Świat

Choroba wysokościowa

Światowy wyścig wieżowców. Europa zostaje w tyle

Petronas Towers w Kuala Lumpur Petronas Towers w Kuala Lumpur Brian Lawrence / Getty Images
Sto lat temu na Manhattanie oficjalnie narodził się wieżowiec – do dziś totem nowoczesności, ale też coraz częściej symbol pychy.
Wystający ponad chmury wieżowiec Burdż Chalifa – wciąż jeszcze najwyższy budynek świata, ale konkurencja nie śpi.Henglein and Steets/Getty Images Wystający ponad chmury wieżowiec Burdż Chalifa – wciąż jeszcze najwyższy budynek świata, ale konkurencja nie śpi.
Pierwszy oficjalny wieżowiec świata w 1885 r. zbudowano w Chicago.Chicago History Museum/Getty Images Pierwszy oficjalny wieżowiec świata w 1885 r. zbudowano w Chicago.
Nowojorski „wieżowiec tortowy” Woolworth BuildingBEW Nowojorski „wieżowiec tortowy” Woolworth Building

[Artykuł został opublikowany w POLITYCE w lutym 2016 roku]

Dziś najwyższy jest Burdż Chalifa. Ma 828 m i przypomina krzyżówkę pustynnego kwiatu z minaretem. W jego wnętrzu jest meczet i podniebny basen. Poza tym biura, pokoje hotelowe i apartamenty, ale duża część budynku nie nadaje się do wykorzystania – jest zbyt wąska. Nie szkodzi, chodziło przecież o efekt. „Patrzcie na mnie!” – oznajmił światu Dubaj w 2010 r., gdy w wieczór otwarcia ze wszystkich pięter Burdż trysnęły sztuczne ognie. Stolica niewielkiego emiratu odsłaniała bezgraniczne ambicje – prześcignąć Manhattan ogołocony z wież WTC, aby stać się inwestycyjnym pępkiem świata.

Skupianie na sobie uwagi za sprawą spektakularnych budynków to nic nowego. Pionowa symbolika drapaczy chmur nie zmieniła się od stu lat, oznacza ambicje i odwagę, zdolność dokonywania niemożliwego, gotowość do ryzyka, a także zasobność, bo wieżowce to bardzo kosztowne inwestycje. Aby stawiać je, coraz wyższe i zaskakujące formą, trzeba nowych technologii, badań i pionierskiej inżynierii.

Na razie Burdż Chalifa wydaje się skuteczny – pomógł przekonać świat, że Dubaj potencjałem dorównuje Manhattanowi i przejął ducha miejskiej przyszłości. Miasto przyciąga miliony do największego centrum handlowego i do lotniska, które w przepustowości przebiło już Heathrow i JFK.

Ale jednocześnie dubajski wieżowiec pozostaje mirażem, ekonomiczną katastrofą. Na chwilę przed otwarciem (w samym środku światowego kryzysu finansowego) był bankrutem – uratował go Szejk Chalifa z Abu Zabi. Nastąpiła szybka zmiana faktycznego właściciela i nazwy – z Burdż Dubaj na Chalifa.

Jest horrendalnie drogi, jego klimatyzacja pochłania fortunę i produkuje mnóstwo CO2. Budynek stoi na pustyni, którą dzięki dochodom z wydobycia ropy zaczęto zabudowywać zaledwie jedno pokolenie temu. To pomnik rozrzutnego i irracjonalnego stylu życia. Miasta Emiratów, powstałe z betonu i stali, polegające na odsalanej wodzie i nieustającym chłodzeniu, są skrajnym zaprzeczeniem filozofii „zrównoważonego rozwoju”. Czyli budowania tego, co opłacalne i co da się utrzymać. W świecie arabskim liczy się tylko rozmiar. Dlatego dni podniebnego panowania Burdż Chalifa wydają się policzone.

Wieżowce tortowe

Burdż Chalifa jest prawnuczkiem pierwszych wieżowców i spadkobiercą pretensji do wielkości. Ale tylko po części. Bo stoi samotnie, a głównym zadaniem wieżowca na Manhattanie było zagęszczanie życia i tworzenie w ten sposób nowej cywilizacji miejskiej.

Dokładnie sto lat temu nowojorska Komisja Szacunków i Przydziałów opublikowała pierwszy dokument definiujący wieżowiec. Zgodnie z „Aktem o podziale na strefy” na Manhattanie dozwolone odtąd było stawianie budynków o powierzchni nie większej niż kwartał (cała wyspa została na nie wizjonersko podzielona już w 1811 r.). Dokument zabraniał zasłaniania światła słonecznego sąsiednim kwartałom. Nakazano więc, by co kilkadziesiąt pięter elewacja wieżowca cofała się o kilkanaście stóp. Na dużych wysokościach zabudowa nie mogła zajmować więcej niż ćwierć powierzchni kwartału. Tak powstał „wieżowiec tortowy”, zwężający się ku górze.

Wzorem dla komisji stał się Woolworth Building zbudowany trzy lata wcześniej pod adresem Broadway 233 (stoi do dziś). Okrzyknięto go „katedrą handlu”, bo przypominał neogotycką świątynię z wieżą. Ten przełomowy projekt wymusiły protesty mieszkańców, którzy alarmowali, że ulice miasta zmieniają się w mroczne kaniony. Rzeczywiście – wysokościowce rosły w południowej części wyspy już od końca XIX w. bez jakichkolwiek regulacji.

Pierwszy w historii wieżowiec liczył 10 pięter i powstał w 1885 r. nie w Nowym Jorku, lecz w Chicago. Była to siedziba Home Insurance Company, postawiona przez Williama Jenneya, który jako pierwszy użył do budowy stalowych ram. Stal, lżejsza i tańsza od żelaza, umożliwiła utrzymywanie wysokich konstrukcji. Ponoć Jenney wpadł na to, obserwując, jak jego żona kładzie ciężką książkę na klatce dla papugi.

Do narodzin wieżowca potrzebne były dwa wynalazki. Winda, którą Elisha Otis zaprezentował przerażonej publiczności w Pałacu Kryształowym w Nowym Jorku w 1854 r. I elektryczność, którą dwa lata wcześniej Thomas Edison udostępnił klientom; jego pierwsza nowojorska „elektrownia” obsługiwała 400 żarówek. Pod wpływem tych dwóch wynalazków właściciele nieruchomości na Manhattanie – wąskiej i długiej wyspie, na której ziemia była najlepszą inwestycją – zrozumieli, że zyskali trzeci wymiar.

Powierzchnię działki, i płynące z niej zyski, można było teraz pomnażać w górę. Stąd przeróżne kształty pierwszych wieżowców, np. trójkątny Fuller Building, nazywany do dziś Flatiron (ang. płaskie żelazko). Na Manhattanie, w rozkwitającym centrum finansowym, napędzanym przez kolejne fale imigrantów z Europy, wieżowce rosły w szalonym tempie. Zaczął się wyścig pod hasłem Sky’s the limit! (ang. granicę wyznacza niebo).

Filozofia manhattanizmu

Holenderski architekt Rem Koolhaas w słynnej książce „Deliryczny Nowy Jork” nazwał tę początkową erę wieżowców „bezmyślną”, pokazując, że najważniejsza konstrukcja ludzkości rodziła się spontanicznie i bez założeń ideologicznych. Te przyszły dopiero po 1916 r., gdy budowniczowie nabrali świadomości, że tworzą coś przełomowego.

Do lat 30. rodziła się filozofia manhattanizmu, której głównym elementem był wieżowiec. Każdy stanowił odrębny, sztuczny świat, podzielony na niepowiązane elementy – każde piętro było inne (bank, hotel, sklep czy klub sportowy), ale skomunikowane z zewnętrzną rzeczywistością dzięki telefonom i jednocześnie niezależne, bo sztucznie oświetlone i klimatyzowane. Pozwalały zagęszczać ludzi, sprawy, interesy i działać 24 godz. na dobę. Bogactwo różnych wydarzeń skrywały fasady wieżowców: monotonne, jakby celowo pozbawione wyrazu i tajemnicze.

Najdoskonalszą w tej kategorii była gładka, neutralna „skóra” najsłynniejszego wieżowca w historii – Empire State Building. Jego budowa ruszyła dwa dni po Czarnym Czwartku na Wall Street w 1929 r. W pierwszej fazie Wielkiego Kryzysu rosnący o jedno piętro tygodniowo budynek był największym pracodawcą. W ponurym pejzażu był jak latarnia morska wskazująca nowojorczykom odległy, ale pogodniejszy czas.

Pisarz Francis Scott Fitzgerald nazywał go Feniksem. Patrząc z tarasu ukończonej w 1931 r. budowli, nie mógł się nadziwić, jak wiele zmieniło się w ciągu zaledwie dekady. Autor „Wielkiego Gatsby’ego” był jednym z tych, którzy napędzali mit Nowego Jorku jako świata bezgranicznych możliwości. Na dachu Empire uświadomił sobie jednak, że Manhattan „jest tylko miastem”, z trudem spłacającym rachunki za szampańskie szaleństwo.

Empire powstał bez pomysłu, z jedną tylko ambicją – miał być wyższy niż ukończony niedawno gotycki gmach Chryslera. Krytycy nazywali go więc „gościem, który spóźnił się na przyjęcie”. Tuż po otwarciu większość powierzchni była pusta, w kryzysie nikt nie chciał przestrzeni biurowych. Budynek zaczął zarabiać dopiero po 20 latach, ale jego legenda rozkwitła od razu, m.in. dzięki filmowi „King Kong” z 1933 r., w którym wielka małpa wdrapała się na jego szczyt. Wyjątkowość Empire była długo chroniona. Dominował nad Manhattanem i całym światem.

Dopiero w 1973 r. przerosły go Wieże World Trade Center (517 m i 514 m) – ultraproste, bezduszne, wyrastające z ogromnego, pustego skweru. Wyrażały coś nowego – nadejście globalizacji. Miały stać się światową stolicą finansową, mieścić interesy i pracowników ze wszystkich zakątków świata. Reklamowano je jako inkarnację wieży Babel. Ale one także „spóźniły się na przyjęcie” – otwarto je w trakcie kryzysu paliwowego i dekoniunktury. Zimne, odpychające, nie podobały się nowojorczykom.

Dopiero brawurowy spacer na linie Philippa Petit w 1974 r. tchnął w nie ducha. Ale budynki bez najemców długo straszyły pustką, a swą globalną obietnicę spełniły dopiero po dwóch dekadach, w latach 90. Paradoksalnie potwierdzeniem ich sukcesu jako centrum kapitalizmu był zamach terrorystyczny, który w 2001 r. spowodował zawalenie obu wież i śmierć ponad 2700 osób.

Miliony ludzi na świecie widziały, jak rozgrzana w wyniku wybuchu paliwa lotniczego i pożarów stal topiła się i uginała. Katastrofa spowodowała istotne zmiany w konstruowaniu wieżowców. Postawiony w ich miejscu wieżowiec 1 World Trade Center – przypominający kryształ i w całości obłożony szkłem – posiada betonowy, ognioodporny kręgosłup zamiast stalowego obramowania. Mierzy 541 m i jest najwyższym budynkiem na zachodniej półkuli. 1 WTC powstawał w bólach przez 13 lat, miał wiele opóźnień i dodatkowych kosztów, a teraz bardzo potrzebuje być „naj”. Dlatego na Manhattanie obowiązuje cicha umowa, że nic wyższego już nie powstanie.

W kłopocie jest natomiast Central Park, bo coraz więcej deweloperów otrzymuje pozwolenia na superwysokie budynki zasłaniające parkowe polany. Regulację z 1916 r. chroniącą przed kradzieżą światła słonecznego zmieniono i dziś nie zabezpiecza żyjących w dole maluczkich. Eksperci ostrzegają, że ostre rozwarstwienie pejzażu Manhattanu odzwierciedla różnice ekonomiczne dzielące mieszkańców. A konflikt, który ma z tego wyniknąć w przyszłości, już dziś kładzie się cieniem na najbardziej demokratycznym terenie zielonym w mieście.

Azjatyckie Manhattany

Można powiedzieć, że zniszczone wieże WTC były jednym z architektonicznych przejawów arogancji i przerostu ambicji. Albo przeciwnie – że stworzyli je wizjonerzy, zgodnie z regułą „zbudujmy, a ludzie się zjawią”. Ta reguła działa jak mantra o globalnym zasięgu. W 1988 r. nowojorskie bliźniaki musiały ustąpić w rankingach dwóm identycznym Petronas Towers, mierzącym blisko 452 m – stanęły w Kuala Lumpur jako znak oszałamiającego sukcesu Azji. Od tej pory to właśnie Wschód dominuje w wyścigu pod niebo.

Najlepiej ta strategia działa w Chinach, z fenomenalnym przykładem Szanghaju. Niegdyś kosmopolityczna mekka, została w latach 90. wybrana przez chińskie władze jako brama, przez którą miały wlać się inwestycje. Dzielnica Pudong w ciągu dwóch dekad zyskała miano azjatyckiego Manhattanu. Powstały dziesiątki wieżowców (najwyższym jest otwarty kilka miesięcy temu Shanghai Tower – mierzy 632 m, jest więc drugi po Burdż Chalifa) tworzących „najbardziej spektakularną reklamę kapitalizmu” – oraz zaawansowane systemy komunikacji, np. metro większe niż w Londynie. Kiedy Milton Freedman odwiedzał te puste jeszcze wysokościowce, przepowiadał im klapę, ale bardzo się pomylił.

Chiny budują dziś najwięcej drapaczy chmur – rocznie ten przyrost liczy się w tysiącach. Robią to też najszybciej – w mieście Changsa, stolicy prowincji Hunan, liczący 57 pięter biurowiec Mini Sky City postawiono w zaledwie 19 dni! Ale to tylko wprawka, bo firma ma w planach postawienie liczącego 220 pięter Sky City w zaledwie trzy miesiące.

W wyścigu z czasem biorą udział mniejsi gracze. Jak nieuznawany przez część krajów Tajwan. Otwarta tam w 2004 r. wieża Taipei 101 (508 m) mieści koncerny i całodobową księgarnię, i nie pozwala światu zapomnieć o małej wyspie samotnie stawiającej opór chińskiemu smokowi. Korea Płd. przymierza się do 450-metrowej Niewidzialnej Wieży pod Seulem, budynek ma „znikać” w słońcu, będzie na powierzchni wyświetlał odbity obraz okolicy.

Jeśli chodzi o wieżowce, Europa zostaje w tyle, tu opinia publiczna traktuje manię wielkości z dystansem, zresztą niełatwo o inwestorów. W Paryżu powstaje właśnie pierwszy od lat 70. wieżowiec – będzie to hotel w kształcie przeszklonej piramidy. A w Londynie wyrósł Shard, który od 2012 r. jest najwyższy na Starym Kontynencie (302 m), ale jego budowę sfinansowali Katarczycy. Dominującym trendem w Europie jest też ekologia – w Wiedniu powstał pierwszy wieżowiec ze wzmacnianego drewna, a Mediolan buduje wielopiętrowe ogrody.

Pęd do wielkości nigdy skutecznie nie zaraził Ameryki Łacińskiej. W Caracas słynna 52-piętrowa Wieża Dawida miała być adresem finansjery, ale jej budowy nie dokończono, a szkielet zasiedliło ponad 1300 rodzin, tworząc najwyższe slumsy świata. Pozbawiony legalnych instalacji i kanalizacji budynek był centrum handlu narkotykami i prostytucji, ale też stał się manifestem losu wykluczonych. Kilka lat temu jego mieszkańców przesiedlono do przygotowanych osiedli na obrzeżu stolicy Wenezueli.

W Afryce wielkich budowli właściwie nie ma, choć to egipskie piramidy uważa się za inspirację dla drapaczy chmur. Teraz szansą na rozpętanie budowlanej mody ma być Centurion Symbio-City rosnące na wysokość 447 m w RPA. Wieża stanie w połowie drogi między Pretorią a Johannesburgiem. Wokół niej będzie kompleks biurowo mieszkaniowy z jeziorem. Otwarcie zapowiedziano na 2018 r. Ale na razie nic nie wskazuje, by inni inwestorzy mierzyli tak wysoko.

Być może niesłusznie. Kto by się spodziewał, że kolejny najwyższy budynek świata powstanie w... Iraku. Więcej – że w kraju kojarzonym z wojną i tzw. Państwem Islamskim najpewniej dojdzie do pierwszego od narodzin wieżowca przełomu architektonicznego, który może mieć decydujący wpływ na naszą cywilizację. Pod koniec 2015 r. ogłoszony został projekt pierwszego miasta pionowego. Ma ono powstać w Basrze, a jego centralną budowlą będzie tzw. Panna Młoda. Basra leży w prowincji ropy i rolniczej płodności, dlatego nazywano ją „panną młodą Zatoki”. Jak zapowiedział miejscowy gubernator, całość będzie gotowa w 2025 r.

W pionowym mieście powstanie (jeszcze nie wbito łopaty, trwa potwierdzanie lokalizacji) nie jedna, ale cztery wieże otulone ścianami przypominającymi welon. Będą połączone na wielu poziomach, tak powstaną ogrody, skwery, czyli przestrzeń publiczna. Autorzy projektu zapowiadają rewolucyjne rozwiązania komunikacyjne – w pionie i poziomie. Panna Młoda będzie żyć w dzień i w nocy, pomieści wszystkie rodzaje usług, jakie zapewnia miasto. Welon stanie się pokrywą chroniącą od słońca, ale też zmieni promienie na energię i osłoni okoliczne budynki. Wokół wież wyrosną poziome struktury miasta. Najwyższa będzie liczyć 1152 m.

W stuletniej historii wieżowców te przełomowe pojawiały się w chwilach najgłębszego zwątpienia. Bo obsesja budowania pod niebo jest także wyrazem nadziei na ciąg dalszy i lepszą przyszłość. Nie powinno dziwić, że tak śmiały projekt, stawiający do pionu dotychczasowe myślenie o mieście, powstaje w najmroczniejszym rejonie świata. Jego przekaz brzmi tak samo jak ten wysłany kiedyś z dachu Empire: najciemniej jest przed świtem.

Polityka 7.2016 (3046) z dnia 09.02.2016; Świat; s. 53
Oryginalny tytuł tekstu: "Choroba wysokościowa"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Niezbędnik

Lefebryści. Schizmatycy w łonie Kościoła katolickiego

Papież Franciszek i jego poprzednik Benedykt XVI wykonali pewne gesty wobec tradycjonalistycznego Bractwa św. Piusa X. Czy może dojść do pojednania? I jakie pole manewru mają obie ze stron, skoro każda z nich uważa, że to ta druga powinna się nawrócić?

Roman Graczyk
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną