały mu władze.
Ai Weiwei w swoim stylu poinformował o odzyskaniu paszportu: zrobił sobie z nim zdjęcie i powiesił w jednym z internetowych serwisów społecznościowych.
Instagram

Ai Weiwei w swoim stylu poinformował o odzyskaniu paszportu: zrobił sobie z nim zdjęcie i powiesił w jednym z internetowych serwisów społecznościowych.

Jest jednym z najbardziej znanych Chińczyków i jednym z najłatwiej rozpoznawanych. Pomaga mu w tym nieczęsto w Chinach noszona broda i oczywiście działania artystyczne. Jego instalacje, obecne także w przestrzeni publicznej, są dość przystępne nawet dla niewyrobionego widza. Swego czasu rozsypał w londyńskiej galerii tysiące ręcznie robionych porcelanowych ziaren słonecznika i pozwolił zwiedzającym się na nich wylegiwać.

Niektórzy poszli do Tate, bo widzieli, że w pryzmie nasion zawarł odniesienia do rewolucji kulturalnej, czasu, gdy tylko dzielenie się łuskanym wspólnie słonecznikiem było jednym ludzkim i spontanicznym odruchem. Sporej reszcie zwiedzających wystarcza rozgłos, który artyście zapewniają zachodnie media.

Po wielu latach spędzonych w USA, Ai niezłą angielszczyzną potrafi bezkompromisowo mówić o Chinach i posługuje się wrażliwością zrozumiałą dla zachodniej publiczności i przez nią oczekiwaną. Powtarza nawet z goryczą, że jego twórczość jest bardziej znana w krajach demokratycznych, niż w Chinach. I nic dziwnego – sprawnie posługuje się internetem, ale jeszcze sprawniej chińskich odbiorców odcina od niego m.in. sieciowa cenzura.

Po imieniu nazywa to, co mu w ChRL przeszkadza. Brak wolności politycznych. Propagandę krępującą myślenie i wyobraźnię. Tchórzostwo władz komunistycznych obawiających się utraty kontroli nad wygaszonym emocjonalnie społeczeństwem. Korupcję urzędników i dyspozycyjność sędziów.

Wypada autentycznie, bo sam, choć wywodzi się z elity – aresztowany, bity, oskarżany o opluwanie ojczyzny czy promowanie choćby pornografii – regularnie bywa ofiarą. I ma, obok artystycznego, dorobek społeczny. Po trzęsieniu ziemi w 2008 r. w Syczuanie włączył się w dekonspirowanie urzędniczych zaniechań i powszechnego łapownictwa, które doprowadziły do walenia się ścian tysięcy szkół. Ai, na przekór władzom próbującym zaniżać liczbę zmarłych uczniów, publikował na swoim blogu nazwiska ofiar.

Mając zakaz podróży, był mniej bojowy, protestował dyskretnie. Od ponad półtora roku codziennie, w koszu zawszonym na kierowcy roweru zaparkowanego przy wejściu do swojej pekińskiej pracowni, wstawiał bukiet świeżych kwiatów. W swoim stylu poinformował też o odzyskaniu paszportu: zrobił sobie z nim zdjęcie i powiesił w jednym z internetowych serwisów społecznościowych. W pierwszą podróż wybiera się do Niemiec, chce odwiedzić kilkuletniego syna.

Odzyskanie dokumentu i prawo wyjazdu z kraju nie jest żadną jaskółką, niczego nie zwiastuje. Nie w państwie, które swojego pisarza z Noblem z literatury trzyma w więzieniu. Wielu dyktatorów pozwala funkcjonować dysydentom albo dysydentom-artystom, zwłaszcza takim, za którymi ujmą się demokratyczni przywódcy ze świata. Toteż działalność Ai Weiwei, czasem nawet bardzo odważna i szlachetnie ryzykowna, nie osłabia prawdziwego obrazu nadal otwarcie totalitarnych Chin.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną