Miliard ludzi na świecie głoduje. Dlaczego? Bo jest okradanych przez nas – silniejszych i bogatszych
Rozmowa z Martínem Caparrósem, argentyńskim pisarzem, autorem zbioru reportaży „Głód”, o tym, dlaczego prawie miliard ludzi nie ma co jeść – mimo że żywności mamy aż za dużo.
Według ONZ na świecie głoduje 800-900 milionów ludzi. Na zdjęciu: okolice Mogadiszu, Somalia.
Feisal Omar/Reuters/Forum

Według ONZ na świecie głoduje 800-900 milionów ludzi. Na zdjęciu: okolice Mogadiszu, Somalia.

Martin Caparros
Ulf Andersen/Getty Images

Martin Caparros

Paulina Wilk: – Pana pierwszy kontakt z głodem? To była jakaś liczba, raport czy konkretny człowiek?
Martín Caparrós: – Ludzie, wielu ludzi. Jako dziennikarz i analityk poznawałem historie związane ze zmianami klimatycznymi, migracjami, przemocą seksualną, wojnami. Mają one wspólny wątek – większości osób, z którymi się zetknąłem, brakowało jedzenia. Ale temat głodu pozostawał w tle. Na pierwszym planie zawsze stało coś bardziej dramatycznego.

Pana dziadek mówił: „Długi jak dzień bez chleba”.
Najpewniej ukuł to powiedzonko podczas hiszpańskiej wojny domowej, kiedy żywił się obierkami z ziemniaków. Mój drugi dziadek Vincente był Żydem, wyemigrował z Polski w 1928 r. Jego rodzina głodowała w warszawskim getcie, zginęli w Treblince.

A współcześnie? Jak wygląda „dzień bez chleba”?
Różnie, w Afryce częściej występuje głód ostry, w Indiach – ten niepozorny, chroniczny. Dni głodne są przepełnione smutkiem i desperacją, rzadziej wściekłością. Stopień ucywilizowania danej społeczności jest odwrotnie proporcjonalny do ilości czasu, jaki jej członkowie muszą poświęcać na poszukiwanie jedzenia. Ludzie pierwotni skupiali się wyłącznie na tym. Ich przeciwieństwem są współcześni Norwegowie, którzy na poszukiwanie żywności potrzebują tylko 3 proc. swojego czasu.

Ci, którzy muszą nieustannie o nią zabiegać, są wykluczeni z innych wymiarów życia. Bo jedzenie jest potrzebą palącą, zawłaszcza siły i koncentrację, drastycznie zawęża horyzonty. To najbardziej dramatyczny aspekt głodu: nie jeść znaczy nie móc myśleć o niczym innym.

Bohaterom książki zadał pan pytanie: „Co lubisz jeść?”. Większość nie umiała odpowiedzieć.
Niedawno byłem w Mali u nomadów. Co dzień w południe jedzą ryż z sosem z orzeszków ziemnych, a wieczorem kuskus z mlekiem. Zapytałem o ulubioną potrawę. Oczywiście powiedzieli: kuskus z mlekiem. Z kolei w książce przytaczam historię Nigeryjki Aishy. Ta kobieta uświadomiła mi, że głodni, a jest ich na świecie 800–900 mln, na okrągło jedzą to samo. Aisha co rano robiła dla siebie i dzieci posiłek z prosa. Kiedy spytałem, co lubi jeść, powiedziała: proso. Nie mogłem tego pojąć, dopytałem: „Codziennie jesz to samo?”. Wtedy odpowiedziała: „Nie codziennie. Tylko w te dni, kiedy mogę”.

Stawia pan prostą tezę: blisko miliard ludzi głoduje, bo są okradani przez nas – silniejszych i bogatszych.
Głód wcale nie jest konsekwencją biedy, lecz jej najbardziej ekstremalną manifestacją. Jest konsekwencją bogactwa. Utrzymuje się, bo zatrzymujemy dla siebie nieproporcjonalnie dużą część zasobów, jakie daje ziemia.

Twierdzi pan, że żywności mamy na świecie aż za dużo.
To wynika z licznych raportów i szacunków choćby ONZ czy Banku Światowego. M.in. dzięki zielonej rewolucji zwiększyliśmy wydajność rolnictwa. Od lat 70. XX w. mamy dość żywności, by wykarmić wszystkich. Potwierdza to sposób, w jaki bogata część świata koncentruje, konsumuje i marnuje zasoby. Żeby wyprodukować 1 kg wołowiny, trzeba zużyć 10 kg zbóż. Tym zbożem można nakarmić 10 osób lub obsiać pola, ale zamiast tego produkuje się kilogram wołowiny i wysyła bogatemu mieszkańcowi Zachodu.

Czyli problem tkwi w dystrybucji?
To kombinacja wielu czynników, m.in. struktury własności ziemi, powiązania cen i eksportu żywności z dostępnością paliw, spekulacji cenami żywności na giełdach. Ale decydujące znaczenie ma fakt, że cały rynek ustawiony jest na kierowanie zasobów do zamożnych konsumentów. Kiedy na giełdzie w Chicago rośnie cena kukurydzy, cieszą się akcjonariusze, ale w Gwatemali tysiące rolników nie mogą zjeść swojej tortilli.

Argentyna, skąd pochodzę, to kraj naturalnie bogaty – mamy dużo ziemi uprawnej, surowce i bydło. Możemy produkować soję dla 300 mln ludzi. W kraju żyje 40 mln, z czego ok. 3–4 mln jest niedożywionych. Cała produkcja rolna jest eksportowana do Chin, by wykarmić tamtejsze świnie, krowy i ryby dla nowych bogatych. Chińczycy w ostatnich dwóch dekadach dołączyli do globalnego rynku konsumpcji. Dawniej jedli tylko 5 kg mięsa rocznie, dziś jedzą 50!

W sąsiednich Indiach tysiące rolników nie mogą wykarmić rodzin i popełniają samobójstwa.
Indie są krajem z największym odsetkiem głodujących w populacji, przekraczającym 20 proc. To szczególnie irytujące, bo mówimy o najludniejszej demokracji świata. Niezwykle szybki rozwój Indii udowodnił niestety, że ani wolne wybory, ani wzrost gospodarczy nie sprawią, że wszyscy będą jeść wystarczająco dużo i dobrze. Palący problem ze zdobyciem żywności ma 250 mln Hindusów – chłopów bezrolnych. Kolejne pół miliarda to ci, którzy coś posiadają, na przykład hektarowe gospodarstwo. Oni z kolei walczą z korporacjami i rządem, które chcą przejąć ich ziemię i uzależnić ich produkcję od rynku globalnego.

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną