Merkel znów mocno siedzi w siodle.
Niedawne ataki w Würzburgu, Monachium, Ansbach, Reutlingen Angela Merkel przetrzymywała z zimną krwią. Dopiero po kilku dniach przerwała urlop w brandenburskiej prowincji. Na konferencji prasowej w Berlinie przedstawiła 9-punktowy plan prewencji i zwalczania terroryzmu, przypomniała, że przed rokiem Niemcy nie tyle otworzyli granicę, co jej nie zamknęli, i z całą świadomością powtórzyła formułę z końca sierpnia 2015: „damy sobie radę”. Na pytanie, czy czuje się współwinna tego, że wraz z uchodźcami przybyli do Niemiec także terroryści, odpowiedziała jednoznacznie: „Mogę powiedzieć: nie!”. Ale fakt, że trzech uchodźców okazało się zamachowcami, jest szyderstwem nie tylko z kraju, który ich przyjął, ale także z wolontariuszy, którzy im pomagali, oraz tych wszystkich, którzy naprawdę potrzebują pomocy przed przemocą i wojną. „Sądzę, że znajdujemy się w stanie wojny z »państwem islamskim«” – mówiła Merkel, zarazem jednak „nie możemy dopuścić do zniszczenia naszego sposobu życia”. Słowem: nie chce zmieniać i nie zmieni swego kursu.
Konferencję Merkel niektórzy uznali za ciche otwarcie przedbiegów do przyszłorocznej kampanii wyborczej. Rządząca wielka koalicja trzeszczy w posadach. Słabowici socjaldemokraci (23 proc. w sondażach) cierpią na notoryczny już kryzys przywództwa i odgrażają się, że po raz trzeci nie będą wyciągać za Merkel kasztanów z ognia. Chadecy mają niezłe notowania (35 proc.), ale szarpaninę u siebie: bawarska CSU otwarcie podgryza kanclerz i ma w tym sojuszników w CDU.