Świat

Prawo i piędź

Kim są współcześni właściciele gruntów na ziemi

Kobiety z indonezyjskiego plemienia Yali. Takie plemienne pola to dziś łakomy kąsek. Kobiety z indonezyjskiego plemienia Yali. Takie plemienne pola to dziś łakomy kąsek. E. Baccega/Arco Images
Nieuregulowany status ziemi w skali globu jest jak zaraza i trzeba z nim walczyć.
Las tropikalny, AmazoniaMarcelo85photo/Wikipedia Las tropikalny, Amazonia

Artykuł w wersji audio

Polskie potyczki z szemranym przejmowaniem nieruchomości, z aferą reprywatyzacyjną na czele, podpowiadają, że warto mieć w garści formalny tytuł do zajmowanej nieruchomości: domu, w którym się mieszka, uprawianego pola czy użytkowanego pastwiska. Na świecie tego typu zabezpieczenie nadal jest luksusem, stosowne papiery ma tylko jedna trzecia ludzkości. Tak fundamentalnego prawa pozbawionych jest zatem kilka miliardów osób, najczęściej – i jak zwykle – w państwach biednych i niezamożnych.

Bank Światowy szacuje, że np. w Afryce ledwie 10 proc. ziemi na wsi ma udokumentowanych posiadaczy. I choć sposoby posiadania czy użytkowania są różne, bo rozmaicie układał się rozwój systemów prawnych, to za bezpieczną uznaje się sytuację, w której faktycznego użytkownika ziemi nie można, ot tak, z niej usunąć. A jeśli do wyrzucenia dojdzie, należy się odszkodowanie. Papier być powinien na wypadek zagrożenia wyprowadzką, bo pod każdą szerokością geograficzną biurokracja i sądy najchętniej pracują z opatrzonymi pieczątkami i podpisami dokumentami. Z tym że tylko ułamek działek figuruje w rejestrach katastralnych lub jest zaznaczony na mapach. Większość globalnego zarządu nieruchomości nadal działa tak jak od swojego początku: na gębę.

Ten system jest zaskakująco sprawny, wystarcza, że sami użytkownicy ziemi i ich sąsiedzi wiedzą, którędy biegną granice działek. W wielu przypadkach wizyta geodetów nigdy nie była konieczna i nikomu nie przyszło do głowy, by ich wzywać, bo takie wynalazki, jak konieczność potwierdzania prawa do ziemi albo zwyczaj ograniczania do niej dostępu, przywieźli dopiero zachodni kolonizatorzy, wierzący w prymat indywidualnej własności.

Ziemia plemienna

1,5 mld ludzi jest wciąż uzależnionych od kolektywnego zarządu ziemią. Rzecz zazwyczaj dotyczy terenów słabiej zaludnionych, od tajgi, tundry, przez sawanny, stepy i pustynie, po lasy tropikalne, w sumie około połowy lądów, często to pastwiska (z pasterstwa, także nomadycznego, żyje dziś 200 mln ludzi). Miejsca te miewają formalnego właściciela, przeważnie Skarb Państwa, ale rzeczywisty gospodarz jest grupowy: plemiona albo lokalne wspólnoty. Takie jak lud Hadza z północy Tanzanii, który od jakichś 40–50 tys. lat – na tyle archeolodzy szacują ciągłość jego kultury – obywał się bez wyznaczania swojego rewiru zbieracko-łowieckiego. Albo chińskie wiejskie komuny, którym ziemię przydzieliła kolektywizacja kilkadziesiąt lat temu.

Pomysł indywidualnej własności, zwłaszcza własności nieruchomości rolnych – dla Hadza czysto abstrakcyjny, w przypadku Chińczyków zwyczajnie niedostępny – uznawany na Zachodzie za świadectwo postępu, na kolonizowanych kontynentach przyczynił się również do ograniczenia roli kobiet. Zdarzało się, że tam, gdzie w epoce przedkolonialnej zwyczaj nie dyskryminował pań i dawał im samodzielność, przefiltrowanie go przez zachodnie rozwiązania zaowocowało ubezwłasnowolnieniem kobiet przez mężczyzn. I jeśli dorzuci się kraje, gdzie mężczyźni, podpierając się np. religią, zapewnili sobie dominację, to wychodzi, że w ponad połowie państw kobiety mogą nabyć prawa do ziemi jedynie za pośrednictwem męskich krewnych – ojca, męża czy syna. Bez reprezentacji męskiej wdowy i samotne córki lądują gdzieś na najniższych szczeblach drabiny społecznej. Jak jawną jest to niesprawiedliwością, widać w statystykach. 43 proc. światowej siły roboczej w rolnictwie stanowią kobiety. Ale znów w krajach rozwijających się należy do nich ledwie co dziesiąte, w najlepszych przypadkach co piąte gospodarstwo. A jeśli już są posiadaczkami, to kobiece gospodarstwa mają powierzchnię od połowy do dwóch trzecich tych należących do mężczyzn.

Pasztet jest więc spory i przyjęto za uniwersalną prawidłowość, że trzeba rzecz możliwie szybko uregulować. Świat będzie lepszym miejscem do życia, jeśli miliardy ludzi uzyskają wreszcie formalne potwierdzenie prawa do ziemi, nieważne, czy na rzecz grupy czy jednostki, a żadna z płci nie będzie dyskryminowana. Dwaj eksperci w dziedzinie planowania przestrzennego – Stig Enemark z uniwersytetu w duńskim Aalborgu i Brytyjczyk Robin McLaren – zaproponowali na marcowej konferencji, zorganizowanej w Waszyngtonie przez Bank Światowy, by do tej sfery podchodzić tak, jak zwykliśmy traktować choroby zakaźne. Już 40 lat temu eradykowano atakującą ludzi ospę prawdziwą, a kilka lat temu zlikwidowano księgosusz, niebezpieczną chorobę bydła, na dodatek niemal udało się wytępić polio, zatem nie będzie wielką sztuką danie wreszcie wykluczonym dwóch trzecim ludzkości tego, co im się po prostu należy.

Udane reformy rolne, przeprowadzone także po drugiej wojnie światowej m.in. w Japonii i Korei Płd., podpowiadają, że to przepis na szybkie i w miarę łatwe podźwignięcie milionów. Stig Enemark i Robin McLaren za realny uznają cel, by 80 proc. spraw związanych z wyjaśnieniem statusu nieruchomości uporządkować do 2030 r. Szczepionkami mają tu być nowe technologie, w roli firm farmaceutycznych występują cyfrowi giganci, m.in. Facebook. Wykorzysta sztuczną inteligencję do przeanalizowania blisko 15 mld zdjęć satelitarnych, by skatalogować konstrukcje zbudowane przez ludzi w 20 państwach Afryki i jeszcze w tym roku udostępni publiczne mapy.

Skutki nieporządków w katastrach, ich braku lub dyskryminacji w dostępie do decydowania o swojej ziemi są podobne do efektów pandemii, mówią Enemark i McLaren. Sprowadzają biedę, powodują konflikty, niszczą środowisko. Nie jest to wymysł lobby notariuszy, zależności są dość proste. Najbiedniejsi z nas mieszkają na wsi, z reguły żyją tylko z tego, co urodzi użytkowana przez nich ziemia, i są uzależnieni od jej plonu. Zdobywają tam niemal całe pożywienie, materiały do budowy domów, często surowiec na przedmioty codziennego użytku, jak ubrania czy narzędzia, a także lekarstwa. Ziemia stała się nieodłącznym elementem tożsamości i kultury jej mieszkańców.

Opór przed ucieczką

Niewyjaśniony status gruntów rodzi niepewność i blokuje inwestycje, skoro nie ma się dowodu posiadania, nieruchomość nie może stać się zabezpieczeniem ewentualnej pożyczki, bez której nie poprawi się żyzności gleby czy nawadniania. Powszechny jest także lęk przed opuszczaniem swoich działek w czasie katastrof. Namawiani do ewakuacji boją się, że ich opuszczone nieruchomości zostaną przejęte. Ten opór przed ucieczką podwyższa śmiertelne żniwo np. tropikalnych cyklonów. O słuszności podobnej intuicji przekonały się m.in. tysiące mieszkańców Haiti, poszkodowanych w ostatnim trzęsieniu ziemi, którzy nie mają dokąd wrócić, bo na miejscu ich domów poprowadzono publiczne projekty infrastrukturalne.

Naprzeciw niepewnych stoi wielki kapitał. Z jego punktu widzenia miliony hektarów lasów, wód, ziemi ornej i pastwisk oraz tkwiące pod ich powierzchnią surowce mineralne marnują się w rękach nieudolnych rolników, lekkomyślnych pasterzy, nieogarniętych tradycyjnych myśliwych czy nienowoczesnych wspólnot, które nie potrafią zrobić z tych aktywów porządnego użytku. Duże pieniądze zawsze szukały ziem do łatwego przejęcia, zaczęło się przed wiekami wraz z zachodnioeuropejskimi kompaniami kolonialnymi, później podobną działalność podjęły amerykańskie firmy rolnicze. Wzrost zainteresowania gruntami rolnymi jako okazją do zrobienia dobrego biznesu wzrósł znów dekadę temu, gdy gwałtownie zaczęły rosnąć ceny żywności – ich reperkusjami były m.in. protesty arabskiej wiosny.

Około 2008 r., wraz z omdleniem światowego systemu finansowego, doradcy inwestycyjni wymyślili, by inwestować w produkcję żywności, dostrzegli w niej bezpieczną przystań, ludzie zawsze coś będą musieli jeść. Na to nałożyła się jeszcze zwiększona produkcja biopaliw. Tak powstał przepis na zapotrzebowanie na nowe latyfundia, optymalnie na surowym korzeniu i takie po kilkanaście–kilkadziesiąt tysięcy hektarów. Land Matrix, pozarządowa globalna sieć monitorująca handel wielkimi połaciami gruntów, od 2000 r. skatalogowała ponad 1,5 tys. dużych transakcji dokonanych przez zagranicznych inwestorów, obejmujących przeszło 85 mln ha.

Inwestorzy nie są wybredni, ale wybierają państwa raczej słabsze i biedniejsze, chętnie sąsiednie, stąd argentyńskie inwestycje w Brazylii czy malezyjskie w Indonezji. Mapa przejęć dużych obszarów ziemi pokrywa się z rozkładem nie tylko żyznych gleb, ale także politycznej niestabilności, niewydolnych rządów, korupcji lub rozwarstwienia. W Europie to Ukraina, Rosja na przedpolu Kaukazu, Rumunia i Bułgaria, do tego cała Azja Południowo-Wschodnia, najbiedniejsze części Oceanii, zachodnie i wschodnie wybrzeża Afryki, Ameryka Środkowa i Południowa.

Zazwyczaj celem jest stworzenie plantacji roślin aktualnie najbardziej dochodowych, np. palmy olejowej, w grę wchodzą pola pod produkcję zbóż i hodowlę bydła. Płacą fundusze prywatne i państwowe z Ameryki, Europy i Azji, w tym rządy szukające ujścia dla swoich nadwyżek budżetowych. Przy okazji dbając, jak pustynne państwa znad Zatoki Perskiej albo ubogie w ziemię rolną Chiny, o własne bezpieczeństwo żywnościowe. Kto potrzebuje tyle przestrzeni, będzie też nalegał na pilne uregulowanie stanu prawnego gruntów. Tyle że zgłodniali rozległych areałów nie bawią się w biznesy z pojedynczymi albo zbiorowymi posiadaczami, starają się nie zasięgać także ich opinii, bo wynik konsultacji jest z góry znany. Dla nich partnerami są rządy sprzedające lub przyznające koncesje na dziesiątki lat. Zabór ziemi miewa okropne konsekwencje, zaburzenie tradycyjnego mechanizmu zarządu ziemią wywołało wyjątkowo krwawą wojnę między pasterzami i rolnikami w Darfurze, będącym areną jednej z największych klęsk humanitarnych współczesności. Co nie przeszkodziło Sudanowi Płd. oferować się jako atrakcyjne państwo dla zagranicznych inwestorów rolnych.

W 2009 r. w jednym z najgłośniejszych przypadków takiej transakcji rząd Kamerunu przyznał pewnemu amerykańskiemu funduszowi venture capital prawo do wycinki 73 tys. ha tropikalnego lasu (to więcej niż polska część Puszczy Białowieskiej), by na 99 lat urządzić tam plantację palm. Teren ten stanowił tradycyjnie własność kilku plemion, już wcześniej rugowanych ze swoich ziem. Intensywna kampania sprzeciwu ograniczyła koncesję do niespełna 20 tys. ha. Nie tylko w Kamerunie pod wpływem krytyki, także międzynarodowej, władze obniżają zakres podobnych licencji. Zdarza się również, że cofają je sądy, np. firmom wydobywczym, ale czasem trudno jest wyegzekwować wyrok sądu. Kto ma to zrobić w dżungli, gdzie działa przede wszystkim prawo silniejszego? Niemniej politycy znajdują klucze, by przyciągać inwestorów, na czele z interesem społecznym, którym objaśnia się wszystko, od wydobycia ropy po budowę zapór na rzekach, które po zablokowaniu rozlewają się na tereny zamieszkane przez plemiona tubylcze.

Kolektywnie pola i pastwiska narażone są na grabież, bo w państwowych rejestrach bywają zaszeregowane jako leżące odłogiem nieużytki, czekające na bardziej zaradnego gospodarza.

Na dodatek nowe techniki rolnicze pozwalają na zbieranie plonów na jałowych glebach i w suchym klimacie. Tym samym miejsca dotąd niedostępne, uchodzące za mało atrakcyjne dla rolnictwa, nabierają walorów. Kapitał zwykł obiecywać rządom, że inwestycja zagraniczna w rolnictwo doprowadzi do wzrostu plonów i zatrudnienia, jednak rąk do pracy potrzeba zazwyczaj na początku przedsięwzięcia, gdy powstają budynki i infrastruktura. Później mechanizacja ogranicza liczbę pracowników, a zwiększone plony nie rozwiązują też problemu tych, którzy wcześniej korzystali z ziemi. I nie tylko chciwość stoi za rugami. Mnóstwo krzywd spowodowało wyznaczanie terenów chronionych, także parków narodowych.

Cywilizacja naciska

Szereg terenów, które zaczęto chronić, zamieszkiwały w minionych dekadach ludy tubylcze, na jeszcze większym obszarze gospodarowały lokalne społeczności. Ofiarami stały się prawdopodobnie miliony ludzi, w lasach i na otwartych przestrzeniach. W Afryce wielu plemionom zabroniono wstępu ze stadami do parków, choć bydło może się paść obok dzikich zwierząt, a pasterze pilnują buszu i często to ich pastwiska są miejscami, gdzie turyści jeżdżą na safari. Zresztą teraz w wielu afrykańskich parkach ziemia grabiona jest kolejny raz, tym razem przez twórców ośrodków turystycznych. Podobno w słynnym Masai Mara, na granicy Kenii i Tanzanii, dwa na trzy przybytki dla turystów zostały postawione nielegalnie.

Efekt dominacji zachodnich rozwiązań skazuje wiele ludów tubylczych na trudną próbę, cywilizacja wciąż naciska. Owszem, pod ich zarządem znajduje się większość obszaru Turkmenistanu czy jedna trzecia Peru, ale żądają tam ok. 20 mln ha więcej. W Indonezji plemiona decydują o tylko 0,2 proc. powierzchni, chcą, by im dodać 40 mln ha, w Kanadzie mają 7 proc., ale rdzennej ludności przyznano tereny głównie na dalekiej niegościnnej Północy. Ludowi Hadza, liczącemu niewiele ponad tysiąc członków, po długich staraniach udało się uzyskać prawa do 20 tys. ha. W Indiach – już niedługo najludniejszym państwie – około połowy gospodarstw domowych na wsi uprawia ziemię należącą albo do lokalnych wspólnot, albo do państwa. Także pierwszym użytkownikiem około połowy indyjskich lasów powinny być tradycyjne wspólnoty, w sumie 150 mln osób. W Birmie na prawa do ziemi czeka 30 mln rolników itd.

Dopiero lata złych doświadczeń pokazują, że kolektywna własność ziemi nie jest przeżytkiem. Tradycyjne wspólnoty są bardziej produktywne, niż chcą statystyki urzędników i ekonomistów, gdyż plon rzadko staje się przedmiotem handlu, wymiany pieniężnej i opodatkowania. Tzw. cywilizowany świat uczy się tego, co ludzkość wypracowała przez tysiące lat. Z różnych badań wynika, że lokalne społeczności potrafią gospodarować bez wykańczania innych form życia. Zarządzane przez nie lasy są bardziej różnorodne i znacznie rzadziej niszczone, np. puszczę amazońską w Brazylii najwolniej wylesiano tam, gdzie gospodarują ludy tubylcze. Dzieje się tak – to obala kolejne mity – przy wypalaniu lasu. Tak, las ginie w pożarach wzniecanych pod zakładanie pól, ale stopniowo się naturalnie odradza, gdy ludzie przenoszą się w inne miejsca. To możliwe jest oczywiście tylko przy niewielkim zaludnieniu, na małą skalę i pozwoleniu, by las odrastał samorzutnie.

Pogląd, że wspólnym dobrem nie może zarządzać wspólnota, bo lepiej dać mu jednego gospodarza – prywatnego właściciela lub państwo – jest dopiero obalany. Za znalezienie dla tego naukowego objaśnienia kilka lat temu ekonomicznego Nobla dostała Elinor Ostrom, nadal jedyna kobieta w gronie laureatów tej nagrody. Ostrom mówi, że głośnej koncepcji tzw. tragedii wspólnego pastwiska (które zostaje do cna wyeksploatowane) można uniknąć pod pewnymi warunkami. Trzeba określić granice zasobu, czyli kto jest dokładnie użytkownikiem. Podobnie muszą istnieć jasne reguły użytkowania i sankcje za ich nieprzestrzeganie, do tego jeszcze forum rozstrzygania konfliktów, a wyższe struktury (np. państwo) muszą respektować reguły ustalone przez wspólnotę. Brzmi jak recepta na zbawienie świata i tak się składa, że tubylcze ludy od zawsze ją znały.

Polityka 17/18.2017 (3108) z dnia 25.04.2017; Świat; s. 70
Oryginalny tytuł tekstu: "Prawo i piędź"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Krótkoterminowi turyści wysiedlają mieszkańców miast

Krótkoterminowy turysta już wysiedlił mieszkańców krakowskiej starówki. Teraz masowo rezerwuje Warszawę.

Edyta Gietka
29.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną