Świat

Krucjata dziecięca

Rosyjska młodzież przeciw władzy

Podczas protestów w Moskwie policja miała pełne ręce roboty. Podczas protestów w Moskwie policja miała pełne ręce roboty. Alexander Miridonov/Kommersant Photo / Getty Images
Młodzież, która wyszła na ulice rosyjskich miast, nie rozumie starej piosenki władz, że jeśli nie Putin, Rosji znów grozi chaos. Nie znają Rosji bez Putina: dla nich „dziś” jest po prostu gorsze niż „wczoraj”.
Gleb Tokmakowmateriały prasowe Gleb Tokmakow
Trzy dni po demonstracjach (na fot. w Sankt Petersburgu) Władimir Putin dał wyraźnie do zrozumienia, że będzie działał po staremu: „Wszyscy, którzy wychodzą poza ramy prawa, powinni ponosić odpowiedzialność zgodnie z rosyjskim ustawodawstwem”.Alexander Petrosyan/Kommersant Photo/Getty Images Trzy dni po demonstracjach (na fot. w Sankt Petersburgu) Władimir Putin dał wyraźnie do zrozumienia, że będzie działał po staremu: „Wszyscy, którzy wychodzą poza ramy prawa, powinni ponosić odpowiedzialność zgodnie z rosyjskim ustawodawstwem”.

Gleb Tokmakow perorował jak doświadczony mówca. „Nieważne, kto będzie rządził, Nawalny czy Putin, ważne, by zmienić sam system władzy. Nasze szkoły są upolitycznione do tego stopnia, że za odmowę narysowania obrazka o dobrej władzy stawia się jedynki. Dlaczego w naszym kraju rządzą skorumpowani politycy? To oni powinni pracować na naszą rzecz, a nie my na nich” – mówił pod żywiołowe brawa demonstrantów, zebranych w centrum sybirskiego Tomska. Gleb Tokmakow ma 12 lat. Nagrane telefonem wystąpienie w mig stało się hitem internetu. Uczeń piątej klasy został najmłodszą twarzą protestów, które 26 marca przetoczyły się przez rosyjskie miasta od Kaliningradu po Władywostok.

Skala i żywiołowość antykorupcyjnych demonstracji prawdopodobnie zaskoczyła władze. O słabym przygotowaniu skutecznych zwykle urzędników z aparatu państwowego dobitnie świadczy fakt, że na miejscach wydarzeń nie zagłuszano internetu. Dzięki temu miliony użytkowników mogło bez przeszkód zobaczyć bezpośrednie relacje z marszów, rejestrowane przez tysiące telefonów.

Równie zaskoczona rozwojem wypadków była stara opozycja. W 2014 r. ostatecznie zgasł ruch białych wstążeczek, zapoczątkowany trzy lata wcześniej ogromnymi manifestacjami na moskiewskim placu Błotnym. Wtedy demonstranci, przede wszystkim rosyjska klasa średnia, domagali się uczciwych i przejrzystych wyborów oraz poszanowania zasad demokracji. Żadne z ich żądań nie zostało spełnione.

Tymczasem Kreml bezkarnie zaciskał pętlę wokół społeczeństwa obywatelskiego, korzystając z przyzwolenia i patriotycznej gorączki Rosjan, jaką wywołała aneksja Krymu. Wydawało się wtedy, że wdzięczni Putinowi obywatele, w imię miłości do oblężonej przez wrogów ojczyzny, zdołają przełknąć gorzką pigułkę międzynarodowych sankcji. Wygląda jednak na to, że trzyletni postkrymski konsens właśnie przestaje obowiązywać. Wypowiedzieli go – całkiem nieoczekiwanie – najmłodsi.

Trampki Dimona i domek dla kaczki

Na mityng przeciwko korupcji uczniowie i studenci przyszli bez transparentów (radosna, kontestacyjna twórczość, inteligentne polityczne hasła na wypisywanych ręcznie plakatach były znakiem rozpoznawczym białych marszów). Zamiast tego przynieśli ze sobą gumowe kaczuszki i powiesili sobie na szyjach powiązane sznurówkami trampki. Wszystko to było nawiązaniem do filmu „On dla was nie Dimon”.

2 marca Fundacja Walki z Korupcją Aleksieja Nawalnego umieściła na YouTube film o korupcji premiera Rosji. „Pałace, jachty, winnice, czyli tajne życie Dmitrija Miedwiediewa” – głosi podtytuł. Krytycy wypominają Nawalnemu, że bez podania źródeł wykorzystał pracę wielu dziennikarzy śledczych. Oraz że domniemania i niezweryfikowane informacje prezentuje jak niezbite fakty. Lecz wszystkie zastrzeżenia bledną w świetle niewiarygodnej popularności, jaką zdobył film. Trzy tygodnie po premierze miał 15,5 mln wyświetleń. Najliczniejszą część widzów stanowią młodzi i bardzo młodzi Rosjanie: studenci oraz uczniowie.

Nawalny przygotował swoje śledztwo specjalnie dla nich. Film o korupcji drugiej osoby w państwie ogląda się jak teledysk. Krótki i zrozumiały przekaz, dobrze wkomponowana infografika, nagrania z dronów. Całość przemyślana w najdrobniejszych szczegółach – od białej koszuli Nawalnego do żółtych kaczuszek z gumy, które migają w tle na półkach z książkami. „Drobiazg może zdradzić najbardziej pazernych i skorumpowanych. Byłego prezydenta, aktualnego szefa rządu i właściciela kolosalnego nielegalnego majątku wydały... zwykłe trampki” – mówi w słowie wstępnym opozycjonista. Na prowadzący wprost do Miedwiediewa schemat nielegalnych transakcji wartych miliardy rubli naprowadził Fundację Walki z Korupcją sam były prezydent Rosji i jego słabość do zakupów. Okazało się, że odbiorca ogromnych przelewów posługiwał się tym samym mailem przy zakupie bardzo charakterystycznych trampek, które mniej więcej w tym czasie pojawiły się na nogach prezydenta. To trafiło do młodych. „Polityka nigdy mnie nie interesowała – mówił gazecie „Moskowskij Komsomolec” 16-letni uczestnik protestu w Moskwie. – I o Nawalnym niewiele wiedziałem. Kolega podesłał mi link do filmu o Dimonie. Obejrzysz i od razu staje się jasne, dlaczego nasi ludzie żyją w takiej biedzie”.

O korupcji w kręgach rosyjskiej władzy powstały setki artykułów i książek. Kto chciał, ten wiedział, co trzeba. Ale nawet najlepiej udokumentowane śledztwa dziennikarskie odbijały się od ściany społecznej obojętności. Tym razem jednak chodziło o kogoś specjalnego. – Miedwiediew, zwany przez Rosjan z pobłażaniem „Dimonem”, uważany był za najbardziej nieszkodliwego w grupie sprawującej władzę – tłumaczy politolog i publicysta Deutsche Welle Iwan Preobrażeński. – Ludzie kojarzą jego prezydenturę z próbami liberalizacji reżimu. Ma image wiecznego chłopca, który lubi kolorowe trampki. Młodzi mają go za spoko gościa. I nagle okazuje się, że to nie spoko gość, tylko skorumpowany miliarder.

Film Nawalnego doskonale trafił w swój czas i na swoją widownię. Kryzys ekonomiczny, pogłębiony przez sankcje nałożone na Rosję po Krymie, uderzył w rosyjskie rodziny. Nastolatki odczuły to wyjątkowo boleśnie, bo to im się skończyły zagraniczne wakacje i sowite kieszonkowe. Dlatego doniesienia o zabytkowych rezydencjach, gdzie zamontowano windy dla samochodów, by z luksusowego auta trafić wprost do przestronnego apartamentu, oraz wielohektarowych daczach, gdzie „nawet kaczce wybudowano drewniany domek pośrodku stawu”, burzą młodą krew w żyłach.

– To postputinowskie pokolenie – mówi Preobrażeński. – Urodzili się, gdy Putin był już u władzy lub na krótko przed tym. Borys Jelcyn to dla nich legenda, a Gorbaczow jest jak mumia faraonów. Ci młodzi nie pamiętają niespokojnych lat 90. Nie działa na nich stara piosenka władz, że bez Putina Rosji znów zagrozi chaos, uliczne wojny gangów. Nie czują wdzięczności dla prezydenta za zaprowadzoną w kraju stabilność. Przeciwnie, naftowo-gazowa prosperity z początku XXI w. ustawia ich w kontrze do władz: dla nich „dziś” jest gorsze niż „wczoraj”. A to dobry powód do ulicznych wystąpień.

– Wchodzą w dorosłość z poczuciem, że państwo zmierza do gospodarczego upadku, nie ma szans na nowoczesną służbę zdrowia ani perspektyw dla młodych – kontynuuje Preobrażeński. – Są sfrustrowani. Nie liczą na emigrację, bo rodzima propaganda przekonała ich, że na świecie nikt na nich nie czeka. Mają słaby kontakt z rodzicami, a już na pewno nie rozmawiają z nimi o polityce: ich rodzice za bardzo boją się tego słowa. „By zatrzymać syna w domu, musiałbym go przywiązać do kaloryfera. Tego nie chciałem robić” – żalił się mediom wyraźnie przestraszony ojciec wygadanego 12-latka z Tomska.

Internet 2

Kiedy Nawalny wezwał do antykorupcyjnego protestu na ulicach rosyjskich miast, państwowa telewizja, rzecz jasna, całkowicie go zignorowała. Ale sceptyczni wobec jego inicjatywy byli także użytkownicy Facebooka oraz Twittera. Aktywni w sieciach społecznościowych weterani białych marszów kręcili nosem, że Nawalny zwołuje ludzi na nielegalne akcje. Bo właśnie „legalność” była największą siłą opozycyjnych demonstracji sprzed pięciu lat. Członkowie wielkomiejskiej klasy średniej postawili warunek: będą uczestniczyć w białych marszach, tylko jeśli władze miejskie wydadzą zgodę na organizację manifestacji. – To dla mnie ważne, że białe marsze są legalne. Inaczej bym w nich nie uczestniczył – mówił mi w 2012 r. 37-letni wówczas broker giełdowy Andriej.

Lecz to, co było siłą tamtych protestów i przyciągało klasę średnią, łatwo zamieniło się w największą słabość ruchu. Represje władz, wymierzone na chybił-trafił w szeregowych uczestników protestu, drakońskie kary więzienia dla wyłowionych z tłumu demonstrantów spowodowały, że ruch białych wstążeczek ze strachu zwinął się w sobie. Broker Andriej, podobnie jak wielu innych uczestników tamtych protestów, wyjechał na Zachód. Inni wybrali wewnętrzną emigrację.

Uczestnicy protestów z 2011 i 2012 r. skrzykiwali się za pośrednictwem Facebooka – dlatego nazywano je „powstaniem lajków”. Teraz wśród 50-, 40-, 30-letnich użytkowników sieci zapanował marazm. Ich bierność i zniechęcenie wykorzystali proputinowscy propagandyści, zagarniając dla siebie ogromne przestrzenie rosyjskiej sieci www.

Młodzi już dawno opuścili Facebooka. Ich wirtualne życie toczy się w zamkniętych grupach z memami i na messengerach, które publicysta „Nowej Gazety” Kirył Martynow nazywa Internetem 2. To Internet 2 jest teraz awangardą protestu. Choć Nawalnemu zarzucono, że organizuje „dziecięce krucjaty”, wykorzystuje nieletnich w politycznej walce, prawda wygląda jeszcze ciekawiej: użytkownicy Internetu 2 od dawna są wkurzeni na władze za coraz brutalniejsze zakusy na wolność sieci. Za nieprawomyślny post można wylądować na liście ekstremistów FSB, a nawet w więzieniu. To wywołuje zrozumiałą wściekłość. – W proteście 2011 r. młodzież uczestniczyła, a protest 2017 r. został przez młodzież zorganizowany – podsumowuje Preobrażeński.

Szkoła Putina

W marcu uczniowie szkoły nr 1 w Briańsku przeżyli swoje pięć minut internetowej sławy. Jeden z nich publicznie wyraził chęć uczestnictwa w marszu przeciwko korupcji. Został wezwany na policję. Z oburzonymi kolegami z klasy dyrektorka i jedna z nauczycielek przeprowadziły rozmowę profilaktyczną. Przypomniały, że za kryzys w Rosji odpowiadają Ameryka i Unia Europejska, a wielki rosyjski lider znów zrobił z Rosji mocarstwo.

Kobiety nie miały pojęcia, że są nagrywane telefonem. Opublikowane nagranie okazało się sieciową bombą. Nawet prokremlowscy komentatorzy nie ukrywali swojego zniesmaczenia zachowaniem nauczycielek. Ich krzykliwy serwilizm wobec Putina, niedopuszczanie uczniów do głosu, sprzeciw wobec najmniejszego odstępstwa od jedynie słusznej postawy budziły skojarzenia z realiami ZSRR. W ostatnich latach wielu rosyjskich nauczycieli stało się wiernymi sługami systemu. Często z własnej inicjatywy prowadzą w swoich klasach „lekcje patriotyzmu”. W czasie wyborów oblegają komisje, wywierają presje na swoich uczniów wyborców. „Gdyby nie było masowego, tępego, bezmyślnego kłamstwa, nasze dzieci długo jeszcze zostałyby apolityczne – napisał jeden z rosyjskich komentatorów. – Dorośli na własne życzenie prowokują najmłodszych”.

26 marca Putin, gdy młodzi z ulic rosyjskich miast dość nieoczekiwanie rzucili mu wyzwanie, obchodził 18. rocznicę objęcia po raz pierwszy prezydenckiego fotela. W Rosji coraz częściej porównują starzejącego się prezydenta do Breżniewa. Tak jak kiedyś drwiono z „ufryzowanego” genseka, tak dziś coraz więcej żartów budzi nienaturalnie napięta skóra twarzy rosyjskiego prezydenta. Żartów przybywa, choć nikomu nie jest do śmiechu.

– W okresie późnego ZSRR maksimum, na co zwyczajny człowiek mógł liczyć w zawodowym życiu, to była kariera inżyniera, nauczyciela, pułkownika. Dziś jest podobnie: młodzi dobrze wiedzą, że wyżej menedżera ds. sprzedaży nie podskoczą. Bo wszystkie intratne miejsca pracy zostały zajęte przez „Dimonów” – mówi Preobrażeński.

Brak perspektyw to jeszcze jeden dobry powód, by wyjść na ulicę. I jeszcze jedna znacząca różnica między dzisiejszym buntem a marszami z 2011 r. Wtedy protesty wybuchły, bo syta rosyjska klasa średnia, która z czystym sumieniem oddawała głos na Putina, domagała się politycznych reform. Tegoroczne demonstracje wyrosły na socjalnym, a nie politycznym gruncie. I dlatego o wiele trudniej będzie je zdławić.

Trzy dni po demonstracjach Władimir Putin dał wyraźnie do zrozumienia, że będzie działał po staremu: buntującej się młodzieży nie zaproponuje nic oprócz przemocy państwowej. „Wszyscy, którzy wychodzą poza ramy prawa, powinni ponosić odpowiedzialność zgodnie z rosyjskim ustawodawstwem” – powiedział twardo.

Preobrażeński uważa, że paradoksalnie Kreml cieszy się z młodzieżowych niepokojów przed zbliżającymi się w marcu 2018 r. wyborami prezydenckimi: – Daje to kapitalną możliwość rozegrania społeczeństwa zgodnie z klasycznym podziałem na ojców i synów. Dorosła większość w swojej masie jest jak na razie po stronie władzy albo milczy. I teraz starszym pokoleniom władze dadzą wybór: spokojna starość z Putinem czy rewolucja młodych radykałów? Kreml nie ma wątpliwości, który wariant wybierze rosyjski elektorat. Choć, jak pokazał przykład ZSRR, ludzie potrafią zaskoczyć.

Dużo zależy od tego, jak będą się rozwijać relacje Nawalnego z młodzieżą: czy będzie to krótkotrwały romans, czy poważny związek. Dziś pewne jest tylko jedno: w przeciwieństwie do 2011 r., kiedy pretendentów do tytułu było kilkunastu, Nawalny został niekwestionowanym liderem opozycji. Pytanie brzmi, jak sobie poradzi z nową rolą?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Rozmowa z Davidem Martelo, uczestnikiem rewolucji goździków

O portugalskiej rewolucji goździków sprzed 45 lat opowiada jej uczestnik David Martelo.

Krzysztof Kubiak, Tadeusz Zawadzki
23.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną