Świat

Materia polityczna

Minister Smriti Irani: indyjska królowa tkaczek

Minister Irani rozumie, że ponowne narodziny khadi zależą od tego, czy na punkcie tkanin oszaleją ludzie młodzi. Minister Irani rozumie, że ponowne narodziny khadi zależą od tego, czy na punkcie tkanin oszaleją ludzie młodzi. Vipin Kumar/ Hindustan Times / Getty Images
Gandhi twierdził, że prostota i łagodność tkania pozwalają tworzyć lepsze, równiejsze społeczeństwo. Obecny premier Indii dorzuca, że można jeszcze na tym świetnie zarobić.
Ghandi zabiegał, by symbol kołowrotka znalazł się na fladze Republiki Indii. W 1947 r. zastąpiono go bardzo podobnym czakramem cesarza Aśoki.duncan1890/Getty Images Ghandi zabiegał, by symbol kołowrotka znalazł się na fladze Republiki Indii. W 1947 r. zastąpiono go bardzo podobnym czakramem cesarza Aśoki.
Minister Smriti Irani, pięciokrotnie uznana za najlepszą aktorkę telewizyjną Indii, jest w społeczeństwie bardzo popularna, z czego chętnie korzysta indyjski premier.Ahmad Masood/Reuters/Forum Minister Smriti Irani, pięciokrotnie uznana za najlepszą aktorkę telewizyjną Indii, jest w społeczeństwie bardzo popularna, z czego chętnie korzysta indyjski premier.

Nowa minister tekstyliów (tak, w Indiach jest i takie ministerstwo) postanowiła rozruszać zaśniedziałe kołowrotki włókiennictwa nad Gangesem i prowadzi kampanię społecznościową #IWearHandloom (#noszęręcznietkane). Zaczęła się od zdjęcia w ciemnoniebieskim sari zrobionym przy drewnianym krośnie gdzieś w ubogim stanie Bihar. Na prośbę, by inni entuzjaści tradycyjnych tkanin też zrobili sobie w nich selfie, zareagowały aż 22 mln osób na Twitterze, a w ciągu pierwszej doby kampanię wzmiankowało blisko 6 mln użytkowników Facebooka. Wniosek? Ręczne tkactwo nie jest przeżytkiem, budzi podziw, który można przemienić w potężny trend. I spieniężyć.

Takie popisowe chwyty są przez indyjskich rządzących stosowane rzadko. Ale 40-letnia Smriti Irani, która tekę tekstyliów otrzymała zaledwie trzy miesiące temu, złamała już wiele reguł. Ma opinię wojowniczki o temperamencie, który lepiej sprawdza się w protestach ulicznych niż w rządowych gabinetach. Mimo to premier Narendra Modi najwyraźniej ceni pazur pani minister. Wybaczył jej, że kilka lat temu groziła zagłodzeniem się, jeśli Indyjska Partia Ludowa nie odwoła go ze stanowiska szefa stanu Gudżarat. I że kandydując do parlamentu, złożyła fałszywe oświadczenie o dyplomie uczelni, którego nie posiada.

Modi, zamiast ukarać panią minister za kontrowersje w podlegającym jej ministerstwie rozwoju zasobów ludzkich, przerzucił ją na nowy, bardziej atrakcyjny front. Bo Irani przebija popularnością pozostałych członków rządu. Była finalistką konkursu Miss India, gwiazdą popularnego serialu „Teściowa także była kiedyś synową”, została aż pięciokrotnie uznana za najlepszą aktorkę telewizyjną nad Gangesem. Polityką zajmuje się od 13 lat. I ma plan, jak przywrócić do życia zagrożone wyginięciem indyjskie tkaniny.

Na ratunek tkaczom

Entuzjazm mediów i wsparcie celebrytów są jej pilnie potrzebne po to, by zrobić pozytywny szum wokół zapomnianej, a potencjalnie ekskluzywnej i dochodowej branży, jaką jest ręczne włókiennictwo. W Indiach powstaje aż 95 proc. wszystkich tkanin tworzonych na świecie bez udziału maszyn. Ale tkacze khadi – materiałów powstających z uprawianej lokalnie, ręcznie przędzonej i tkanej bawełny, jedwabiu lub wełny – żyją w biedzie. I w przekonaniu, że ich sztuka umrze wraz z nimi. W kraju pracuje 4,3 mln tkaczy, korzystają z 2,3 mln krosien. Są to w większości mikroprzedsiębiorstwa. Jedno sari tka często cała rodzina, w której wiedza, wzornictwo i technologie wędrują między pokoleniami.

Dziesięć lat temu tkaczy było ponad 2 mln więcej. Ich sytuacja jest ciężka – ponad 55 proc. żyje w skrajnym ubóstwie, 62 proc. to osoby niepiśmienne. Najwięcej jest tkaczek – kobiety stanowią 77 proc. pracowników branży. Spędzają przy kołowrotkach i krosnach około 10 godz. dziennie. Tworzą wyrafinowane wzory, zaplatają przędzę w rytm pieśni, które stają się częścią tkackiego spektaklu. W lamówkach i zdobieniach odzwierciedlają lokalne legendy, elementy przyrody, wierzenia. Z czasem ślepną i nabawiają się chorób mięśni oraz kości. Nie mają ubezpieczenia zdrowotnego. Ani motywacji, by przekazać wiedzę dzieciom i skazywać je na równie trudne życie.

Ale teraz to wszystko zaczyna się zmieniać. W ostatnich tygodniach Irani doprowadziła do zarejestrowania w opiece zdrowotnej 10 tys. tkaczy. Jako pierwsza szefowa w historii ministerstwa tekstyliów jeździ na spotkania z rzemieślnikami. Zamierza wyeliminować pośredników, którzy zgarniają lwią część dochodów. Uruchamia więc bezpośrednie dotacje, które pozwolą każdemu tkaczowi kupić nowoczesny sprzęt – rząd poniesie 90 proc. kosztów zakupu. Udostępni też kredyty oraz szkolenia z komputerowego projektowania (większość wzorów powstaje nadal na papierze). Minister zapowiada internetową platformę, dzięki której kontaktować się będą tkacze, handlowcy i projektanci mody. Ruszają też prace nad ochroną interesów rzemieślników. Stosowane przez nich techniki i modele zostaną objęte prawem autorskim. Do katalogów i archiwów trafią tysiące unikatowych, używanych przez dany warsztat czy rejon splotów, naturalnych barwników, zdobień.

Zarejestrowane produkty będą włączane do państwowej marki India Handloom, dla której opracowywana jest międzynarodowa strategia marketingowa. „Egipskie chusty kosztują w Nowym Jorku dwa albo trzy tysiące dolarów, chcę tego samego dla naszych wyrobów” – mówiła niedawno Irani w wywiadzie dla indyjskiego magazynu „Open”. Zaczęła rozmowy z ministrem lotnictwa o umieszczeniu butików India Handloom na wszystkich lotniskach.

Pani minister nie wierzy w zmierzch włókiennictwa, uważa, że wystarczy mu praktyczne i szybkie wsparcie rządu. Bo ręcznie tkane materiały, poza pięknem i indywidualnością ujawniającą się w drobnych niedoskonałościach czy różnicach splotów, mają też wyjątkowo aktualny walor. Są ideałem tzw. zrównoważonego biznesu: przyjazne dla środowiska (ich powstaniu nie towarzyszy produkcja CO², zużycie wody jest niewielkie), organiczne (powstają m.in. z kokosa, liści bananowców, bambusa), dają zatrudnienie małym społecznościom (warsztaty tkackie to największy obok rolnictwa pracodawca na indyjskich wsiach), czym przyczyniają się do zachowania kulturowej różnorodności. Są też wytrzymałe. Im dłużej noszone, tym lepiej wyglądają, działają jak klimatyzacja – latem chłodzą, w zimie grzeją. Równie dobrze pasują do kontestujących konsumpcjonizm minimalistów czułych na punkcie fair trade, co do odzieżowych snobów. Nowe pokolenie ceni khadi podwójnie – za wartość etniczną i etyczną. „Młodzi rozumieją potencjał naszych tkanin i tradycji na rynku globalnym. Czekają tylko na most, który połączy ich z nowoczesnością. I ja będę tym mostem” – zapewnia Smriti Irani.

Premier elegant

Unowocześnienie to klucz, bo włókna khadi ugrzęzły w dobie socjalistycznej dystrybucji. W 1957 r. powstała państwowa komisja khadi i przemysłów wiejskich (KVIC), mająca wspierać i chronić produkcję materiałów. Zmieniła się jednak w zbiurokratyzowanego kontrolera, który hamuje rozwój, a sprzedaż ogranicza do 7060 staromodnych sklepów. Przypominają one mroczne kolonialne składy, w których wędruje się od kantorka do kantorka, podając kwity ziewającym ekspedientom i kasjerom. Wybór tkanin nie jest duży, a sklepy mieszczą się w domach towarowych, o które nowa klasa średnia nawet nie zahacza, pędząc do rozświetlonych galerii handlowych.

Przypływ nowego kapitału po reformach w latach 90. spowodował odwrót klientów od krajowej produkcji, lecz KVIC nie wiedziała, jak przestawić branżę na wolnorynkowe tory. Teraz organizuje sezonowe obniżki, zaczyna współpracę z modnymi butikami, jak FabIndia czy Raymonds, tworzy nowe wzory, a na doradczynię zatrudniła wziętą projektantkę Ritu Bedi, która ostatnio zaprezentowała flagową Khadi Collection. Na pokazie stawiły się gwiazdy kina i politycy. Teraz Bedi marzy o uszyciu czegoś dla premiera.

Bo to premier Modi dał impuls do tekstylnego przebudzenia. Szef rządu słynie z nietuzinkowego gustu. Gdziekolwiek się pojawia, robi wrażenie. Na pierwszą zagraniczną podróż do Bhutanu włożył śnieżnobiałą kurtę. Na rozmowy z Angelą Merkel – brązową marynarkę ze stójką, a na wizytę w USA – szafranową kurtę z odważnym żółtym szalem, przy którym zbladła sukienka Michelle Obamy. Lider opozycji Arvind Kejriwal oskarżył premiera, że wydał na stroje 10 mln dol.

Modi to konserwatysta przekonany, że ekspansja gospodarcza Indii powinna odbywać się przez wzmocnienie własnych zasobów. W audycji radiowej „Prosto z serca”, nadawanej od 2014 r., zachęca Hindusów, by nosili khadi i aby każdy kupił choć jedno utkane ręcznie ubranie. A niedawno powiadomił, że sprzedaż podskoczyła o 60 proc. Ale pewien dociekliwy student ujawnił, że te kalkulacje dotyczą tylko jednego rządowego sklepu w New Delhi. Także szacunki ministerstwa małych i średnich przedsiębiorstw wskazują, że roczne tempo wzrostu produkcji khadi zatrzymało się w okolicach 6 proc.

Dlatego potrzebne są większe zamówienia. Ma je zapewnić administracja publiczna. Jak? Odpowiednio się ubierając. Zatrudniający łącznie 3,5 mln urzędników rząd Indii postanowił, że każdy z nich co piątek ma nosić ubrania szyte z khadi. Także wojsko zadeklarowało chęć zamówienia setek tysięcy żołnierskich koszul. W gotowości są również urzędnicy pocztowi, publiczne szkoły i przedszkola oraz milion pracowników kolei indyjskich. Załogi linii lotniczych Air India już wkrótce będą nosić naturalne kurty i sari, a w klasie biznes nawet serwety i koce będą wykonane ręcznie.

Tkanina narodu

Wszystko to na nowo przypomina, że khadi jest prawdziwą „tkaniną narodu” i ma doniosłe znaczenie polityczne. Hindus, który zakłada ręcznie tkaną bawełnę, staje się nosicielem szczególnego etosu. Dotyczy to rolników, gwiazd Bollywood i premiera. Narendra Modi umiejętnie odnawia w ten sposób jeden z najważniejszych mitów demokratycznych Indii, wzorując się na Mahatmie Gandhim.

Niewiele jest przesady w stwierdzeniu, że Korona Brytyjska uległa pod naporem tego wątłego staruszka, który jako duchowy lider indyjskiego ruchu niepodległościowego przemawiał do londyńskich lordów ubranych w trzyczęściowe garnitury, mając na sobie jedynie kawałek białej bawełny. Sto lat temu strój Gandhiego był demonstracją sprzeciwu wobec wszystkiego, co brytyjskie.

Wcześniej Gandhi studiował i praktykował prawo w szacownej londyńskiej Inner Temple. Doskonale umiał wiązać krawat, zanim w 1918 r. wezwał Hindusów do walki o wolność. Nazwał ją swaradż – samorządnością. Jej ekonomicznym przejawem był ruch swadeśi, nakazujący używanie wyłącznie ojczystych produktów i bojkotowanie dóbr importowanych, którymi Kompania Wschodnioindyjska od XVIII w. zalewała Indie, rujnując ich rzemiosło.

To wtedy khadi stało się symbolem politycznego wyzwolenia. Mahatma nie rozstawał się z kołowrotkiem. Uczynił z niego narzędzie w walce bez przemocy. Mówił, że tkanie wymaga cierpliwości, a więc uczy pokory i pacyfizmu, a jego prostota i łagodność pozwolą stworzyć lepsze, wyzbyte nierówności społeczeństwo.

Nakłaniał Hindusów, by przędli każdego dnia. I zabiegał, by symbol kołowrotka znalazł się na fladze Republiki Indii. W 1947 r. zastąpiono go bardzo podobnym czakramem cesarza Aśoki. Kodeks Flagi wymaga, by szyto ją z khadi pod karą trzech lat więzienia i grzywny.

Khadi stało się duchową tarczą przywracającą Hindusom godność. Miało istotny walor jednoczący – było niedrogie, nosili je najwyżej i najniżej urodzeni.

Wezwań Gandhiego posłuchały miliony, nie wyłączając domów najbardziej elitarnych. Jak ten w Ahmedabadzie, gdzie mieszkał Jawaharlal Nehru z małą córką Indirą. W zaledwie kilka dni rodzina dwojga przyszłych premierów całkowicie się przeobraziła: zniknęły żyrandole, auta i srebrna zastawa. Przy stole z wyłącznie wegetariańskimi potrawami jedzono odtąd rękoma i mówiono w hindi lub urdu. Wymieniona została garderoba – mężczyźni wrócili do kaszmirskich kurt i wąskich marszczonych spodni – czuridarów. Kobiety pozostały przy sari, ale teraz same je tkały. Pikietowały sklepy z importowanym towarem i paliły angielskie materiały. Indira również chciała wziąć udział w narodowej przemianie, więc zniszczyła swą brytyjską lalkę.

Później, gdy podróżowała po świecie z ojcem – pierwszym premierem niepodległych Indii – nosiła sari. Na zdjęciach ze spotkania z Johnem F. Kennedym widać, że narzuciła na nie futrzaną etolę, a Nehru – od skórzanych pantofli po białą czapkę – ubrany był jak Kaszmirczyk. Uczynił z tej czapki symbol swej epoki – łatwo po niej rozpoznać zwolenników socjalistycznych idei. W XXI w. Sonia Gandhi, choć Włoszka i katoliczka, poszła w ślady teściowej i, jak Indira, publicznie występuje wyłącznie w sari o tradycyjnych, dużych wzorach.

Premier Modi, tkając swój publiczny wizerunek z wyrafinowanych strojów, naśladuje więc poprzedników. Ale w jego otoczeniu pojawiają się już ostrzeżenia, że przesadne lansowanie tkanin podczas oficjalnych i urzędowych okazji może mu zaszkodzić. Podobnie jak traktowanie ich śmiertelnie serio.

Tkane na Półwyspie Indyjskim od blisko 5 tys. lat przezroczyste muśliny, gładkie perkale i cieniutkie kretony zachwycały Aleksandra Wielkiego, Vasco da Gamę, elity Rzymu i paryskie salony. I dziś symbolizują wszystko, czego trzeba, by zadowalać gusta znużone masowością światowej produkcji. Minister Irani rozumie, że ponowne narodziny khadi zależą od tego, czy na punkcie tkanin oszaleją ludzie młodzi. Dlatego próbuje wyrwać je z narodowej gabloty i zwrócić im legendarną lekkość.

Polityka 41.2016 (3080) z dnia 04.10.2016; Świat; s. 57
Oryginalny tytuł tekstu: "Materia polityczna"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Prof. Marcin Król o tym, że czeka nas koniec starego świata

Prof. Marcin Król, historyk idei, o tym, że czeka nas koniec starego świata i nic dobrego z tego na razie nie wyjdzie.

Jacek Żakowski
01.01.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną