Rohingjowie z Mjanmy: najbardziej prześladowana mniejszość świata
Zrzućcie na nas bombę
Muzułmańscy Rohingjowie z Mjanmy, dawnej Birmy, to najbardziej prześladowana dziś mniejszość na świecie. Hitler byłby dumny z ich prześladowców.
Grupa Rohingjów, którzy uciekli przed pogromem.
Soe Zeya Tun/Reuters/Forum

Grupa Rohingjów, którzy uciekli przed pogromem.

Szałas w jednym z rozrzuconych wokół Sittwe obozów dla Rohingjów.
Jonas Gratzer/Light Rocket/Getty Images

Szałas w jednym z rozrzuconych wokół Sittwe obozów dla Rohingjów.

materiały prasowe

audio

Audio Polityka Artur Domosławski - Zrzućcie na nas bombę

Pierwsze wioski Rohingjów zapłonęły rano. Anonimowy amator z kamerą zdołał zarejestrować unoszący się nad ulicami dym, ruchomy tłum ludzi. Więcej można było zobaczyć na późniejszych zdjęciach – 20 spalonych wiosek wokół Sittwe; biznesy Rohingjów w mieście i 33 meczety zrównane z ziemią.

To buddyjscy sąsiedzi, Arakańczycy, przyszli mordować i wypędzać swoich muzułmańskich sąsiadów Rohingjów. Pogrom trwał pięć dni, począwszy od ranka 8 czerwca 2012 r. Dopiero czwartego dnia interweniowało wojsko.

Propaganda rządu Mjanmy (dawniej Birmy) i jej lokalni wspólnicy – Arakańczycy i buddyjscy mnisi – utrzymywali później, że był to spontaniczny odwet za gwałt i zabójstwo Ma Thidy Htwe, 27-letniej buddystki, popełnione kilkanaście dni wcześniej przez trzech Rohingjów. Późniejsze świadectwa dowiodły jednak, że pogrom w Sittwe i okolicznych wioskach został zaplanowany i wcielony w życie przez Arakańczyków za wiedzą policji i wojska.

Kilka dni przed pogromem nacjonalistyczni działacze rozesłali listy do liderów wiosek Arakańczyków, w których domagali się, by każde domostwo wystawiło jednego mężczyznę w wieku 20–40 lat do udziału w ataku na Rohingjów. Przez pięć dni, zawsze około dziewiątej rano, podstawione autobusy zbierały z wiosek uzbrojonych w noże i bambusowe pałki Arakańczyków, a następnie rozwoziły ich po wioskach Rohingjów i do centrum Sittwe. Napastnicy obstawili większość dróg wyjazdowych z miasta, żeby utrudnić swoim ofiarom ucieczkę. W trakcie i na koniec każdego „dnia roboczego” uczestnicy pogromów dostawali darmowe posiłki. Potem autobusy rozwoziły ich do domów.

W kilkudniowym pogromie w miastach i wioskach zginęło od 100 do 200 osób, w większości Rohingjów. Blisko 140 tys. Rohingjów nie pozwolono wrócić do domów. Zostali zamknięci w obozach wokół Sittwe i w getcie Aung Mingalar, w centrum miasta, które stało się domem dla 4,5 tys. ludzi. Kilkadziesiąt tysięcy zesłano do izolowanych wiosek, do których wjazd utrudniano nawet organizacjom humanitarnym. Wielu wyruszyło na tułaczkę na północ – do Bangladeszu i na południe – do Tajlandii i Malezji.

Pływające trumny

O dramacie Rohingjów zrobiło się głośniej trzy lata po pogromie, gdy przy granicy Tajlandii i Malezji odnaleziono masowe groby. Najpierw po tajlandzkiej stronie granicy wydobyto z ziemi 26 zwłok. Później malezyjska policja odkryła 139 grobów.

Rohingjowie wiedzą, że ucieczka z rodzinnego kraju grozi porwaniem dla okupu przez przemytników, śmiercią na morzu albo życiem w kolejnym obozie dla uchodźców. Mimo to w ciągu trzech lat po pogromie wyruszyło w podróż ok. 150 tys. Rohingjów z Arakanu i obozów uchodźczych w Bangladeszu. Ich łodzie, które zyskały ponurą nazwę „pływających trumien”, dryfują tygodniami po Morzu Andamańskim ku wybrzeżom Tajlandii, Malezji i indonezyjskiej Sumatry. Pasażerowie tych „trumien” umierają z odwodnienia i głodu. Gdy próbują się buntować, giną mordowani przez załogę.

Zdarzało się, że dopływali do wybrzeży – powiedzmy – Tajlandii, a tamtejsza straż graniczna nie pozwalała im zejść na ląd. Musieli dryfować dalej – ku wybrzeżom Malezji. Malezyjska straż graniczna robiła to samo: wielokrotnie, gdy łodzie z Rohingjami dobijały do brzegu, odholowywano je czym prędzej w stronę wód należących do sąsiedniego kraju.

Pod presją międzynarodową, po odkryciu grobów w 2015 r. Malezja i Indonezja zgodziły się przyjąć tymczasowo tysiące boat people. W obozach dla uchodźców i ośrodkach zatrzymań w obu tych krajach, a także w Bangladeszu, Tajlandii, Pakistanie, Australii, Arabii Saudyjskiej i Wielkiej Brytanii przebywa około miliona Rohingjów. To mniej więcej połowa populacji. Ich los porównuje się czasem do losu prześladowanych niegdyś Żydów.

Kim właściwie są? Dla władz Mjanmy Rohingjowie nie istnieją. To jacyś „nielegalni imigranci” z Bangladeszu. Nie figurują w żadnym aktualnym spisie ludności. Nie ma ich na liście 135 mniejszości etnicznych Mjanmy. Zamieszkują Arakan, zachodnią prowincję kraju, gdzie większość ludności to rdzenni Arakańczycy – wyznawcy buddyzmu. Rohingjów jest tam około miliona; stanowią jedną trzecią populacji, a na niektórych obszarach nawet ok. 95 proc.

Arakan był do schyłku XVIII w. jedną z pięciu znaczących monarchii południowej Azji. Od IX w. przybywali tam zagraniczni kupcy – Arabowie, Mongołowie, Turcy, Portugalczycy i – po sąsiedzku – Bengalczycy. Rohingjowie – według własnej wersji historii – są potomkami owych kupców, którzy wiązali się z miejscowymi kobietami z różnych grup etnicznych. Kiedy w 1785 r. Birmańczycy najechali Arakan, zniszczyli wiele meczetów, instytucji muzułmańskiej kultury i wzięli do niewoli tysiące mieszkańców, których postrzegali jako obcych religijnie i etnicznie.

W czasach kolonialnych rządów Wielkiej Brytanii w Indiach i Birmie Brytyjczycy zachęcali bengalskich rolników, żeby migrowali do Arakanu, gdyż chcieli zwiększyć obszar upraw ryżu. Wielu bengalskich muzułmanów, którzy początkowo jechali jako sezonowi robotnicy rolni, osiadało w Arakanie na stałe, tworząc zalążki dzisiejszej wspólnoty Rohingjów. W czasie drugiej wojny światowej ich potomkowie walczyli po stronie Brytyjczyków, buddyjscy Arakańczycy – po stronie Japonii.

Historyczne ustalenia mogłyby być pasjonujące, gdyby nie to, że w realnej polityce służą dziś jako ideologiczne uzasadnienie pogromów, wypędzeń, niszczenia śladów wielowiekowej obecności, zamykania w obozach. Dla Arakańczyków, jak i dla rządu w Rangunie, Rohingjowie to „obcy” i „terroryści”, którzy dążą do „islamizacji” Arakanu przez „rozmnażanie się”.

65-letni Abdul Bashar, uchodźca z ludu Rohingjów, którego spotykam w angielskim mieście Bradford, pamięta czasy, kiedy między muzułmanami a buddystami panowała względna harmonia. Rodzice mieli kawiarenkę w Maungdaw niedaleko Sittwe, do której przychodzili i muzułmanie, i buddyści.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj