Świat

Dyktat rodzi dżihad

Co łączy arabski autorytaryzm z islamskim ekstremizmem

Zwolennicy syryjskiego reżimu Asadów na ulicach Damaszku. Zwolennicy syryjskiego reżimu Asadów na ulicach Damaszku. Khaled Al Hariri/Reuters / Forum
Brutalny autorytaryzm lub islamski ekstremizm – taką alternatywę ma dziś przed sobą większość Arabów. Ale nawet jeśli wybierasz autorytaryzm, ekstremizm dostajesz w pakiecie.
Abu Bakr al-Baghdadi. Szef Państwa Islamskiego, samozwańczy kalif muzułmanów.U.S. Army/Wikipedia Abu Bakr al-Baghdadi. Szef Państwa Islamskiego, samozwańczy kalif muzułmanów.
Abdel Fattah al-Sisi, obecny prezydent Egiptu. Tu jeszcze jako minister obrony w kwietniu 2013 r.RogDel/Wikipedia Abdel Fattah al-Sisi, obecny prezydent Egiptu. Tu jeszcze jako minister obrony w kwietniu 2013 r.

Artykuł w wersji audio

Wydaje się, że w Syrii wybór sprowadza się do dwóch opcji: dyktatora Baszara Asada albo dżihadystów z tzw. Państwa Islamskiego. W Egipcie alternatywą dla wojskowego autokraty Abdela Fattaha al-Sisiego są religijni fanatycy z Bractwa Muzułmańskiego. Libijczycy, zamiast krwawego szaleńca Muammara Kadafiego, dostali chaos walki każdego z każdym i wielu z nich dziś żałuje.

Do wyboru jest więc dyktat lub dżihad. I większość Arabów skłania się ku tej pierwszej opcji. Problem w tym, że to iluzja wyboru, bo obie te skrajności wzajemnie się napędzają. I od lat są nierozłącznym przekleństwem świata arabskiego.

Mniejsze zło

Jedna z ujawnionych depesz dyplomatycznych opisuje spotkanie szefów wywiadów amerykańskiego i syryjskiego w 2010 r. w Damaszku. Ten drugi chwali się, że Syryjczycy odnoszą większe sukcesy w zwalczaniu terroryzmu niż Amerykanie, bo są „praktyczni, a nie teoretyczni” i lepiej infiltrują ekstremistów: „Nie zabijamy ich, nie atakujemy od razu, wtapiamy się w ich środowisko i ujawniamy dopiero w odpowiednim momencie”. W rok po tej depeszy syryjski reżim wypuścił skrajnych islamistów z więzień i tak, celowo, dał początek wspólnocie radykałów, która stworzyła Państwo Islamskie (PI).

W Egipcie mechanizm jest podobny. Prezydent Sisi dwa miesiące temu podpisał nową ustawę antyterrorystyczną, zgodnie z którą funkcjonariuszy państwa obejmuje immunitet od odpowiedzialności karnej, a władze mogą już niemal dowolnie inwigilować obywateli. Wszystko to w imię walki z islamskim wrogiem, który jednocześnie nie może być do końca pokonany, bo jego istnienie jest podstawowym uzasadnieniem dla wojskowej dyktatury.

Patrząc na Syrię, Irak i Libię, gdzie dżihadyści obcinają głowy, masowo mordują innowierców i gwałcą kobiety, łatwo zrozumieć wdzięczność wobec Sisiego za to, że energicznie zwalcza islamski ekstremizm, a może nawet trzeba się cieszyć i z Asada, skoro nie jest tak straszny jak dżihadyści z PI. Tylko że nawet Sisi, nie mówiąc już o Asadzie, nie panuje nad sytuacją: dziś częścią egipskiego półwyspu Synaj rządzi PI, a w Kairze ofiarą terrorystów właśnie padł najwyższy od 20 lat urzędnik – prokurator generalny.

Przykłady tych dyktatorów potwierdzają tylko utrwalony przez dekady schemat: im więcej zamordyzmu politycznego, tym więcej ekstremizmu religijnego, a jak wzrasta ekstremizm, to i rządy twardej ręki są bardziej oczekiwane. I koło się zamyka.

Na Bliskim Wschodzie dominują więc dwa warianty: świecki autorytaryzm lub religijny ekstremizm. Oba straszą się sobą nawzajem, udają, że się zwalczają, podczas gdy tak naprawdę żyją w symbiozie. Liderzy w obu wariantach nie mają zbyt wysokiego mniemania o zwykłym człowieku. Nawet głośny pisarz Alaa al-Aswani mówi ustami swego bohatera, skorumpowanego polityka: „Egipcjanin całe życie kładzie uszy po sobie, żeby mieć co do garnka włożyć... To najłatwiejszy na świecie naród do rządzenia. Bóg ich takimi stworzył”.

W najnowszym rankingu demokracji tygodnika „The Economist” 14 państw arabskich sklasyfikowano jako reżimy autorytarne, trzy jako systemy hybrydowe (Liban, Palestyna, Irak) i tylko jeden – Tunezję – jako „wadliwą demokrację”. Według raportu Freedom House „Wolność na świecie 2015” 85 proc. mieszkańców Bliskiego Wschodu, czyli 350 mln ludzi, żyje w państwach „niewolnych”. W prawie wszystkich panoszy się też ekstremizm religijny. Teza potrzebuje bowiem antytezy.

Straszenie demokracją

Najpierw był autorytaryzm. Czy to w formie wojskowo-oligarchicznej Gamala Abdel Nasera i jego następców w Egipcie, Saddama Husajna w Iraku, Hafeza Asada i syna w Syrii, Kadafiego w Libii, Ben Belli i jego następców w Algierii, czy też w wersji monarchicznej, jak w Maroku, Jordanii, Zatoce Perskiej. Dekady panowania wojskowych, rządzących przez dekrety i w zarodku tłamszących opozycję więzieniem i torturami, stworzyły, a potem rozbudowały aparat państwowy, który zna się tylko na jednym: utrzymaniu władzy. Francuski orientalista Jean-Pierre Filiu nazywa tę strukturę „głębokim państwem”. Składa się ono ze służb siłowych, w tym tajnej policji (muchabarat) i armii, ale też z pracowników budżetówki, członków partii, sędziów, a coraz częściej też dziennikarzy i biznesmenów.

Lata represji spychały opozycję, głównie religijną, do podziemia i radykalizowały islamistów. To dodawało autorytarnym władzom legitymacji i uzasadniało przeciąganie w nieskończoność stanów wyjątkowych. Po atakach terrorystycznych na Amerykę w 2001 r., gdy świat zachodni ruszył na globalną wojnę z terrorem, kasta Mubaraka i jemu podobnych musiała zacierać ręce, bo nagle okazało się, że autorytaryzm arabskich reżimów można po prostu inaczej nazwać: cywilizowaną polityką antyterrorystyczną.

Państwa arabskie, po zamachach z 2001 r. namawiane przez Amerykanów, na wyścigi zaostrzały ustawy antyterrorystyczne. Bywało nawet, że USA rozdawały nagrody za współpracę antyterrorystyczną. Bahrajn na przykład dostał za nią w 2005 r. długo wyczekiwaną ratyfikację umowy o wolnym handlu z USA.

Część amerykańskich doradców trafnie zauważyła jednak, że autorytaryzm rodzi radykalizm religijny i terroryzm. Wtedy prezydent George W. Bush znalazł słynne remedium: Zachód musi zdemokratyzować Arabów. To myślenie doprowadziło do wojny w Iraku w 2003 r., która obnażyła granice możliwości Zachodu. Każde wolne wybory po amerykańskiej interwencji w Iraku wygrywali w świecie arabskim islamiści: w Palestynie – Hamas w 2006 r., a rok wcześniej w Egipcie Bractwo Muzułmańskie zdobyło wszystkie mandaty, po jakie wystartowało. Hosni Mubarak latami jak mantrę przypominał Amerykanom te wybory, by następnym razem przemyśleli, do czego namawiają, bo wybór jest prosty: albo Mubarak, albo islamiści.

Zachód, nie znając dobrze realiów, cały islamizm utożsamiał z ekstremizmem. W efekcie wzmocnił i autorytaryzm, i ekstremizm. „Globalna wojna z terroryzmem wyposażyła autorytarnych władców Afryki Północnej w licencję do represjonowania opozycji pod pretekstem walki z islamistami – pisała w 2009 r. Lise Storm w „International Affairs”. – Nonkonformiści radykalizują się więc i wychodzą z systemu politycznego do nielegalnej opozycji”.

Błąd w systemie

Aż przyszła arabska wiosna. Na autorytarnych władców i islamskich ekstremistów padł blady strach. Oddolne ruchy społeczne, demokratyczne zrywy, żądania ludu mogły pozbawić władzy oba obozy.

Autorytarne systemy nie biorą się z niczego – zawsze są emanacją społeczeństw. Według teorii amerykańskiego politologa Seymoura M. Lipseta z 1959 r. „niski status społeczny i słabe wykształcenie skłaniają jednostki do preferowania ekstremistycznych, nietolerancyjnych form politycznego i religijnego zachowania”. A arabskie społeczeństwa zaczęły się w ostatnich dekadach zmieniać na plus – rosła klasa średnia, bardziej świadoma, mająca więcej do stracenia. Ci ludzie w 2011 r. zerwali w końcu dotychczasowy kontrakt z władzą i wyszli na ulice Tunisu, Kairu i Damaszku.

Gdy już wydawało się, że błędne koło zostało przerwane, z pomocą autorytaryzmowi przyszedł islamski ekstremizm. Rok po upadku Ben Alego w Tunezji, Mubaraka w Egipcie, Kadafiego w Libii, Alego Saleha w Jemenie, w najbardziej radykalnej wersji ujawnił się brat bliźniak dyktatury – dżihad. Ekstremiści też bowiem potrzebują twardego autorytaryzmu – zwykły pluralizm nie gwarantuje im masowego poparcia ludności. Im bardziej represyjny aparat państwowy, tym większa rzesza sympatyków ekstremizmu religijnego.

W nowej książce „Od głębokiego państwa do islamskiego państwa” Filiu obnaża związek dyktatur z ekstremizmem po arabskiej wiośnie. Opisuje m.in. wspomnianą historię, jak Baszar Asad w 2011 r. celowo wypuścił tysiące islamistów z więzień, żeby narobili bałaganu, który ten będzie mógł posprzątać.

W Iraku obie struktury współdziałają do tego stopnia, że wielu byłych członków partii Baas Saddama Husajna, strąconych z lukratywnych stołków po inwazji amerykańskiej i wykluczonych z nowego systemu, dziś połączyło się z dżihadystami z Państwa Islamskiego i przewodzi ich operacjom wojskowym. Na przykład porucznik Izzat al-Duri, jeden z najbliższych współpracowników Saddama po 2003 r., przepadł w niebycie, by dziś wyfrunąć jako sojusznik PI. Nawet sam al-Baghdadi, szef PI, samozwańczy kalif muzułmanów, urodził się w 1971 r. w Samarze, w owym czasie bastionie partii Baas – jego rodzina i on sam musieli mieć szerokie koneksje w partii.

Nowe Bizancjum

W reakcji na brak poczucia bezpieczeństwa po arabskiej wiośnie błyskawicznie i ze zdwojoną siłą odrodził się autorytaryzm. Jest on teraz megalomański, bizantyjski i perwersyjny, bo udaje bogatą demokrację, a jest biedną dyktaturą.

Dwa lata temu prezydent Sisi doprowadził do masakry islamistów w Kairze, zdelegalizował opozycję, a 40 tys. jej członków, aktywistów i dziennikarzy, wsadził do więzienia. Wszystko to stało się, jak zawsze, „na wezwanie ludu”, pod pozorem demokracji.

O demokracji, sprawiedliwości i równości czytamy w konstytucjach Egiptu, Algierii czy Syrii. Autorytarni władcy imitują demokrację: obiecują wybory, spotykają się z ludźmi, nawet dbają o prawa wybranych mniejszości i używają języka demokratów. Wojnę też prowadzą jak demokratyczni Amerykanie – z prezentacjami w PowerPoincie i briefingami po angielsku.

Przypadek prezydenta Sisiego ma tu charakter ekstremalny. Co czwarty Egipcjanin mieszka w Kairze, 20-milionowym megalopolis, którego centrum to zaniedbane kolonialne kamienice, nabudowane na nich rudery, tony śmieci, nieprzystosowana dla ludzi infrastruktura, śmiechu warta komunikacja miejska, a na przedmieściach – ekskluzywne osiedla. Są puste, bo mało kogo na nie stać – dom kosztuje tam w przeliczeniu kilka milionów złotych. Stoją na środku pustyni, nawet bez dróg dojazdowych. I co w tej sytuacji robi prezydent kraju? Buduje nową stolicę! Kilkadziesiąt kilometrów na wschód ma powstać supernowoczesne miasto, 700 km kwadratowych za 50 mld dol.

Megalomania autorytaryzmu arabskiego to nie tylko wielkie projekty infrastrukturalne – zbiorniki wodne na pustyni, nowe stolice, elektrownie atomowe – ale też pokonane choroby. W ubiegłym roku egipski lekarz wojskowy odkrył lekarstwo na AIDS, HIV i żółtaczkę typu C. Będzie leczył za pomocą medykamentu ukrytego w kotlecie mielonym, a choroby te wykrywa urządzeniem przypominającym kuchenny mikser. Wyniki swoich badań przedstawił na konferencji prasowej z udziałem Sisiego. To ważne odkrycie, bo na żółtaczkę choruje co dziesiąty Egipcjanin.

Granice ideologii

Badając postsowiecką Rosję, bułgarski politolog Ivan Krastev doszedł do wniosku, że współczesne autorytaryzmy umacnia brak ideologii i otwarte granice. Rzeczywiście, arabscy autokraci też nie mają ideologii. Sisi na pewno nie jest socjalistą – jak prawdziwy kapitalista otwiera Egipt na zagraniczne inwestycje. I z pewnością nie jest też islamistą – modli się, ale islamistów odsądza od czci i wiary. Granice też pozostają otwarte – ci, którzy mają coś do stracenia u siebie w kraju, głównie klasa średnia, uznają, że lepiej po prostu wyjechać, niż kopać się z koniem.

Według najnowszych danych ONZ w 2014 r. arabska klasa średnia skurczyła się z 47 proc. dekadę temu do 37 proc., a klasa najuboższa urosła z 18 do 30 proc. Ludzie biedni – jak mawiał Marks – nie mają do stracenia nic prócz swych kajdan i są najbardziej skłonni popierać autokratów i ekstremistów, by przypomnieć teorię Lipseta. Po arabskiej wiośnie widać, że i głębokie państwo, i przekonani o boskim namaszczeniu ekstremiści dla władzy są w stanie zrobić wszystko. Al-imara wa law ala al-hadżara – władza nad kamieniem jest lepsza niż żadna, jak mówi arabskie przysłowie.

***

Autorka jest analitykiem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Polityka 42.2015 (3031) z dnia 13.10.2015; Świat; s. 52
Oryginalny tytuł tekstu: "Dyktat rodzi dżihad"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Fotoreportaże

Urok małych liczb. Najlepsze polskie apartamentowce

Zamiast balkonów na długość stopy i niedoświetlonych parapetów są szerokie tarasy i wielkie okna, zamiast anonimowości – przestrzenie, które sprzyjają spotkaniom z sąsiadami. Najlepsze polskie apartamentowce mają mało mieszkań, wyjątkową architekturę i położenie. Niestety, kameralne wciąż znaczy rzadkie i ekskluzywne.

Marta Polny
28.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną