Świat

Stan upojenia

Turcja: jak się żyje w stanie wyjątkowym

Jedna z licznych manifestacji poparcia dla prezydenta Erdoğana, plakat głosi: „Ręce precz od tureckiej demokracji”. Jednak podgrzewanie emocji zwykle oznaczało kłopoty. Jedna z licznych manifestacji poparcia dla prezydenta Erdoğana, plakat głosi: „Ręce precz od tureckiej demokracji”. Jednak podgrzewanie emocji zwykle oznaczało kłopoty. Berk Ozkan/Anadolu Agency / Getty Images
Nieudany pucz postawił Erdoğana przed historyczną szansą uzdrowienia kraju nękanego podziałami. Ale prezydent Turcji łatwo może ją zaprzepaścić.
W Turcji panuje dziś nacjonalistyczne upojenie.Zumapress/Forum W Turcji panuje dziś nacjonalistyczne upojenie.

Artykuł w wersji audio

Kawalkada roztrąbionych samochodów pędziła w kierunku placu Taksim w centrum Stambułu. Z ich okien wychylali się młodzi ludzie, wymachując tureckimi flagami. Nad głowami tysięcy Turków zebranych na Taksim rozlewały się dźwięki pieśni wyborczej prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana. Niektórzy mężczyźni w tłumie składali palce na kształt łba wilka, symbolu skrajnych nacjonalistów. Inni skandowali, że Allah jest wielki. Rodziny pozowały do zdjęć na tle policyjnego czołgu. Pan w średnim wieku sprzedawał kawałki arbuza. Był wieczór 16 lipca.

Trudno sobie wyobrazić bardziej skrajną zmianę nastroju. Ledwo dzień wcześniej Taksim i odchodzące od niego ulice rozbrzmiewały od wybuchów i strzałów. Wianek wyraźnie wystraszonych, zdezorientowanych żołnierzy, młodych szaraków, oblegał pomnik Atatürka na południowej części placu. Nad placem przelatywały myśliwce, na tyle nisko, że pokonując barierę dźwięku, wybijały szyby okien z pobliskich budynków. Na wschód od Taksim pojazdy wojskowe blokowały obydwa mosty nad Cieśniną Bosforską dzielącą Europę od Azji.

Gdy na jednym z nich grupa protestujących zaczęła maszerować w stronę żołnierzy, niosąc nad głowami kilkumetrową turecką flagę, ci ostrzelali ich z karabinów. Jeszcze dalej na wschód, w Ankarze, stolicy kraju, samoloty puczystów bombardowały parlament i siedzibę policji. Nagranie, które pojawiło się w internecie parę dni później, pokazało grupkę Turków koczujących przy pałacu prezydenckim Erdoğana, pochłoniętych nagle przez płomienie wybuchającej bomby. Kolejne, tym razem ze Stambułu, pokazało czołg taranujący taksówki z pasażerami w środku.

Żaden z czterech poprzednich tureckich zamachów stanu – ostatni z nich miał miejsce prawie 20 lat temu – nie był tak krwawy jak ten z nocy 15 lipca. Zginęło około 270 osób. Gdyby junta zdołała przejąć władzę, nie utrzymałaby się przy niej bez jeszcze większego przelewu krwi, a może nawet wojny domowej. Setki tysięcy Turków, które wyszły na ulice w odpowiedzi na apel Erdoğana, były gotowe na wszystko, by zapobiec przewrotowi.

Podczas wiecu na Taksim niektórzy z protestujących porównywali się do ofiar zamachu stanu, który obalił egipskiego islamistę Muhammada Mursiego, sojusznika Erdoğana, trzy lata temu. – Te skur… przeniknęły do naszego wojska, próbowały nas wymordować – mówił Yasin, dwudziestoparoletni chłopak, nawiązując do tzw. ruchu Gülena, którego Erdoğan obarcza odpowiedzialnością za pucz. – Jeśli nie stawilibyśmy im czoła, to zrobiliby z nami to samo, co wojsko zrobiło [z islamistami] w Egipcie.

Erdogan – mniejsze zło

Opór przeciw puczystom w pewnym stopniu zjednoczył Turków. Choć naprzeciw czołgom wyszli przeważnie najzagorzalsi zwolennicy rządzącej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), na Taksim nie brakowało jej przeciwników. – Przyszliśmy tutaj, by bronić naszą demokrację, nie Erdoğana – krzyczała Nese, farbowana blondynka w średnim wieku. W poprzednich wyborach głosowała na nacjonalistyczną opozycję. Jej mąż, Necmettin, który zapewnia, jak większość Turków, że za puczem stał Zachód, głosował na sekularystów.

W nocy z 15 na 16 lipca cała klasa polityczna i wolna prasa, którą Erdoğan oskarża od lat o spiskowanie przeciwko jego rządowi, stanęły na wysokości zadania, opowiadając się jednoznacznie przeciwko puczystom. Nawet nieugięci przeciwnicy Erdoğana, ci sami, którzy od lat oskarżają go o dyktatorskie zapędy, uznali go za mniejsze zło niż rządy wojskowych. Turków zjednoczyła także niechęć do wspólnego wroga – ruchu Gülena.

Ruch Gülena, zwany także cemaatem, od lat reklamuje się jako wcielenie oświeconego, umiarkowanego islamu. Jego duchowy przywódca Fethullah Gülen, mieszkający od prawie 20 lat w USA, nieustannie podkreśla rolę demokracji, dialogu międzyreligijnego i szkolnictwa. Cemaat prowadzi organizacje charytatywne, gazety, stacje telewizyjne, stowarzyszenia przedsiębiorców, a także tysiące szkół prywatnych, zarówno w Turcji, jak i za granicą. Wśród zwolenników Gülena znajdują się politycy, dziennikarze, biznesmeni i inne znakomitości, w tym sława tureckiej piłki Hakan Şükür.

Cemaat otacza również sieć sympatyków, ochrzczona przez tureckie media mianem „państwa w państwie” w policji, wojsku i wymiarze sprawiedliwości. Absolwenci szkół Gülena zaczęli przenikać do biurokracji w latach 80., ale skrzydła rozwinęli dopiero pod koniec ostatniego dziesięciolecia. – Wewnątrz sił bezpieczeństwa – mówi Hanefi Avci, były szef policji – sympatycy Gülena stworzyli własne królestwo i własną hierarchię, która dbała bardziej o interesy jej członków niż o dobro państwa.

Urzędnicy państwowi podlegli Gülenowi przekazywali młodym adeptom ściągi do egzaminów na studia. Firmy prowadzone przez członków cemaatu wykładały pieniądze na reklamy w gazetach cemaatu, które pisały peany na cześć organizacji charytatywnych cemaatu oraz samego Gülena itd. Sprzyjający ruchowi prokuratorzy i policjanci tępili jego krytyków. Dwóch tureckich dziennikarzy, którzy opisali potajemne struktury cemaatu, trafiło do więzienia. Ten sam los spotkał prokuratora naczelnego w prowincji Erzincan, który zaczął badać wpływy ruchu w miejscowych szkołach. Avciemu, który napisał książkę o działania gulenistów w policji, groziła kara 15 lat więzienia.

Zerwanie z Gülenem

Do tej „okupacji” kraju przez gulenistów dopuścił sam Erdoğan. Jako partia anatolijskiej konserwy jego AKP nie posiadała kadr zdolnych do objęcia kluczowych stanowisk w aparacie państwowym. Do wyparcia z nich członków starej gwardii, sekularystów, posłużyła się więc wykształconymi pobożnymi (choć nie przesadnie) absolwentami szkół Gülena. Niektórzy z nich trafili z list AKP do parlamentu. Za przyzwoleniem Erdoğana prokuratorzy związani z cemaatem oskarżyli czołowych dowódców wojska o spiskowanie przeciwko rządowi. Setki oficerów trafiło do więzienia. Dopiero parę lat później okazało się, że znaczna część dowodów przeciwko nim została sfingowana przez pracujących w policji członków cemaatu. Procesy te miały na celu utorowanie drogi do najwyższych stanowisk w armii sympatykom Gülena, przekonuje Avci: – Ostrzegałem ludzi, że cemaat był niebezpieczny. (…) Nikt mnie nie słuchał.

Erdoğan zerwał z Gülenem raz na zawsze dopiero w 2013 r., oskarżając członków jego ruchu o wywołanie skandalu korupcyjnego, który zmusił do dymisji czterech ministrów. – Kryzys, którego jesteśmy dzisiaj świadkami, wynika między innymi z wcześniejszej współpracy między AKP i cemaatem – mówi Cevat Ones, były zastępca szefa tureckiego wywiadu.

Przedstawiciele władz w Ankarze utrzymują, że za próbę zamachu stanu odpowiedzialna jest tylko znikoma część wojska, czyli frakcja Gülena. Czystki, które rozpoczęły się tuż po udaremnieniu puczu, wskazują jednak na to, że uczestniczyła w nim dużo szersza koalicja sekularystów i nacjonalistów. Zatrzymanych zostało dotychczas przynajmniej 160 (czyli prawie połowa wszystkich) generałów i admirałów. Mnożą się jednak obawy, że rząd wykorzystuje kryzys, by rozprawić się ze wszystkimi potencjalnymi przeciwnikami w wojsku. „Bunt jest darem od Boga, ponieważ będzie powodem do wyczyszczenia armii” – powiedział w dzień po puczu sam Erdoğan. Dwa tygodnie później jego rząd wydał dekret, na mocy którego wojsko będzie całkowicie podporządkowane ministerstwu obrony, co wcześniej wcale nie było takie oczywiste.

Wstręt i chęć zemsty, które wywołują wśród Turków przewijające się nieustannie przez telewizyjne ekrany nagrania z dnia puczu, dają Erdoğanowi wolną rękę do rozprawienia się z członkami ruchu Gülena. Około 64 proc. Turków jest przekonanych, że to właśnie oni są odpowiedzialni za próbę zamachu stanu. Ekstradycji Gülena z USA, gdzie przebywa od 1998 r., domaga się nie tylko Erdoğan, ale także większość tureckiej opozycji.

Ostatnie wydarzenia sugerują jednak, że Erdoğan strzela z armat do much. Oprócz ponad 20 tys. osób (przeważnie żołnierzy) zatrzymanych w następstwie puczu, jego rząd pozbawił pracy lub zawiesił w obowiązkach około 60 tys. urzędników. Do dymisji zostali zmuszeni dziekani wszystkich tureckich uniwersytetów, zarówno państwowych, jak i prywatnych. Pod koniec lipca Erdoğan nakazał zamknięcie ponad 2300 szkół, fundacji, szpitali i związków zawodowych podejrzewanych o związki z gulenistami. Kilka dni później władze wydały nakazy aresztowania 89 dziennikarzy. Niektórzy z nich wydają się winni jedynie pisania felietonów do gazet związanych z cemaatem. Rząd zamknął ponadto 131 gazet, periodyków, stacji telewizyjnych, rozgłośni radiowych, agencji informacyjnych oraz wydawnictw.

Choć czystki spotykają się z poparciem większości Turków, wielu z nich obawia się, że wkrótce pochłoną one kolejne, niezwiązane z ruchem Gülena media oraz firmy. Nieudany pucz postawił Erdoğana przed historyczną szansą uzdrowienia kraju nękanego od lat podziałami społecznymi i politycznymi. Ale Erdoğan jest bliski jej zaprzepaszczenia. W kilka dni po zamachu turecki przywódca zapowiedział wznowienie budowy meczetu i rekonstrukcji osmańskich koszar na placu Taksim, czyli tego samego projektu, który trzy lata temu wywołał masowe, brutalnie stłumione protesty. „Wybudujemy [koszary], czy im się to podoba, czy nie” – ogłosił.

Nacjonalistyczne upojenie

Turcja stoi także w obliczu klęski polityki zagranicznej. Miesiąc temu rząd Erdoğana naprawił poszarpane stosunki z Rosją i Izraelem. Dziś wydaje się robić wszystko, by popsuć sobie relacje z USA i Unią Europejską (pomaga mu w tym zresztą sam Zachód, który naraził się Turkom, zwlekając z potępieniem zamachu stanu). Erdoğan daje do zrozumienia, że jego rząd będzie zmuszony do zrewidowania swojej polityki wobec Waszyngtonu, jeśli ten nie wyda Turcji Gülena. Inni posuwają się jeszcze dalej. Jeden z tureckich ministrów oskarżył Amerykanów o współudział w zamachu stanu. Redaktor prorządowej gazety zarzucił sojusznikom próbę zabicia Erdoğana. Rząd rozważa ponadto przywrócenie kary śmierci, zniesionej ponad 10 lat temu. Według polityków unijnych oznaczałoby to koniec negocjacji akcesyjnych z Brukselą, których sens właśnie podważył kanclerz Austrii Christian Kern.

W Turcji panuje dziś nacjonalistyczne upojenie. Trwające od trzech tygodni nocne wiece przebiegają w miarę spokojnie. Podgrzewanie temperatury przez rząd Erdoğana grozi jednak uwolnieniem napięć, które niejeden raz spowodowały w Turcji przelew krwi. Kilka dni po próbie zamachu stanu w Malatii, mieście na wschodzie Turcji, policja musiała strzelać w powietrze, by zapobiec starciom między tłumem zwolenników Erdoğana i miejscowymi alewitami, członkami mniejszości religijnej. Podobny incydent miał miejsce w dzielnicy kurdyjskiej w Stambule. Dyplomaci zachodni w Ankarze obawiają się, że pod przykrywką obrony demokracji Erdoğan będzie starał się wprowadzić w Turcji dyktaturę większości. Krajowi, który 15 lipca uniknął jednej katastrofy, niedaleko może być do kolejnej.

Piotr Zalewski ze Stambułu

Polityka 34.2016 (3073) z dnia 16.08.2016; Świat; s. 48
Oryginalny tytuł tekstu: "Stan upojenia"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Związki romantyczne: zachowania, które wydają się normalne, a są toksyczne

Zdarza się, że mylimy zachowania, które są do zaakceptowania, z takimi, które stopniowo nasze związki wyniszczają.

Polityka.pl
13.05.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną