Turcja: jak się żyje w stanie wyjątkowym

Stan upojenia
Nieudany pucz postawił Erdoğana przed historyczną szansą uzdrowienia kraju nękanego podziałami. Ale prezydent Turcji łatwo może ją zaprzepaścić.
Jedna z licznych manifestacji poparcia dla prezydenta Erdoğana, plakat głosi: „Ręce precz od tureckiej demokracji”. Jednak podgrzewanie emocji zwykle oznaczało kłopoty.
Berk Ozkan/Anadolu Agency/Getty Images

Jedna z licznych manifestacji poparcia dla prezydenta Erdoğana, plakat głosi: „Ręce precz od tureckiej demokracji”. Jednak podgrzewanie emocji zwykle oznaczało kłopoty.

W Turcji panuje dziś nacjonalistyczne upojenie.
Zumapress/Forum

W Turcji panuje dziś nacjonalistyczne upojenie.

audio

AudioPolityka Piotr Zalewski - Stan upojenia

Kawalkada roztrąbionych samochodów pędziła w kierunku placu Taksim w centrum Stambułu. Z ich okien wychylali się młodzi ludzie, wymachując tureckimi flagami. Nad głowami tysięcy Turków zebranych na Taksim rozlewały się dźwięki pieśni wyborczej prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana. Niektórzy mężczyźni w tłumie składali palce na kształt łba wilka, symbolu skrajnych nacjonalistów. Inni skandowali, że Allah jest wielki. Rodziny pozowały do zdjęć na tle policyjnego czołgu. Pan w średnim wieku sprzedawał kawałki arbuza. Był wieczór 16 lipca.

Trudno sobie wyobrazić bardziej skrajną zmianę nastroju. Ledwo dzień wcześniej Taksim i odchodzące od niego ulice rozbrzmiewały od wybuchów i strzałów. Wianek wyraźnie wystraszonych, zdezorientowanych żołnierzy, młodych szaraków, oblegał pomnik Atatürka na południowej części placu. Nad placem przelatywały myśliwce, na tyle nisko, że pokonując barierę dźwięku, wybijały szyby okien z pobliskich budynków. Na wschód od Taksim pojazdy wojskowe blokowały obydwa mosty nad Cieśniną Bosforską dzielącą Europę od Azji.

Gdy na jednym z nich grupa protestujących zaczęła maszerować w stronę żołnierzy, niosąc nad głowami kilkumetrową turecką flagę, ci ostrzelali ich z karabinów. Jeszcze dalej na wschód, w Ankarze, stolicy kraju, samoloty puczystów bombardowały parlament i siedzibę policji. Nagranie, które pojawiło się w internecie parę dni później, pokazało grupkę Turków koczujących przy pałacu prezydenckim Erdoğana, pochłoniętych nagle przez płomienie wybuchającej bomby. Kolejne, tym razem ze Stambułu, pokazało czołg taranujący taksówki z pasażerami w środku.

Żaden z czterech poprzednich tureckich zamachów stanu – ostatni z nich miał miejsce prawie 20 lat temu – nie był tak krwawy jak ten z nocy 15 lipca. Zginęło około 270 osób. Gdyby junta zdołała przejąć władzę, nie utrzymałaby się przy niej bez jeszcze większego przelewu krwi, a może nawet wojny domowej. Setki tysięcy Turków, które wyszły na ulice w odpowiedzi na apel Erdoğana, były gotowe na wszystko, by zapobiec przewrotowi.

Podczas wiecu na Taksim niektórzy z protestujących porównywali się do ofiar zamachu stanu, który obalił egipskiego islamistę Muhammada Mursiego, sojusznika Erdoğana, trzy lata temu. – Te skur… przeniknęły do naszego wojska, próbowały nas wymordować – mówił Yasin, dwudziestoparoletni chłopak, nawiązując do tzw. ruchu Gülena, którego Erdoğan obarcza odpowiedzialnością za pucz. – Jeśli nie stawilibyśmy im czoła, to zrobiliby z nami to samo, co wojsko zrobiło [z islamistami] w Egipcie.

Erdogan – mniejsze zło

Opór przeciw puczystom w pewnym stopniu zjednoczył Turków. Choć naprzeciw czołgom wyszli przeważnie najzagorzalsi zwolennicy rządzącej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), na Taksim nie brakowało jej przeciwników. – Przyszliśmy tutaj, by bronić naszą demokrację, nie Erdoğana – krzyczała Nese, farbowana blondynka w średnim wieku. W poprzednich wyborach głosowała na nacjonalistyczną opozycję. Jej mąż, Necmettin, który zapewnia, jak większość Turków, że za puczem stał Zachód, głosował na sekularystów.

W nocy z 15 na 16 lipca cała klasa polityczna i wolna prasa, którą Erdoğan oskarża od lat o spiskowanie przeciwko jego rządowi, stanęły na wysokości zadania, opowiadając się jednoznacznie przeciwko puczystom. Nawet nieugięci przeciwnicy Erdoğana, ci sami, którzy od lat oskarżają go o dyktatorskie zapędy, uznali go za mniejsze zło niż rządy wojskowych. Turków zjednoczyła także niechęć do wspólnego wroga – ruchu Gülena.

Ruch Gülena, zwany także cemaatem, od lat reklamuje się jako wcielenie oświeconego, umiarkowanego islamu. Jego duchowy przywódca Fethullah Gülen, mieszkający od prawie 20 lat w USA, nieustannie podkreśla rolę demokracji, dialogu międzyreligijnego i szkolnictwa. Cemaat prowadzi organizacje charytatywne, gazety, stacje telewizyjne, stowarzyszenia przedsiębiorców, a także tysiące szkół prywatnych, zarówno w Turcji, jak i za granicą. Wśród zwolenników Gülena znajdują się politycy, dziennikarze, biznesmeni i inne znakomitości, w tym sława tureckiej piłki Hakan Şükür.

Cemaat otacza również sieć sympatyków, ochrzczona przez tureckie media mianem „państwa w państwie” w policji, wojsku i wymiarze sprawiedliwości. Absolwenci szkół Gülena zaczęli przenikać do biurokracji w latach 80., ale skrzydła rozwinęli dopiero pod koniec ostatniego dziesięciolecia. – Wewnątrz sił bezpieczeństwa – mówi Hanefi Avci, były szef policji – sympatycy Gülena stworzyli własne królestwo i własną hierarchię, która dbała bardziej o interesy jej członków niż o dobro państwa.

Urzędnicy państwowi podlegli Gülenowi przekazywali młodym adeptom ściągi do egzaminów na studia. Firmy prowadzone przez członków cemaatu wykładały pieniądze na reklamy w gazetach cemaatu, które pisały peany na cześć organizacji charytatywnych cemaatu oraz samego Gülena itd. Sprzyjający ruchowi prokuratorzy i policjanci tępili jego krytyków. Dwóch tureckich dziennikarzy, którzy opisali potajemne struktury cemaatu, trafiło do więzienia. Ten sam los spotkał prokuratora naczelnego w prowincji Erzincan, który zaczął badać wpływy ruchu w miejscowych szkołach. Avciemu, który napisał książkę o działania gulenistów w policji, groziła kara 15 lat więzienia.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną