Tajemnice TTIP: czy warto się dogadać

Kurczak po atlantycku
W świetle ostatnich przecieków negocjacje TTIP, największej w historii umowy handlowej między Europą i Ameryką, mogą się skończyć katastrofą. Czy jest się czym przejmować?
Stosowane w USA chlorowanie kurczaków stało się symbolem nieakceptowalnych dla Europy standardów w przemyśle spożywczym.
Michaela Rehle/Reuters/Forum

Stosowane w USA chlorowanie kurczaków stało się symbolem nieakceptowalnych dla Europy standardów w przemyśle spożywczym.

Protest przeciwko TTIP, Bruksela, październik 2015 r.
Reuters/Forum

Protest przeciwko TTIP, Bruksela, październik 2015 r.

W małym miasteczku mieszkał pewien prawnik. Świetnie znał się na swoim fachu, ale też doskonale pisał na maszynie. Pewnego dnia, przywalony dokumentami do przepisania, zdał sobie sprawę, ile w tym czasie spraw mógłby poprowadzić w sądzie, z iloma klientami porozmawiać. I o ile więcej zarobić.

Tę historyjkę opowiadał studentom Massachusetts Institute of Technology amerykański noblista z dziedziny ekonomii Paul Samuelson. Tłumaczył w ten sposób zasadę przewagi komparatywnej, fundamentalnej dla wolnego handlu. W końcu pojął ją również prawnik z miasteczka. Wyszło mu, że przez godzinę pracy w swoim wyuczonym zawodzie zarabia dużo więcej, niż stukając w klawisze. Zatrudnił więc maszynistkę. Efekt był taki, że i on więcej zarabiał, i dał też komuś zarobić.

Idea wolnego handlu polega więc na tym, tłumaczył studentom Samuelson, że wielostronne otwarcie granic na cudze produkty prowadzi do specjalizacji. Państwa skupiają się na tych gałęziach przemysłu, w których mogą najefektywniej produkować – czy to z powodu niskich kosztów, czy położenia geograficznego. Żaden rozsądny gospodarz nie produkuje wszystkiego w domu, jeśli może to samo taniej kupić. Skupi się na tym, co mu wychodzi najlepiej, i przehandluje to później na to, czego mu potrzeba.

Z takiego założenia wychodzili też pomysłodawcy największej – jeśli do niej dojdzie – umowy o wolnym handlu w historii. Trans-Atlantyckie Partnerstwo w Handlu i Inwestycjach (ang. skrót – TTIP) w zamyśle ma połączyć Stany Zjednoczone i Unię Europejską w jedną przestrzeń gospodarczą, zamieszkaną przez 800 mln konsumentów. Rozmowy w sprawie podpisania umowy zaczęły się w 2013 r., teraz toczy się już 13. runda negocjacyjna. Prezydent Barack Obama obiecał, że ich finał będzie jeszcze za jego kadencji (czyli do stycznia). Istnieje jednak dość powszechna obawa, że jeśli do tego dojdzie, prawnik dla większego zysku w końcu zamknie maszynistkę w piwnicy, będzie jej płacił głodowe stawki i karmił żywnością genetycznie modyfikowaną.

1.

Kontrowersje wokół TTIP wykipiały znów na początku maja, gdy Greenpeace opublikowała dokumenty świadczące o nieprzejednanym stanowisku negocjacyjnym USA. Przeciek wzmocnił podejrzenia przeciwników umowy, że pisana jest ona pod dyktando wielkiego biznesu, w tajemnicy przed obywatelami. „Jeśli zostanie ratyfikowana, doprowadzi Europę do społecznej katastrofy” – alarmował ekspert Greenpeace ds. handlu Jürgen Knirsch.

Powszechne oburzenie wpisało się w falę antyglobalistycznej reakcji: Syriza w Grecji, UKIP w Wielkiej Brytanii, francuski Front Narodowy, hiszpański Podemos – wszystkie te ugrupowania tak jak Donald Trump i Bernie Sanders w USA chcą powrotu do czasów, „kiedy mieliśmy kontrolę”. Gdy nie było problemów z zamykaniem granic, a wola rządu automatycznie stawała się rzeczywistością i niepotrzebne były kompromisy. Dlatego przeciwnicy wolnego handlu w wydaniu TTIP są również często przeciw Unii Europejskiej, bo ta oparta jest na kompromisie, a nie bezpośredniej kontroli.

Można zapytać, co to wszystko ma wspólnego z wolnym handlem? Otóż nie tak wiele. Klasyczne, bilateralne umowy o wolnym handlu, zawierane masowo po drugiej wojnie światowej, dotyczyły przede wszystkim ceł. Jedno państwo obniżało cła na samochody produkowane w drugim państwie. W drugą stronę spadały cła np. na żywność przetworzoną. Obie strony korzystały na tańszych produktach. Z czasem jednak nie było już czego obniżać – dziś uśredniona stawka celna na europejskie towary w USA wynosi 5 proc. W drugą stronę jest 3,5 proc.

Dlatego TTIP cłami zajmuje się w znikomym stopniu. Głównym przedmiotem negocjacji (i kontrowersji) są tzw. bariery nietaryfowe, przede wszystkim przepisy określające standardy towarowe i usługowe, a także prawo pracy. Przepisy w tych dziedzinach różnią się po obu stronach Atlantyku czasem bardzo wyraźnie, co jest też wynikiem głębokich różnic kulturowych. W Unii np. przyjęto generalną zasadę, że producent musi najpierw udowodnić regulatorowi, że jego towar nie jest szkodliwy dla konsumentów, aby wprowadzić go na rynek. W Stanach odwrotnie: obowiązuje zasada domniemania niewinności – to producentowi trzeba udowodnić, że jego towar jest szkodliwy. Do tego czasu nie można zablokować dystrybucji.

Obawy o konsekwencje TTIP po obu stronach Atlantyku są jednak w dużym stopniu podobne – że ogólny interes społeczny zostanie poświęcony na rzecz wąskich interesów międzynarodowych korporacji. W Europie te obawy w większym stopniu dotyczą standardów i regulacji, które mogą być obniżone pod presją wielkiego biznesu i uzasadnione harmonizacją zasad. W Stanach większe oczy ma strach przed ucieczką miejsc pracy, co jest jakoś uzasadnione, bo wcześniej uciekły one już m.in. do Chin. Obie strony oburza natomiast atmosfera tajności wokół TTIP.

2.

Atmosfera sprzyja powstawaniu mitów. W Europie symbolem amerykańskiej opresji spożywczej stały się chlorowane kurczaki. Po uboju trafiają one do kąpieli chlorowej dla dezynfekcji – praktyka, która w Europie jest zakazana. Przeciwnicy TTIP przekonują, że wraz z podpisaniem tej umowy chlorowane kurczaki trafią na nasze stoły. Nie będziemy nawet tego świadomi, bo zadziała jeszcze jedna zasada z umowy – o niedyskryminowaniu produktu ze względu na kraj pochodzenia, więc nie będzie o tym informacji.

Komisja Europejska wielokrotnie zapewniała, że normy sanitarne nie są przedmiotem negocjacji w ramach TTIP. Niektórzy jej urzędnicy wskazywali nawet, że w Europie „dezynfekuje się” kurczaki jeszcze za życia, podając im antybiotyki, co może mieć gorsze skutki dla zdrowia konsumentów. Bez rezultatu, chlorowany kurczak stał się wcieleniem amerykańskiego imperializmu, który chce zniszczyć europejski dobrostan żywieniowy.

Z kurczakami problem jest poważny, ale zupełnie innej natury. Według unijnych przepisów w kurniku na metr kwadratowy może być maksymalnie dziewięć kurczaków, podczas gdy w USA takie normy w zasadzie nie obowiązują i zdarza się, że w wielopiętrowych klatkach na tej samej powierzchni upycha się 23 ptaki. Według Amerykanów nie ma naukowych dowodów na to, że odbija się to na mięsie oraz na zdrowiu psychicznym stłoczonych kurczaków. Przekonałaby ich chyba tylko seria drobiowych samobójstw.

Liczba kurczaków na metr kwadratowy w oczywisty sposób przekłada się na koszty producenta. Dlatego jednym z priorytetów negocjatorów TTIP jest ujednolicenie standardów, aby zagwarantować sprawiedliwą konkurencję. Pytanie tylko, w którą stronę te standardy przesunąć? Nie wywołuje to wielkich kontrowersji w przypadku metek przy koszulkach – w USA muszą być przy kołnierzu, w Europie – na bocznym szwie. W tym przypadku ujednolicenie ułatwi przekroczenie Atlantyku małym i średnim firmom.

Schody zaczynają się, gdy ujednolicenie dotyczy kwestii fundamentalnych. Jak choćby żywności genetycznie zmodyfikowanej.

Pierwsza różnica polega na tym, że w Unii dopuszczenie każdego nowego GMO wiąże się z nowym prawem. W Ameryce proces weryfikacji odbywa się na podstawie jednej ustawy dotyczącej wszystkich nowych technologii rolnych. W Europie władze mogą nie dopuścić zmodyfikowanej rośliny, nawet jeśli nie ma dowodów na jej szkodliwość, a jedynie „niepewność”. Za oceanem jeśli nowość przeszła klasyczne testy (toksyczność, alergeny, bezpieczeństwo dla środowiska), nie ma już podstaw, aby zablokować uprawy.

Tu o kompromis będzie trudno, bo europejska strona traktuje sprawę GMO politycznie, nie opierając się na nauce, jak twierdzi większość naukowców. W USA decyzja o dopuszczeniu nowej rośliny od początku do końca leży w rękach ekspertów. W Unii Europejskiej ich opinia rozpoczyna proces certyfikacji, ale nie jest wiążąca dla polityków, którzy ostatecznie podejmują decyzję. Najczęściej zgodną z nastrojami społecznymi, które na Starym Kontynencie są jednoznacznie przeciwne takim innowacjom. Inna sprawa, że europejskim przeciwnikom GMO nie chodzi tylko o biologię, ale również o system korporacyjny, który stoi za produkcją i dystrybucją roślin zmodyfikowanych i potencjalnie może być niebezpieczny dla farmerów i struktury upraw.

3.

Innym szwarccharakterem negocjacji są trybunały arbitrażowe ISDS. Formalnie rzecz biorąc, chodzi tylko o ochronę inwestorów. W latach 60. XX w., gdy te trybunały zyskały na popularności, zachodnie kraje podpisywały wiele bilateralnych umów o wolnym handlu z krajami, w których jakość sądownictwa pozostawiała wiele do życzenia. Trybunały były więc zabezpieczeniem – niezależne wobec kraju przyjmującego inwestycje, gwarantowały korporacjom, że gdyby coś poszło nie tak, one wymuszą sprawiedliwość.

Wystarczyło jednak kilku kreatywnych prawników, aby ISDS trafiły również do umów między państwami o wysokich standardach sądowniczych. I zaczęły służyć jako straszaki na demokratycznie wybrane rządy. Ma to związek z konstrukcją samych trybunałów. Składają się one z powoływanych doraźnie „sędziów”, często bez odpowiedniego wykształcenia czy doświadczenia. Wielu z nich to prawnicy występujący w innych procesach jako obrońcy tych korporacji, których sprawy później osądzają. Wszystko działa na zasadach komercyjnych, czyli za wyrok trzeba zapłacić, o ile wcześniej się nie zbankrutowało, wydając krocie na ekspertyzy i adwokatów w trakcie procesu.

Przy takim rozwiązaniu dochodzi do kuriozalnych przypadków, kiedy korporacje pozywają państwa za nowe prawo, które może ograniczyć ich dochody. I tak na przykład szwedzki koncern energetyczny Vattenfall pozwał rząd niemiecki za porzucenie energetyki jądrowej i domaga się 4,7 mld euro odszkodowania za utracone dochody, które uzyskałby, współpracując przy budowie lub remontach elektrowni. Z kolei tytoniowy gigant Philip Morris przed trybunałem ISDS domaga się od Wielkiej Brytanii pieniędzy za to, że tamtejsze władze wprowadziły restrykcyjne prawo dotyczące opakowań papierosów (szare, z szokującymi zdjęciami skutków palenia).

Przyjmując tę logikę, korporacje mogłyby ścigać państwa niemal za każde nowe prawo i w praktyce anulować demokrację. Wystarczy, że udowodnią dyskryminację wobec zagranicznego inwestora, o co nietrudno w sektorach, gdzie brak lokalnej konkurencji. Według różnych statystyk amerykańskie firmy, które specjalizują się w tym procederze, wygrywają przed trybunałami ISDS od 60 do 80 proc. spraw. Co oznacza, że przejmują one kreowanie polityki w swojej działce, zastraszając procesami biedne rządy, których czasem nie stać nawet na sądową batalię.

Komisja Europejska od początku rozmów w sprawie TTIP chce zmienić tę procedurę, choć, jak wiadomo z przecieków opublikowanych przez Greenpeace, Amerykanie trzymają się mocno. Propozycja Komisji przewiduje utworzenie stałego, finansowanego publicznie sądu z przedstawicielami USA i UE o wysokich kwalifikacjach sędziowskich. Bruksela chce też ścieżki apelacji od wyroków, której teraz nie ma. Takich dziedzin sporu jest jeszcze kilka. Na przykład patenty – chodzi o to, aby wypośrodkować ich zakres i czas obowiązywania. Aby z jednej strony nie były za słabe, bo to nie zachęca dużych firm do inwestowania w badania, skoro ich efekty nie są silnie chronione. Z drugiej strony, aby nie były za mocne, bo to ogranicza innowacyjność i w dłuższej perspektywie psuje rynek. I tu znów przeciwnicy TTIP mają dużo racji, twierdząc, że kilka umów o wolnym handlu podpisanych wcześniej przez Amerykę sprowadza się głównie do ochrony amerykańskich patentów w biednych azjatyckich krajach.

Amerykańska uwaga skupiona jest jednak na obronie miejsc pracy, ale ryzyko ich utraty po przyjęciu TTIP wydaje się ograniczone. Ich odpływ jest charakterystyczny dla relacji handlowych z krajami dysponującymi tańszą siłą roboczą jak Chiny. Korporacje przenoszą tam swoją produkcję z powodu niższych wynagrodzeń i praktycznie nieistniejącej ochrony pracowników. Handel między tak różnymi gospodarkami przynosi więc krocie bogatym, podczas gdy szeregowi pracownicy tracą zatrudnienie.

Inaczej rzecz się ma w przypadku gospodarek o porównywalnym poziomie rozwoju – tak jak to jest w przypadku USA i Unii Europejskiej. Produktywność przeciętnego Amerykanina nie odbiega znacząco od produktywności Francuza czy Niemca, więc przenoszenie miejsc pracy traci sens. Otwarcie handlowych granic między rozwiniętymi rynkami zwiększa natomiast różnorodność dostępnych towarów na każdym z nich, a co za tym idzie – napędza konsumpcję, podnosi produkcję i zarobki.

4.

Źródła tych wszystkich obaw są podobne. W międzynarodowym biznesie dominują korporacje, których działania są oparte na outsourcingu – mają siedzibę we Francji, produkcję w Indonezji, finansowanie z Wielkiej Brytanii i błyskawicznie potrafią się przestawić, jeśli pojawią się bariery. Rządy powinny więc zrównoważyć potrzebę regulacji w interesie publicznym i chęć przyciągnięcia wielkich inwestycji, które napędzą wzrost i stworzą miejsca pracy. Przeciwnicy TTIP twierdzą, że ta umowa ostatecznie przeważy szalę na rzecz korporacji.

Zdają się jednak nie dostrzegać, że tego typu umowa to prawdopodobnie ostatnie narzędzie w rękach zachodnich rządów, dzięki któremu mogą kontrolować te korporacje. Można się obruszać na domniemaną obniżkę standardów ochrony konsumenckiej, ale to wciąż będą standardy nieporównywalnie wyższe niż te obowiązujące w Chinach, Meksyku czy innych „tańszych” krajach, które konkurują z Zachodem o inwestycje i miejsca pracy.

Dla wyjaśnienia – to są w dużej mierze argumenty Komisji Europejskiej, ale ponieważ rzadko przebijają się do publicznej debaty, zdominowanej przez przeciwników TTIP, warto je przytoczyć: tylko silny sojusz zachodnich demokracji jest w stanie stworzyć i wyeksportować wysokie i na tyle silne standardy handlowe, aby zostały one przyjęte przez resztę świata. Pokusa dostępu do bogatego rynku 800 mln konsumentów skłoni nawet najbardziej opornych do przyjęcia reguł na nim obowiązujących. Jeśli Ameryka i Europa nie podpiszą TTIP, ich osobna siła przebicia będzie za słaba. „Jeśli wspólnie nie ustanowimy tych standardów, to zrobią to za nas inni” – mówi o TTIP unijna komisarz ds. handlu Cecilia Malmström.

Ci „inni” to właśnie wschodzące potęgi z Azji i Ameryki Łacińskiej. Ich włączenie się w globalizację w ostatnich 20 latach zupełnie odmieniło handel międzynarodowy. Po wojnie oparty na umowach wielostronnych, takich jak GATT (Układ Ogólny w sprawie Taryf Celnych i Handlu), swoje apogeum w tej formie osiągnął wraz z powstaniem Światowej Organizacji Handlu w 1995 r. Później jednak znaczenie zyskały regionalne sojusze gospodarcze.

Najbardziej udany z nich nazywa się Unia Europejska. Ale podobne, choć mniej polityczne konstrukcje, zyskują na znaczeniu również w Azji. Choćby ASEAN, do którego wschodzą m.in. Malezja, Indonezja i Tajlandia. W Ameryce Północnej powstaje NAFTA (Kanada, USA, Meksyk). Według zmarłego w 2009 r. Samuelsona XXI w. będzie wiekiem takich właśnie regionalnych sojuszy handlowych, bo nie widać szans na globalne porozumienie.

5.

Największą pomyłką elit, które zabrały się do pisania TTIP, było uznanie tego sojuszu za kolejną umowę o wolnym handlu. Jak zawsze w takich przypadkach zamknęli się w klimatyzowanych pokojach w towarzystwie korporacyjnych lobbystów i potajemnie zaczęli „sprzedawać wartości”, jak przekonuje organizacja Stop TTIP. I ma wiele racji, bo w tej umowie nie chodzi tak naprawdę o rodzaj gwintu na śrubkach czy miejsce przyszycia metki, ale o sprawy kluczowe dla obywateli, o których w całym cywilizowanym świecie decydują parlamenty.

Krytycy TTIP ignorują jednak kluczowy proces, szczególnie widoczny w przypadku Europy – Stary Kontynent traci na znaczeniu politycznym i gospodarczym i to być może jest ostatni moment, aby ratować swoją pozycję. To oczywiste, że TTIP nie jest umową handlową, tylko sojuszem politycznym opartym na handlu. I w całej swej niedoskonałości powinien być platformą obrony najlepszego, co Europa ma do zaoferowania: wysokich standardów ochrony zdrowia i środowiska, prymatu prawa nad interesami wielkiego biznesu.

W tym celu potrzebna jest jednak karta przetargowa w postaci największej w historii strefy wolnego handlu. Żarliwi przeciwnicy TTIP zasługują na wielkie uznanie za to, jak dziś pilnują interesu społecznego i wytykają wpływ bezczelnych wielkich korporacji na treść tej umowy. Ale nie potrafią dać odpowiedzi na pytanie – co w takim razie powinna zrobić Europa? Bo wbrew temu, co mówią, nie ma powrotu do czasów, „kiedy mieliśmy kontrolę”. Może więc najwyższy czas na małżeństwo prawnika z maszynistką.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną