Świat

Różowe krzyże

Skąd się bierze kobietobójstwo w Meksyku

Kobiety z Ciudad Juarez próbowały dotrzeć do prezydenta Meksyku z petycją w sprawie znikających i mordowanych dziewcząt. Kobiety z Ciudad Juarez próbowały dotrzeć do prezydenta Meksyku z petycją w sprawie znikających i mordowanych dziewcząt. Luis Ramon Barron Tinajero / Corbis
Meksyk to morderca kobiet. Te zbrodnie określa odrębny termin: kobietobójstwo. Mają związek z kryzysem męskości.
Władze głównie absorbuje narkowojna, w której giną nawet wysocy funkcjonariusze państwa.Katie Orlinsky/Corbis Władze głównie absorbuje narkowojna, w której giną nawet wysocy funkcjonariusze państwa.
Manifestacja kobiet z Ciudad Juarez, których córki stały się ofiarami porwań i bestialskich mordów. Znakiem protestu są różowe krzyże.Marco Ugarte/AP/EAST NEWS Manifestacja kobiet z Ciudad Juarez, których córki stały się ofiarami porwań i bestialskich mordów. Znakiem protestu są różowe krzyże.

1.

Lupita Perez, lat 17, uczennica liceum, zajmowała się siostrzeńcem, gdy jej starsza siostra była w szpitalu, a mama pojechała ją odwiedzić. W południe ktoś do Lupity zadzwonił. Potem wyszła w stronę przystanku autobusowego. Siostrzeniec został w domu z innymi nastoletnimi ciotkami.

Gdy matka Susana Montes wróciła do domu i nie zastała Lupity, zaniepokoiła się. Wkrótce zrobi się ciemno, a nastolatka przemierzająca po zmroku nędzne dzielnice Ciudad Juárez, w apogeum narkowojny, nigdy nie jest bezpieczna. Zadzwoniła do córki, ale Lupita nie odbierała. Przyjaciółka i chłopak nie wiedzieli, dokąd poszła. Była już noc, gdy pani Susana poszła na posterunek zgłosić zaginięcie córki. 31 stycznia 2009 r.

Do poszukiwań włączyli się znajomi i lokalna telewizja. Pani Susana rozklejała w mieście fotografie córki i zgłosiła jej zaginięcie po drugiej stronie granicy, w El Paso – gdyby córka padła ofiarą handlu kobietami, jaki uprawia się tu na dużą skalę.

Policjanci radzili szukać w nocnych klubach. Była to sugestia, że Lupitę uprowadzono do burdelu. W jednej z nocnych kantyn pani Susana i jej mąż zorientowali się, że większość dziewcząt jest podobna do Lupity. Szczupłe, niewysokie, ciemne włosy i oczy. Tak samo wyglądały dziewczyny zaczepiające klientów na ulicy, dyskretnie pilnowane przez alfonsów w samochodach. Ale Lupity nie było.

Przez miesiące poszukiwań tylko jeden raz kolega przyjaciółki widział Lupitę w centrum. Miała iść ze starszym, szpakowatym facetem, wyglądającym na gringo. Zawołał: Lupita! – a gdy dziewczyna odwróciła się, ów gość trącił ją łokciem i mocno chwycił za rękę. Nie zdołała nic odkrzyknąć.

Trzy lata później, jesienią 2011 r., pewien wieśniak Hector Garcia Treviso odkrył mogiłę ze szczątkami 26 kobiet, ale pani Susana nie miała złych przeczuć. Wierzyła, że córkę porwano i kiedyś się odnajdzie. Nie uwierzyła nawet wtedy, gdy badania DNA wykazały, że w mogile są szczątki Lupity. Poprosiła o zbadanie specjalistów z Argentyny. Potwierdzili: Lupita nie żyje.

2.

Kiedy się to wszystko zaczęło? Nie ma daty granicznej. Wiadomo, od kiedy zaczęto liczyć kobiety mordowane w brutalny, okrutnie wymyślny sposób: w styczniu 1993 r. na pustkowiu w dzielnicy Las Flores dzieci znalazły zwłoki rówieśniczki. Miała krwiaki na rękach, nogach i w jednym oku. Nazywała się Esperanza Gomez. Ubrana była w białą bluzkę i żółtą spódniczkę do kolan. Miała 13 lat. Przed śmiercią zgwałcono ją wielokrotnie. Zmarła od uduszenia.

Metoda zadawania cierpienia kolejnym kobietom powtarzała się. Torturowano je i gwałcono; czasem też po śmierci. Ciała okaleczano tak, jakby zabójcy dokonywali aktu osobistej zemsty. Dało to podstawy do najdziwniejszych spekulacji – o sekcie zboczeńców, satanistach.

Zmasakrowane ciała często porzucano w miejscach publicznych albo na peryferiach i pustyni – tak jak wyrzuca się śmieci. Sformułowanie „jak śmieci” wraca w wielu rozmowach. Ciała mężczyzn zabijanych w porachunkach mafijnych – o ile nie wieszano ich na mostach czy latarniach, żeby przekazać wiadomość konkurencyjnemu kartelowi – zabójcy okrywają zwykle szmatami, folią, kartonem. Ciału mężczyzny nawet zabójcy oddają osobliwy szacunek, należny aktowi kończącemu życie. Zmasakrowane zwłoki kobiet nie dostępują tego przywileju.

3.

Kobietobójstwo popełnia ten, kto pozbawia kobietę życia ze względu na to, że jest kobietą. To właśnie fala mordów w Ciudad Juárez jest źródłem terminu „kobietobójstwo” – ukuli go w latach 90. badacze tajemniczego wtedy zjawiska. Z czasem dziwnie brzmiące słowo weszło do obiegu, a potem – do kodeksu karnego.

Za kobietobójstwo uważa się pozbawienie kobietę życia, jeśli zaszła co najmniej jedna z okoliczności, np. ofiara ma na ciele ślady przemocy seksualnej; ciało ofiary jest okaleczone w poniżający sposób; gdy sprawca dopuszczał się wcześniej aktów przemocy w domu lub w pracy; gdy ofiara i sprawca byli w związku opartym na zaufaniu; gdy przed morderstwem ofiara była pozbawiona przez sprawcę komunikacji ze światem zewnętrznym; gdy ciało ofiary zostało wystawione na widok publiczny. Zbrodnia kobietobójstwa jest zagrożona karą od 40 do 60 lat więzienia.

Nazwanie zbrodni nie sprawiło, że zbrodnia znikła. Kobiety w Ciudad Juárez wciąż przepadają bez śladu, a czasem ich zmasakrowane, poćwiartowane ciała są odnajdowane w miejscach publicznych lub masowych grobach na odludziu.

4.

Na Polu Bawełnianym, gdzie w 2001 r. znaleziono osiem kobiecych zwłok, jest teraz skwer pamięci. Przy wejściu – tablica z ich nazwiskami i hasłami: Za życie i wolność kobiet! Ani jedna więcej „zniknięta”! Ani jedna więcej zamordowana!

Takich miejsc jest w mieście i wokół jeszcze pięć. Opowiadają historię ćwierćwiecza Ciudad Juárez – dzieje kobietobójstwa.

Lote Bravo i Casas Grandes: w 1995 r. odkryto tu zmasakrowane ciała 12 kobiet.

Lomas de Poleo. Nędzne przedmieście z gatunku „gdzie diabeł mówi dobranoc”, zagłębie robotnic montowni. Prymitywne chatki z pustaków, najbiedniejsze – z belek i dykty, pokryte słomą. W zimie hula lodowaty, pustynny wiatr, latem – spiekota trudna do wytrzymania. Stąd i z Anapry, sąsiedniego przedmieścia, porywano i mordowano najwięcej ofiar w pierwszych latach seryjnych kobietobójstw. W 1996 r. odkryto tu zwłoki ośmiu z nich. Miejsce zbrodni upamiętniają różowe krzyże.

Wzgórze Cristo Negro, 2003 r. – siedem zwłok. Arroyo Navajo, 2011 r. – 26.

Te konkretne zabójstwa mówią niewiele o skali zbrodni w mieście. Od 1993 r. – kiedy zaczęto liczyć kobietobójstwa – do dziś ich ofiarami padło 1575 kobiet. Średnia roczna: 68.

5.

Tragedia juareńskich kobiet ma korzenie w latach 70. i 80., kiedy zaczęły rozkwitać maquiladoras – montownie sprzętu elektronicznego i produkcji odzieży. Zagraniczne koncerny otwierały tu linie montażowe, przyciągała je tania siła robocza. Z kolei ubogim migrantom z całego Meksyku pensje, jakie płacono w montowniach, wystarczały na utrzymanie.

Przyjeżdżali więc mężczyźni i przyjeżdżały samotne kobiety, często z dziećmi – porzucone przez mężów bądź takie, które uciekały od domowych macho, pijaków, rozbitków. Niezależne kobiety z obszarów biedy nie wywoływały oklasków w meksykańskim społeczeństwie. W Ciudad Juárez też nie, ale stygmatyzacja ryzykantek była tu o niebo mniejsza niż gdzie indziej. Od początku XX w. miasto było przybytkiem rozpusty dla żołnierzy z USA. W czasach prohibicji Al Capone przyjeżdżał zabawić się i na rozmowy z meksykańskimi wspólnikami. Do burdeli w Juárez przylatywali mężczyźni z klas wyższych, ponieważ – jak głosi jedna z miejskich legend – łóżkowych sztuczek, jakie znały tutejsze dziewczynki, nie można było uświadczyć nigdzie indziej. Wpływ liberalnej kultury sąsiadów zza miedzy też robił swoje. Kowalki własnego losu brały sprawy w swoje drobne ręce.

Te drobne ręce to nie literacka przenośnia. Początkowo pracę w montowniach dostawali z równym powodzeniem mężczyźni, ale pracodawcy szybko zorientowali się, że mniejsze dłonie i szczuplejsze palce kobiet to lepsze narzędzie do składania sprzętu elektronicznego niż silne dłonie męskie. Ponadto kobietami łatwiej zarządzać, są słabsze i – zgodnie z uświęconą dyskryminacją – można im mniej płacić.

Tak oto mężczyźni, którzy przybyli do Juárez za pracą, zaczęli tracić ją na rzecz żeńskiej konkurencji. Rozbitkowie stali się po raz kolejny rozbitkami – w miejscu, które miało odmienić ich los. Duma macho została zraniona po raz pierwszy.

O tym, jak ją zraniono po raz drugi, opowiedział mi Juan Carlos Martinez, nieoceniony przewodnik, który mieszka tu od ćwierć wieku. Kobiety, które przybywały do miasta, wyzwoliły się z zależności od mężczyzn. Same na siebie zarabiały i jeśli wiązały się z kimś, nie musiały czekać na łaskę aż jaśnie-pan-macho wyasygnuje paręset peso na zakupy. Posłuszeństwo wobec męża czy kochanka przeszło do historii. W piątek wieczorem, kiedy wychodziły do baru, zakładały minispódniczki i podrywały facetów, tak jak faceci zwykli podrywać dziewczyny. Przeklinały i drwiły, gdy któryś im się nie spodobał. Same płaciły za drinki i decydowały, z kim zatańczą, a komu odmówią. Po dancingu to do nich należała decyzja, czy pozwolą się odwieźć do domu i czy będzie wspólne śniadanie. Dziś to norma, ale 30 lat temu – rewolucja. Facetowi macho się nie odmawiało.

Kobietobójstwa mają związek z kryzysem męskości – twierdzi Armide Valverde, dyrektorka liceum. – Ten kryzys – dopowiada Gabriela Reyes, psycholożka – jest skutkiem drastycznego ograniczenia dominacji mężczyzn. Wprawdzie szefa w montowni trzeba słuchać jak Pana Boga, ale koniec końców ten szef podpisuje wypłatę. Zarobiona samodzielnie pensja daje niezależność od faceta w domu, na ulicy, w barze. Juareńskie kobiety przestały być potulne. Ich wyzwolenie doprowadziło do upadku machystowskiego wzorca stosunków męsko-damskich.

6.

Reakcja macho: niewiara w siebie, poczucie degradacji. Frustracje – te rzeczywiste i te urojone – panowie macho wyładowują na kozłach ofiarnych. To dlatego ciała pomordowanych kobiet są masakrowane i rzucone byle gdzie. Jak śmieci.

Armine Arjona, znana w mieście lekarka i plastyczka, pokazuje rysunki i kolaże, które robiła latami w rytm kolejnych tragedii miasta. Wyzysk w montowniach, kobietobójstwa, narkowojna. Oto kula ziemska przeszyta z południa na północ wielkim fallusem. Ciało kobiety z obciętymi kończynami, której szyja przekształca się w różowy krzyż – symbol zabijanych. Armine twierdzi, że ślady, jakie zostawiają kobietobójcy, mówią o pragnieniu dominacji i niewiele o seksualnej przyjemności.

Być może wyzwolenie kobiet z Juárez i męskie frustracje nie przybrałyby tak tragicznych skutków, gdyby nie to, że miasto leży na szlaku narkotykowym: płynie tędy rzeka marihuany, heroiny i kokainy do USA. Nieusuwalną częścią świata karteli jest przemoc, a ta kładzie się cieniem na wszystkich relacjach międzyludzkich. Świat narko to nie kosmici żyjący w separacji od reszty – to mężowie, kochankowie, bracia, kumple, sąsiedzi. Jeśli pracy w narkobiznesie towarzyszy skrajne napięcie, jeśli problemy rozstrzyga się przemocą, nie da się tego zrzucić, ot tak, po fajrancie. Zresztą fajrantu na 100 procent nie ma prawie nigdy.

Wielu mężczyzn zwolnionych z montowni poszło do karteli. Zostali cynglami, dilerami, szmuglerami, strażnikami, kapusiami na czatach. Mając teraz siłę i władzę, mogli odegrać się na sprawczyniach – jak mniemali – swoich porażek i upokorzeń.

Wstrząsającą hipotezę na temat źródeł kobietobójstw sformułowano w ostatnich latach. Kobietobójcy, synowie samotnych matek, które pracowały w montowniach, mszczą się po latach za krzywdy dzieciństwa. Matki pracowały jak półniewolnice po 12 godzin na dobę, wychodziły z domu, gdy było jeszcze ciemno i wracały po zmroku. Synowie – bez ojców – spędzali dzieciństwo sami, bez niczyjego ciepła i uwagi, na ulicach, którymi rządziły gangi. O żołnierzach karteli poległych w narkowojnie lat 2008–12 – w wieku 25–35 lat – mówi się: „dzieci montowni”. Wielu takich jak oni – a prawdopodobne, że wielu z nich – to kobietobójcy.

Miasto montowni, gdzie na niewielkim terytorium pracują dziesiątki tysięcy kobiet, czyni je łatwo dostępnymi, co stwarza możliwość wyboru, przebierania. Dziś ta, jutro tamta. Pracodawcy nie upominają się o zabite, bo jutro na ich miejsce zatrudnią następne. A rodzina mieszka daleko, czasem nie wie, gdzie wyjechała siostra czy córka. Miasto montowni wytworzyło kulturę, w której życie łatwo „wymienialnej” kobiety, biednej i bez społecznego zaplecza, jest niewiele warte.

7.

Kobiety w Juárez giną, gdyż zabójcy niewiele ryzykują. W 2009 r. Trybunał Praw Człowieka Obu Ameryk wydał wyrok, w którym poddał władze Meksyku krytyce za błędy w prowadzeniu śledztw i lekceważenie ochrony świadków. Po raz pierwszy instytucja tej rangi stwierdziła, że kobiety zabijano ze względu na to, że są kobietami.

Trybunał wydał orzeczenie po groteskowym procesie oskarżonych – faktycznie niewinnych – o zamordowanie ośmiu kobiet z Pola Bawełnianego. Skazano dwóch kierowców autobusów, którzy przyznali się do winy po torturach. Jeden zmarł w więzieniu, drugi wyszedł po trzech latach i nie chciał dochodzić sprawiedliwości. Domyślał się, jak mógłby skończyć. W trakcie procesu zastrzelono jego adwokata Maria Escobeda, który był o krok od zdemaskowania matactwa.

Podobny lipny proces miał miejsce jeszcze w latach 90. Też skazano niewinnego na podstawie zeznań wymuszonych torturami. A w trakcie jego odsiadki kobiety ginęły tak samo jak wcześniej. Wszyscy, którzy znają temat, mają przekonanie, że w mordowanie kobiet zamieszani są na równi ludzie karteli, jak i władzy: policjanci, wojskowi i biznesowa elita miasta.

Narkowojna przyćmiła kobietobójstwa, mimo że w ciągu pięciu lat jej trwania zamordowano tu około tysiąca kobiet, czyli dwa razy więcej niż w ciągu poprzednich 15 lat. Wtedy jednak każdego dnia znajdowano na ulicach 5–6 trupów – ofiar porachunków między kartelami i starć między mafiami a siłami porządku. Przerażenie wywołane kobietobójstwami wróciło jesienią 2011 r., kiedy w pobliżu Arroyo Navajo, godzinę jazdy od miasta, wspomniany Hector Garcia Treviso odkrył zbiorowy grób 26 kobiet.

8.

Skala tej zbrodni sprawiła, że trudno było zamieść ją pod dywan. Ale i tak się udało. W procesie wyszło na jaw, że porywaniem młodych kobiet trudnił się potężny miejscowy gang Los Aztecas. Współpracowali z nim właściciele kilku sklepów, rzeźni, salonów piękności w centrum miasta. Oferowali pracę dziewczynom w wieku 17–22 lata; zatrudniali według „parametrów” urody. Potem znikały. Szczątki niektórych znaleziono przy Arroyo Navajo.

W procesie, który władze nazwały szumnie „procesem stulecia”, skazano kilka płotek. Śledczy Jesus Aleman, który ostatnio trafił prawdopodobnie na trop prowadzący ku lokalnej elicie władzy i biznesu, został zastrzelony 2 października tego roku. „Głębokie Gardło”, którego tożsamości nie mogę ujawnić, twierdzi, że ładne dziewczyny są dostarczane jako seksualne maskotki potężnym ludziom w mieście: – W nocnych barach ich nie zobaczysz.

Pojechałem jednej nocy z Juanem Carlosem i jego kumplem zobaczyć półświatek kantyn, jak mówią tu o nocnych klubach pełnych sekspracownic. Flor del Valle, El General, El Nuevo Vaquero, Las Tangas, Las Cubanitas... Większość kobiet najmujących się do kompanii (za drinka), do tańca (5 peso) lub na godzinę w hotelu (350 peso) jest starsza niż uprowadzone piękności, które pokazano w broszurze ze „znikniętymi”. Typ urody – mówiąc delikatnie – mało subtelny. Gdzie więc są te piękne? „Głębokie Gardło” ma rację?

9.

Jeszcze jeden rejestr porwanych kobiet – w biurze stowarzyszenia „znikniętych”. Każda ma fiszkę w formacie A4. Dennise Camacho, lat 20, zniknęła 7 września 2015 r., wyszła do szkoły, nigdy nie wróciła; ostatni raz widziano ją... Nancy Corona, 16 lat, Zaira Lopez, 19 lat, Perla Bolańos, 22 lata...

Znowu „zniknięte” dziewczyny są podobne. Wiek, wzrost, kolor włosów i oczu. Szczupłe. Na kolorowych fotografiach widzę, że uroda każdej z nich przyciąga uwagę. Elena Sanchez ze stowarzyszenia dodaje, że wszystkie pochodzą z biednych rodzin, z peryferii, ze slumsów. Ani jedna z klasy średniej. Czy są ofiarami kobietobójstw? Nie wiadomo. Przepadły, rozpłynęły się. (Wiem z innych rozmów, że młode kobiety z klasy średniej też zaczynają się bać).

Nie napisałem o jednym: ten rejestr „znikniętych”oglądam już nie w Ciuadad Juárez, lecz stolicy Meksyku. Kobietobójstwa i zniknięcia, z których zasłynęło przygraniczne miasto, rozlały się teraz po całym kraju.

10.

Jedynie w latach 2012 i 2013 w całym Meksyku ofiarami zabójstw padły 3892 kobiety. Tylko 15 proc. z nich śledczy klasyfikowali jako kobietobójstwa; resztę jako wypadki, zabójstwa w afekcie lub na tle rabunkowym. Tylko w 1,6 proc. spraw udało się skazać sprawców. Dlaczego giną nie tylko w Juárez, lecz wszędzie?

Bo przemoc wobec kobiet jest akceptowana jako część „naszej kultury”. Bo przenika wszystkie sfery życia. Bo sprawcy z dużym prawdopodobieństwem pozostaną bezkarni. Bo policja bierze w tym udział... – wyrzuca z siebie Maria de la Luz Estrada, szefowa Obserwatorium Kobietobójstw.

Obserwatorium zidentyfikowało rejony w sąsiadującym ze stolicą stanie Meksyk, w których znika najwięcej kobiet. Rządzą tam mafie i wiele młodych kobiet porywa się do burdeli i dla lokalnych kacyków – tak jak w Juárez. Potem są zabijane. Policja – mówi Maria – nie robi nic, często współpracuje z porywaczami. Kobiety padają też ofiarami kobietobójstw domowych, a sprawcy masakrują ciało tak, by wyglądało na zbrodnię mafii. Wyrzucają zwłoki byle gdzie, jak śmieci.

Wiele rodzin nie zgłasza zniknięcia lub nie domaga się śledztwa w sprawie śmierci krewnej ze strachu. Zdarza się, że policjanci udają porywaczy i wyciskają szantażem ostatnie grosze od krewnych, mających nadzieję na wykupienie córki, siostry. Głośny był przypadek policjanta, który zakatował żonę, lecz udało mu się przedstawić jej śmierć jako samobójstwo.

Krótko potem został awansowany.

11.

Desaparecido, desaparecida – „zniknięty”, „zniknięta”. To osoba, która wyszła z domu i przepadła bez śladu. Nie wiadomo, czy żyje. Na pewno nie ma grobu – brak przecież dowodów na to, że zmarła lub została zamordowana.

Matki „znikniętych” pozostawiają pokoiki córek albo tylko ich kąciki w takim stanie, w jakim były przed „zniknięciem”. Niczego nie wolno ruszać. Kiedy córka wróci, niech wszystko będzie jak w dniu, w którym wyszła z domu.

Życie tych, którzy czekają na „znikniętych”, jest jak bezsenna noc, która trwa długie lata. Matka „znikniętej” zasypia na chwilę, ale oto nerwowo, niemal w panice, przebudza się. Ojca coś dławi, nie może złapać pełnego oddechu. Nasłuchują. Każda chwila to ból.

Zabija ich wyobraźnia – co się z ich córką dzieje w tej chwili, czy jest bezpieczna (o ile żyje, domyślają się, że nie jest). Czy jest głodna, czy ktoś ją skrzywdził? Wyobraźnia działa niespiesznie, jak wyrafinowany spec od tortur, i zabija godzina po godzinie, dzień po dniu. Rok, dwa, pięć...

Po takim czasie już mało która matka, ojciec, brat, siostra wierzą, że ich „zniknięta” żyje. A zarazem brak wieści o jej śmierci utrzymuje ich w zawieszeniu. Na tym polega okrucieństwo „zniknięcia”. „Zniknięcie” nie przewiduje aktu zamykającego, jakim jest śmierć lub choćby wiadomość o śmierci. To rana, która nigdy się nie goi.

Czasem matki „znikniętych” mówią po latach wyczekiwania, że wolałyby wiadomość o śmierci córki, odnalezienie szczątków niż dalsze oczekiwanie, które nie pozwala opłakiwać straty. I nie pozwala na życie. Choćby w żałobie – ale życie.

12.

Dora Venzor, matka 15-letniej Andrei, nie wierzyła – tak jak pani Susana, mama Lupity – że wśród szczątków z Arroyo Navajo były szczątki jej córki. Andrea zniknęła w sierpniu 2010 r., kilka dni po rozpoczęciu nauki w szkole pielęgniarskiej. Widziano ją potem przy Hotelu Verde, dziś zamkniętym, gdzie zmuszano do prostytucji dziesiątki porwanych dziewcząt. Hotel zamknięto po zabójstwie dwóch policjantów, którzy przyszli tu zabawić się lub po haracz – nic pewnego. Pani Dora ukrywa się teraz u sąsiadki. Nieznani sprawcy próbowali porwać ją i jej drugą córkę Alejandrę.

Dramat Perli Reyes jest podobny, a zarazem inny. Wciąż ma cień nadziei: zwłok jej córki Yocelyn, lat 13, która zniknęła 30 grudnia 2012 r., nie znaleziono. Jej rysopis – identyczny jak większości zamordowanych i „znikniętych”: szczupła, 155 cm, ciemne włosy, oczy kawowe. Przepadła w drodze z domu babci do koleżanki.

Co kilka miesięcy ktoś przybiega do pani Perli z sensacyjną wiadomością, jakoby widziano Yocelyn a to w centrum, a raz nawet niedaleko domu – w aucie typu van. – Nie jestem głupia – mówi walecznym tonem pani Perla. – Wybierają biednych jak my, bo wiedzą, że nie wynajmiemy detektywów i nikt się za nami nie ujmie.

– Policja nie prowadzi śledztw?

– Policja to z nimi współpracuje. Przecież wie, gdzie są te burdele.

Nie mam odwagi spytać wprost, czy wierzy, że Yocelyn żyje. Pytam inaczej: – Czy któraś ze „znikniętych” odnalazła się?

– Ani jedna – odpowiada pani Perla.

Artur Domosławski z Ciudad Juárez

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak być empatycznym i jednocześnie pozostać szefem

Dlaczego dobry szef powinien być inteligentny emocjonalnie.

Katarzyna Czarnecka
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną