Świat

Szczęście na dopingu

Blaski i cienie duńskiego hygge

Duński historyk Bo Lidegaard uważa, że hygge stało się dziś swego rodzaju przesłaniem dla świata. Duński historyk Bo Lidegaard uważa, że hygge stało się dziś swego rodzaju przesłaniem dla świata. EAST NEWS
Świat zapragnął żyć w stylu hygge, bo to ponoć daje szczęście. Ale to produkt bardziej złożony niż klocki Lego, inny duński hit eksportowy.
Hygge to umiejętność cieszenia się z małego. To także przytulność i wygoda.Eric Christensen/Wikipedia Hygge to umiejętność cieszenia się z małego. To także przytulność i wygoda.

Od wielu lat Dania plasuje się na pierwszym miejscu, w wyjątkowych przypadkach – na drugim, w międzynarodowych ankietach i badaniach na temat szczęścia narodów. W świecie szarpanym wojennymi konfliktami i politycznym niepokojem coraz więcej ludzi zaczyna wierzyć, że Duńczycy znaleźli klucz do szczęścia. I w przeciwieństwie do Agnieszki Osieckiej, która w swej znanej kiedyś piosence radziła, żeby schować go głęboko, chwalą się tym przed innymi.

Tym kluczem do duńskiego szczęścia ma być słówko hygge, które zrobiło ostatnio na świecie oszałamiającą karierę. Duńczycy twierdzą, że nie da się go przetłumaczyć na żaden inny język. Nie całkiem słusznie. W Polsce moglibyśmy powiedzieć, że do szczęścia w duchu hygge trzeba, żeby w życiu było przytulnie lub jeszcze bardziej miękko: ujutnie (choć to rusycyzm). Także Niemcy ze swoim gemütlich mogliby konkurować z hygge.

– Hygge to znaczy, żeby spotykać się z ludźmi, z którymi lubi się robić coś wspólnie – mówi Anna Hyllested, która przyszła do kawiarni Bastard w pobliżu ratusza i słynnego kopenhaskiego wesołego miasteczka Tivoli. Wraz z przyjacielem piją piwo i grają w karty. Do hygge potrzeba jeszcze blasku świec (Duńczycy są rekordzistami świata w ich zużyciu), wygodnych mebli, dobrego – najlepiej duńskiego – wzornictwa, pięknych widoków i przyrody, dobrego jedzenia, którego symbolem jest znana na świecie, wielokrotnie wybierana jako najlepsza, kopenhaska restauracja NOMA.

Globalny slogan

Słowo hygge stało się tak znane, że trafiło ostatnio do słownika języka angielskiego. Na świecie ukazało się kilkadziesiąt książek z hygge w tytule, kilka w Polsce. Równo 10 lat temu o duńskim szczęściu pisałem w POLITYCE, po jednym z badań stawiającym już wówczas Danię na czele rankingu szczęśliwości. Wtedy nikt się tym nie przejmował. Wszyscy byli na swój własny (narodowy?) sposób szczęśliwi i kwestionowali duńskie pretensje do monopolu na szczęście. Skąd więc wziął się globalny sukces hygge?

Duński historyk Bo Lidegaard uważa, że hygge stało się dziś swego rodzaju przesłaniem dla świata. Żyjemy w czasach, kiedy trzeba zająć stanowisko w trudnych sprawach lokalnych, narodowych i globalnych. Interes prywatny ściera się ze światową polityką w całej jej rozciągłości, z Trumpem i Brexitem, z gorącą debatą „Europa kontra państwo narodowe”. – Świat uważa, że my tu, na Północy, żyjemy w spokoju i zaufaniu do naszych instytucji. Dlatego hygge stało się uniwersalnym sloganem – mówi historyk. Popularyzacja duńskiego szczęścia i hygge mogłaby być wzorem udanego marketingu i promocji kraju.

Nie wszyscy w Danii są jednak kibicami hygge. Najszczęśliwszy naród świata jest na topie w konsumpcji leków antydepresyjnych, alkoholu, tłuszczu i cukru. Tu widoczne są kontrasty. Bogatsza część społeczeństwa żyje wyjątkowo zdrowo, biedniejsi dobrostan zapewniają sobie nadmierną konsumpcją używek. Dania jako jeden z pierwszych krajów wprowadziła dodatkowe opodatkowanie na produkty zawierające duże ilości szkodliwych tłuszczów czy cukru. Po czym szybko się z tego wycofała, gdy okazało się to nieskuteczne. – Można powiedzieć, że w wyścigu po szczęście biegniemy na dopingu. Może to jakiś sposób na przeżycie, ale nie rozwiązuje niczego. Danię należałoby w tej konkurencji zdyskwalifikować za doping, podobnie jak rosyjskich lekkoatletów – mówi Mette Davidsen-Nielsen, szefowa działu kultury wielkiego kopenhaskiego dziennika „Politiken”.

Z drugiej strony duże spożycie leków antydepresyjnych, które cechuje zresztą wszystkie państwa z najwyższym indeksem szczęścia, może też być świadectwem dobrej opieki psychicznej. Na służbę zdrowia Duńczycy nie mają powodów narzekać. Z najwyższymi na świecie podatkami w stosunku do PKB pozostaje Dania nadal państwem opiekuńczym.

Jednocześnie te właśnie podatki spowodowały, że przed prawie pół wiekiem stała się kolebką współczesnego populizmu. Powstała we wczesnych latach 70. Partia Postępu była już wtedy objawem zwątpienia w demokratyczne instytucje. Domagała się ograniczenia biurokracji i odchudzenia sektora publicznego tak dalece, że cięcia miałyby objąć nawet obronę narodową i służbę zagraniczną. Jej spadkobiercą jest Duńska Partia Ludowa, druga co do wielkości w kraju, która zdalnie steruje obecnym rządem, nie wchodząc – z własnej woli – w jego skład.

Rządząca obecnie Danią liberalno-konserwatywna koalicja ma za sobą zaledwie 66 mandatów w 179-osobowym Folketingu. Bez poparcia populistów (37 miejsc) nie mogłaby sprawować władzy. Ceną, jaką płaci obecny premier Lars Løkke Rasmussen za to poparcie, jest m.in. żelazna kurtyna na granicach dla uchodźców i emigrantów, zgodnie z żądaniami ich partii. Zaostrzono także politykę integracyjną, domagając się od już osiedlonych przybyszów pełnego niemal dostosowania się do duńskich zwyczajów.

Restrykcje są tak ostre, że w brytyjskiej prasie pojawiły się w zeszłym roku karykatury Rasmussena w nazistowskim mundurze, w podobnym stylu jak słynne karykatury Allaha w duńskich mediach, wywołujące wściekłość i sankcje wobec Danii w krajach islamu.

Carsten Jensen, czołowy publicysta kraju i autor politycznych kryminałów, pisze, że „obecny rok będzie przełomowy i może oznaczać koniec demokracji lub jej rewitalizację, jeśli energicznie nie weźmiemy się za jej obronę”. W najnowszej książce „Pierwszy kamień”, która właśnie ukazała się w księgarniach, Carsten poddał ostrej krytyce obecność duńskich żołnierzy w Afganistanie. Przedstawił ich jako fanatyków gier komputerowych, którzy swoje upodobania do strzelania do ludzi na tabletach mogli wreszcie urzeczywistniać w realu.

Los na loterii

Mimo pogłębiających się konfliktów, w kraju i na świecie, większość Duńczyków zdaje się o nich nie myśleć. – Ludzie znajdują zapomnienie w hygge i to czyni ich szczęśliwszymi – podkreśla historyk Bo Lidegaard. Ponad trzy czwarte ankietowanych Duńczyków deklaruje się jako szczęśliwi.

Być może to poczucie szczęścia jest jednak wynikiem niewielkich oczekiwań od życia, zadowalania się czymś małym, na przykład przyjemną atmosferą w trakcie spotkań towarzyskich, jaka cechuje hygge. Tak twierdzi profesor epidemiologii Kaare Christensen z uniwersytetu w duńskim Odense: „Jeśli jesteś wielki i cały czas na szczycie, czujesz się zawiedziony i zmartwiony, jeśli coś nie idzie po twojej myśli. Na dole natomiast ludzie potrafią się cieszyć z małego”. Christensen nazywa to zjawisko „syndromem Goliata i Dawida”.

W Danii niemal kokieteryjnie podkreśla się małość tego kraju, której symbolem jest Mała Syrenka (postać z baśni Andersena), rzeźba w porcie kopenhaskim. Duńska polityka „od morza do morza” ogranicza się do wąskiej przestrzeni między Bałtykiem i Morzem Północnym. Barack Obama zrobił kiedyś wielką przyjemność Duńczykom, mówiąc ówczesnej duńskiej premier Helle Thoring-Schmidt, że „Dania boksuje w znacznie wyższej kategorii wagowej, niż waga wskazuje”.

„Duńczycy są z natury szczęśliwsi niż inni, ponieważ mają geny szczęścia” – do takiego wniosku doszli amerykańscy naukowcy z Uniwersytetu Columbia (uczelnia jest zresztą jednym z organizatorów badań nad szczęściem narodów, w których niemal co roku zwycięża Dania). „Amerykanie z duńskimi (nordyckimi) korzeniami są też pogodniejsi i lepiej dostosowują się do warunków, jakie niesie życie” – twierdzą uczeni.

Potwierdzeniem tej teorii może być również ludność Islandii, dawnej duńskiej kolonii na Atlantyku. Islandia także przoduje w rankingach szczęśliwości i czasem udaje jej się nawet wyprzedzić Danię.

Im większa odległość od genetycznego kodu Duńczyków, tym gorsze samopoczucie i słabsze warunki w globalnej konkurencji, uważa prof. Eugenio Proto z brytyjskiego uniwersytetu w Warwick. Kobiety, które pragną szczęścia swoich przyszłych dzieci, powinny je mieć z Duńczykiem. Nie przypadkiem więc Dania stała się wiodącym eksporterem ludzkiego nasienia (także jajeczek wraz z zabiegiem in vitro). Ogłoszenia duńskich banków spermy cieszą się szaloną popularnością w internecie. Ole Schou, właściciel Cryos Biologisk Deponerigservis, jednej z placówek tego typu, chwalił się prasie, że jego bank jest „ojcem” dziesiątków tysięcy dzieci w kilkudziesięciu krajach.

Oprócz uwarunkowań genetycznych przyczyną dobrostanu Duńczyków i ich pobratymców z Islandii jest także nordycki system społeczny i budowany nieprzerwanie przez lata dobrobyt. Nieprzypadkowo w pierwszej dziesiątce rankingu szczęśliwości jest aż pięć państw nordyckich. „Urodzić się w Skandynawii to tak, jakby wygrać los na loterii” – pisał niedawno brytyjski „The Economist”, przypominając ze smutkiem, że to samo mówiło się jeszcze w minionym wieku o Anglikach.

Krajowe Szczęście Brutto

Kiedy byłem w Kopenhadze, duńska telewizja pokazywała reportaż z Bhutanu, himalajskiego królestwa wciśniętego między Indie i Chiny. Bhutan lansuje na świecie wskaźnik Krajowego Szczęścia Brutto, którym proponuje zastąpić PKB (w KSzB himalajskie królestwo nie ma sobie równych, może poza Duńczykami). Symbolem tego szczęścia w Bhutanie jest fallus, którego olbrzymie wizerunki malowane są na domach. Figurki fallusów sprzedawane są także jako pamiątka z kraju. Kult ten stworzyli w przeszłości mnisi buddyjscy. W jednej ze scen reportażu dumny ojciec tłumaczył swoim dzieciom, że wymalowany na ścianie narząd jest symbolem szczęścia, bo daje życie.

A co jest symbolem szczęścia dla Duńczyków? Życie nieco wsobne, odgrodzone od niebezpiecznego świata. Gdyby nie postępująca w „tym malutkim kraju” sekularyzacja, można by powiedzieć, że szczęście Duńczykom daje swojski Święty Spokój, ujutne wyobcowanie.

Takie właśnie hygge z pewnością można przełożyć na dziesiątki języków. Ale czy można je przełożyć na szczęście Polaków, Niemców, Francuzów czy innych nie-Duńczyków? Wątpliwe.

Tomasz Walat z Kopenhagi

Polityka 10.2017 (3101) z dnia 07.03.2017; Świat; s. 54
Oryginalny tytuł tekstu: "Szczęście na dopingu"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Zapomniana historia Mietka Kosza

Film Macieja Pieprzycy „Ikar. Legenda Mietka Kosza” z brawurową rolą Dawida Ogrodnika przypomina wielką postać tytułowego niewidomego pianisty. To powód, by raz jeszcze zastanowić się nad wciąż nośnym mitem artysty straceńca.

Mirosław Pęczak
19.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną