Świat

Narkotajemnica

Tu przemytnikom narkotyków płaci się mąką i jajkami

. . Xavi / Flickr CC by 2.0
To paradoks: tony narkotyków wartych miliony dolarów płyną przez biedne środkowoazjatyckie państwo, w którym ludzie często nie mają dostępu do wody pitnej i cierpią głód.
Kirgistan jest kluczowym państwem leżącym na szlaku, którym narkotyki są przerzucane z Afganistanu (na zdjęciu) na rynek azjatycki i europejski.Defence Images/Flickr CC by 2.0 Kirgistan jest kluczowym państwem leżącym na szlaku, którym narkotyki są przerzucane z Afganistanu (na zdjęciu) na rynek azjatycki i europejski.
. .

Prezentujemy artykuł, który ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej”. Pełny spis treści dostępny jest TUTAJ.

Azja Środkowa jest najbardziej zapomnianym obszarem poradzieckiego świata – to wyludniające się peryferia dawnego imperium, wciąż pogrążające się w autorytaryzmie. W mieszkańcach tych ziem żywa jest pamięć niedawnych konfl iktów etnicznych, tragedii, którą był dla nich rozpad Związku Radzieckiego, a bieda jest tak dotkliwa, że zmusza do przestępczej działalności.

Ciężko nam zrozumieć ten świat – w najmniejszym stopniu badany i odwiedzany przez mieszkańców Zachodu. Opisując go, często posługujemy się kliszami myślowymi. Kiedy w 2005 roku rewolucja tulipanów obaliła kirgiskiego prezydenta Askara Akajewa, a pięć lat później polityczny przewrót zmiótł Kurmanbeka Bakijewa, podziwialiśmy rodzącą się w Kirgistanie demokrację. Dziś Kirgizi mówią: „myliliście się”.

Smak biedy

Azja Środkowa różni się od reszty terytorium poradzieckiego: bandycką działalność elit rządzących ludzie odczuwają tu o wiele mocniej. W Kirgistanie, podobnie jak na całym obszarze poradzieckim, władza cieszy się wieloma przywilejami: politycy zbijają majątki na przestępczej działalności, mają „ochroniarzy” w szeregach służb specjalnych, stoją na czele piramidy korupcyjnej. Tak też było – i częściowo pozostało – na Ukrainie, tak jest w Rosji. Jednak w Kirgistanie (podobnie jak w Tadżykistanie), kto przejmuje władzę, ten (w dużej mierze) kontroluje też rynek handlu narkotykami.

Kirgistan jest kluczowym państwem leżącym na szlaku, którym narkotyki są przerzucane z Afganistanu na rynek azjatycki i europejski. Płyną kilkoma kanałami, docierają bezpośrednio: do Europy, Chin, Japonii, Iranu, Turcji, na Bałkany, do Stanów Zjednoczonych oraz do Rosji. Afgańska heroina, morfina i opium są uważane za narkotyki dobrej jakości.

Ciężko sobie wyobrazić, co czuje mieszkaniec Kirgistanu (często są to kobiety i dzieci) zajmujący się przemytem narkotyków: afgański towar jest przerzucany do Kirgistanu z sąsiedniego Tadżykistanu. Ludzie ci patrzą na woreczki z białym proszkiem wartym setki dolarów, a ich samych nie stać na najtańsze produkty spożywcze, takie jak na przykład mąka czy jajka. Luksusem jest możliwość kupienia sobie ubrania. Przemytnicy – stojący najniżej w hierarchii osób zaangażowanych w narkobiznes – traktowani są jak podludzie. Często płaci się im w naturze, czyli właśnie mąką i jajkami.

Kirgizi i Tadżycy zgadzają się zostać przemytnikami z biedy. To bieda, którą Europejczykowi trudno sobie wyobrazić: życie w nieogrzewanym domu z klepiskiem zamiast podłogi, często źródło wody pitnej oddalone jest kilkanaście kilometrów od domostwa – codziennie nosi się ją w wiadrach. Zdarza się, że na prowincji panuje głód. Dla wielu rodzin jedynym pożywieniem są lepioszki: okrągłe chleby wypiekane w specjalnym piecu.

Bogactwem są przetwory, które sporządza się na zimę, mięso je się od święta. W krajach, gdzie wyznawany jest islam, tradycją są wielodzietne rodziny, ale dziś dzieci nie ma za co wychować. Na kirgiskiej prowincji rodzice godzą się wydać za mąż nieletnie córki, chcąc, by utrzymywał je mąż. Na swój kawałek chleba pracują ciężko: cierpią przemoc, są upokarzane. W domostwie pełnią funkcję pomocy domowej i sprzątaczki.

Wraz z upadkiem Związku Radzieckiego Kirgizi (i inne narody Azji Środkowej) zostali zepchnięci na margines życia społecznego: brakuje pracy, na wsiach upadły kołchozy, w miastach przedsiębiorstwa. Podróżując po Kirgistanie, można zobaczyć opustoszałe zakłady przemysłowe stojące w szczerym polu, ludzie spoglądają na nie i mówią: „kiedyś żyliśmy dobrze”. Wraz z ich upadkiem zatrudnienie stracili wszyscy mieszkańcy miejscowości – miasteczka, osady powstawały bowiem jako „aglomeracje przyzakładowe”. Upadła fabryka, przyszedł głód.

Wraz z rozpadem Związku Radzieckiego skończyła się też w Kirgistanie opiekuńcza rola państwa. Kiedyś to państwo dbało o wodociągi, remontowało drogi, jeśli w mniejszych miejscowościach nie było dostępu do wody pitnej, przyjeżdżał beczkowóz. Dziś część wodociągów nie funkcjonuje, drogi to dziura na dziurze. Kirgistan się wyludnia: kto może, szuka pracy za granicą, najczęściej w Rosji, kto nie zna rosyjskiego (w Azji Środkowej to wciąż język awansu społecznego), pracuje przy zbiorze bawełny albo zostaje przemytnikiem.

Według danych Banku Światowego, 32 procent PKB Kirgistanu pochodzi z zagranicznych transferów gotówkowych – to Kirgizi pracujący w Rosji przysyłają pieniądze. Dziś jednak, gdy Rosja pogrąża się w kryzysie, a rubel leci na łeb na szyję, realna wartość tych transferów się zmniejszyła. Ćwierć wieku po upadku ZSRR w Kirgistanie i innych krajach Azji Środkowej wraca analfabetyzm, bo jak mają kształcić się dzieci, które o świcie idą zbierać bawełnę, albo – co gorsza – przemycają narkotyki? Podróżując po tym kraju – szczególnie odwiedzając prowincję – ma się wrażenie, że czas się cofa. Mieszkańcy Kirgistanu, czy to inteligent, czy prosty robotnik, z nutką sentymentu wspominają Związek Radziecki.

To jeszcze Kirgistan?

Ałmaz Ismanow w 2010 roku uciekł z Oszu do Biszkeku. Osz, miasto na południu Kirgistanu, w którym Ismanow spędził dzieciństwo i młodość, jest najważniejszym punktem na szlaku przemytu narkotyków. To w Oszu narkotyki dzielone są na porcje i wyruszają w dalszą drogę kilkoma szlakami – do Azji i Europy. Żeby zrozumieć koloryt Kirgistanu i specyfikę narkobiznesu, trzeba udać się do Oszu – to państwo w państwie. Kirgizi, którzy urodzili się w Biszkeku i w późnym wieku przyjeżdżają do Oszu, pytają: „to jeszcze Kirgistan czy już zagranica?”.

Miasto położone jest wśród malowniczych gór, na południu Doliny Fergańskiej, która rozciąga się w trzech państwach: Uzbekistanie, Tadżykistanie, Kirgistanie. Surowe ośnieżone szczyty, malownicze krajobrazy, które można podziwiać, podróżując po drogach położonych na kilku tysiącach metrów nad poziomem morza. Podróżny, obcując z tutejszą przyrodą, może pomyśleć: raj. Ale to raj z dużą domieszką piekła. Co jakiś czas wybuchają w „Ferganie” konflikty etniczne. Tak było w Oszu.

Osz jest miastem okaleczonym, nosi ślady po walkach pomiędzy Kirgizami i Uzbekami (stanowią około połowy ludności), do których doszło w 2010 roku. W Kirgistanie owe zamieszki wspomina się jako „wojnę”. Ponad pięć lat po tych wydarzeniach, podczas których zginęło co najmniej kilkaset osób, mieszkańcy Oszu zastanawiają się: „jak to się mogło stać?”. Przecież Kirgizi i Uzbecy od lat żyli obok siebie. Były między nimi miłości i przyjaźnie. Komu zależało na rozlewie krwi? Zdaniem Ismanowa, który jest dziennikarzem, narkotyki i polityka związana z mniejszościami narodowymi to dwa czynniki pozwalające sterować procesami politycznymi w państwie. Ismanow pamięta inny Osz. Osz swojego dzieciństwa.

Zawsze w mieście były rewiry, w które lepiej było się nie zapuszczać. Rodzice mówili mi: „nie chodź tam, bo to niebezpieczne”, to niekoniecznie były dzielnice zamieszkałe przez Uzbeków. Bo z Uzbekami żyliśmy zgodnie, miałem wśród nich przyjaciół. Byli nieodłącznym elementem naszego miasta, bez nich Osz nie miałby swojego kolorytu – opowiada Ismanow.

Dla Ismanowa wybuch zamieszek pomiędzy Kirgizami i Uzbekami był zaskoczeniem. Uważa, że to nie przypadek: w 2010 roku w Biszkeku zmieniała się władza, na południu polała się krew.

Jakby ktoś nacisnął na guzik z napisem „konflikt” – komentuje Ismanow.

W kwietniu 2010 roku tłum na ulicach Biszkeku domagał się dymisji prezydenta Kurmanbeka Bakijewa, którego pięć lat wcześniej wyniosła do władzy rewolucja tulipanów. Demonstranci przypuścili szturm na siedzibę prezydenta. Bakijew wyjechał na południe kraju, liczył na poparcie miejscowej ludności, ponieważ sam pochodzi z południa (urodził się w miejscowości Masadana, obwód dżalalabadzki). Wyjazd na południe kraju nie pomógł jednak Bakijewowi. Musiał zrzec się prezydentury. Uciekł do Kazachstanu, dziś mieszka na Białorusi.

Wkrótce po opuszczeniu kraju przez Bakijewa Osz spłynął krwią. Podczas rozruchów w 2010 roku zabici padli między innymi na ulicach Oszu i Dżalalabadu. Do dziś budynki mieszkalne w tych dwóch miastach noszą ślady podpaleń, a w ludziach utrzymuje się strach. Tamtych wydarzeń nikt nie rozliczył. Nie wiadomo nawet, ile było ofiar śmiertelnych, niektóre źródła podają, że życie mogły stracić nawet dwa tysiące ludzi.

Podczas wyborów parlamentarnych i prezydenckich każda siła polityczna dokłada starań, by pozyskać głosy mniejszości narodowych. W 2010 roku politycy przygotowywali się do rozlewu krwi. Atmosfera niepokoju była w mieście sztucznie podgrzewana. Policja przychodziła do Uzbeków i Kirgizów i wciąż ich uspokajała, choć nic się nie działo. To prosty mechanizm psychologiczny, jeśli wciąż słyszysz: „uspokój się”, zaczynasz się denerwować – opowiada Ismanow.

Meimanby Akjolowa mieszka w Dżalalabadzie (mieście obwodowym, na południu kraju), jest lokalną dziennikarką. Meimanby wskazuje na budynek stojący na jednej z głównych ulic miasta.

To stąd padły strzały w 2010 roku i zaczęła się jatka – mówi Meimanby.

Choć należy do miejscowej elity, to ciężko jej zrozumieć procesy, które zachodzą w jej mieście. O „wojnie” w 2010 roku mówi jako o prowokacji i tradycyjnej już rywalizacji północy i południa kraju. Na pytanie o narkotyki, które płyną między innymi przez Dżalalabad, kobieta odpowiada następująco: – Tak, wiemy, że to się dzieje tuż pod naszym nosem, ale informacje na ten temat są skrywane. To pilnie strzeżona tajemnica.

Pożegnanie z władzą

Mawlen, dziennikarz z Isfany, miasta na południu Kirgistanu położonego przy granicy z Tadżykistanem, nie ma wątpliwości: o biznesie narkotykowym nikt nie będzie mówił wprost. Ludzie, szczególnie mieszkający na terenach przygranicznych, są zdjęci strachem, za zdradzenie tajemnicy dotyczącej narkobiznesu może grozić śmierć. Większość rozmówców godzących się na wywiad dotyczący narkotyków prosi o anonimowość.

Ismanow, który wychował się na południu kraju, mówi, że w handlu narkotykami ludziom pomaga przyroda. Wysokie pasma górskie, nie do końca wytyczona granica pomiędzy Tadżykistanem i Kirgistanem – to tędy wędruje towar. Potem trafia do Oszu.

Moi rozmówcy twierdzą (przyznają to także raporty organizacji pozarządowych dotyczące narkobiznesu), że w Kirgistanie istnieje oficjalny budżet państwowy i budżet nieoficjalny. Budżet nieoficjalny to pieniądze pochodzące z handlu narkotykami – dzięki nim elity rządzące utrzymują się przy władzy.

Kirgiski narkobiznes nie miałby racji bytu, gdyby nie byli w niego zamieszani nie tylko najwyżsi urzędnicy państwowi, ale także sędziowie, prokuratorzy, policjanci, strażnicy graniczni. To cała siatka skorumpowanych urzędników, którzy zbijają fortunę na tym procederze. Najbogatsi z nich nazywani są narkobaronami.

Mawlen nie ma wątpliwości: narkobiznes reguluje procesy polityczne w kraju. W wyniku kirgiskich rewolucji (w 2005 i w 2010 roku) do władzy doszli poradzieccy aparatczycy: Bakijew i sprawujący obecnie urząd prezydenta Ałmazbek Atambajew. Wyjątek stanowiła Roza Otunbajewa, która zapowiedziała, że nie będzie kolejny raz ubiegać się o fotel prezydenta, tak też postąpiła.

Przez ćwierć wieku, które minęło od upadku ZSRR, nie udało się zreformować naszego systemu politycznego. Pesymistycznie patrzę na przewroty, które średnio co pięć lat mają miejsce w Kirgistanie, przypomina mi to kulturę polityczną bananowych republik. Prezydent bierze władzę i jednocześnie staje się pierwszym oligarchą w kraju, kontroluje narkobiznes. Kiedy ktoś z jego otoczenia zechce przygotować przewrót polityczny, znów wykorzysta problem mniejszości narodowych i tak wybuchnie kolejna rewolucja – mówi Ismanow.

Na południu kraju, czyli w sercu narkotykowego szlaku, nie mówi się o narkotykach. W Biszkeku można podjąć ten temat. Wielu analityków uważa, że w 2010 roku, kiedy Bakijew uciekał z kraju, musiał pożegnać się nie tylko z władzą, ale także z fortuną płynącą z handlu narkotykami. Skąd biorą się podejrzenia o zaangażowanie elit politycznych w ten biznes? Przede wszystkich wskazują na to ich majątki.

Bakytbek Orunbekow, kirgiski dziennikarz i wykładowca, mówi, że wśród polityków znajdują się niezwykle bogaci ludzie, którzy nie byliby w stanie dorobić się fortuny uczciwie. Jednym ze źródeł ich dochodów jest właśnie biznes narkotykowy, dają mu „kryszę”, czyli zabezpieczają transport, zapewniają nietykalność ludziom bezpośrednio zaangażowanym w przemyt.

Orunbekow wskazuje na wypowiedź prokuratora generalnego Kirgistanu, który stwierdził, że: „w naszym parlamencie zasiadają posłowie związani z przemysłem narkotykowym, sponsorują działalność różnych ugrupowań. Często trafiają do parlamentu z dnia na dzień, choć sami nie należeli do żadnej partii czy ugrupowania politycznego nawet przez jeden dzień”.

W Kirgistanie wciąż obecny jest lęk związany z konfliktem etnicznym, kwitnie narkobiznes, ale analitycy życia politycznego i tak twierdzą, że na tle regionu jest to kraj w miarę stabilny. O wiele więcej tu demokracji niż choćby w sąsiednim Uzbekistanie – istnieje swoboda tworzenia partii politycznych, których jest ponad sto, także wolność słowa jest tu większa. Z drugiej strony prezydent forsuje restrykcyjne prawodawstwo rodem z Rosji – na przykład, jeśli chodzi o organizacje pozarządowe.

Kiedy porównujesz się ze słabszym, chcesz mniej. Dla Meimanby najważniejsze jest, żeby Kirgistan nie stał się drugim Afganistanem. Państwem, które pogrążyło się w wojnie.

Małgorzata Nocuń jest zastępczynią redaktora naczelnego „Nowej Europy Wschodniej”, dziennikarką „Tygodnika Powszechnego”.

Tekst powstał dzięki stypendium przydzielonemu autorce przez Grupę Zagranica i Komisję Europejską.

Prezentujemy artykuł, który ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej”. Pełny spis treści dostępny jest TUTAJ.

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną