Czym latają politycy na świecie?

Uskrzydlona władza
Samoloty rządowe bywają średnio potrzebne, ale latają, bo udanie leczą kompleksy narodów i ich najpokorniejszych sług.
Pakistańskie myśliwce eskortują samolot z przywódca CHRL na pokładzie po wejściu w pakistańską przestrzeń powietrzną.
Asianet-Pakistan/Barcroft Indi/Getty Images

Pakistańskie myśliwce eskortują samolot z przywódca CHRL na pokładzie po wejściu w pakistańską przestrzeń powietrzną.

Zakup samolotów rządowych potraktowano w Polsce jak ważny etap zbiorowej terapii. Na fot. Gulfstream G550. M.in. takim samolotem będą podróżować nasze VIP-y.
Kentaro Iemoto/Polityka

Zakup samolotów rządowych potraktowano w Polsce jak ważny etap zbiorowej terapii. Na fot. Gulfstream G550. M.in. takim samolotem będą podróżować nasze VIP-y.

W połowie czerwca gazety i portale internetowe donosiły: „VIP-y dostaną swoje skrzydła”, „Nowe samoloty dla VIP-ów mają już swoje nazwy”, „Książę Józef Poniatowski już niedługo w Polsce”. Minister obrony Antoni Macierewicz witał „Ks. Józefa Poniatowskiego” na Okęciu zapewnieniem, że wraz z przylotem pierwszego z dwóch gulfstreamów państwo polskie przestaje być teoretyczne, samoloty zapewnią nam bezpieczeństwo i suwerenność. Jego zastępca Bartosz Kownacki, który przyleciał na pokładzie maszyny z USA, dodawał: przywracamy normalność.

Zakup samolotów rządowych potraktowano w Polsce jak ważny etap zbiorowej terapii. Najpierw, gdzieś w latach 90., nowe maszyny miały być namacalnym dowodem, że wygrzebujemy się z PRL. Później z wydawaniem miliardów się ociągano, rzecz stała się pilna dopiero po katastrofie smoleńskiej – zarządzono wymianę parku maszynowego, choć w katastrofie tej rozbił się sprawny samolot. Polskie władze wsiądą więc do Gulfstreamów G550 i Boeingów 737-800, maszyn powszechnie wykorzystywanych przez polityków. Taki sam boeing jest podstawowym samolotem rządu Indonezji, przy czym tam prezydent kraju liczącego ćwierć miliarda mieszkańców i rozpiętości ponad 5 tys. km ma do dyspozycji jedną maszynę, Antoni Macierewicz sprawił zaś nam trzy.

Od kiedy latają?

Zwyczaj utrzymywania samolotów dla głów państw czy szefów rządów wyznaczyła monarchia brytyjska. Rzecz przyspieszyła w latach 30. XX w. za sprawą Edwarda VIII, zapalonego lotnika. Po Brytanii pałeczkę przejęły USA. Pierwszym amerykańskim prezydentem, który wybrał się samolotem w jakąkolwiek roboczą podróż, był schorowany Franklin D. Roosevelt – poleciał w styczniu 1943 r., i to od razu przez Atlantyk, na spotkanie z Winstonem Churchillem w Casablance. Przelot w jedną stronę zajął cztery dni, leciano z Florydy, po drodze tankowano i odpoczywano na Karaibach, w Brazylii i Gambii.

Po drugiej stronie żelaznej kurtyny rola debiutanta na trasach oceanicznych przypadła Nikicie Chruszczowowi – w 1959 r. wybrał się nowym modelem tupolewa do Ameryki. Gwarantem bezpiecznego powrotu był znajdujący się na pokładzie Tupolew junior, syn konstruktora. Trasa wiodła nad Europą i Atlantykiem, przed podróżą załoga razem z Chruszczowem przećwiczyła w basenie ewakuację z przygotowanego modelu kadłuba samolotu. Podczas lotu w oceanie pływały też sowieckie łodzie podwodne, gotowe pomóc w ewentualnej akcji ratowniczej. Wszystko dopięto prawie na ostatni guzik, wizyta odbywała się w końcu w państwie jawnie wrogim. Nie przewidziano jedynie, że schody podstawiane na lotnisku w Waszyngtonie będą za niskie dla Tu-114, więc Chruszczowa wypakowano po drabince dostawionej na schodkach.

Imperialne początki wyznaczyły standard politycznego latania. Samoloty są nie tylko środkiem transportu i biurem, powinny być jeszcze pałacem. W wielkich samolotach dla polityków – w zasadzie tylko dla prezydentów Ameryki i Rosji oraz petrokrólów – wyznacza się osobne gabinety do pracy, spotkań, jadalnie, sypialnie, salę do zabiegów medycznych, siłownię, a między nimi korytarze. Lider wędrujący w sweterku z papierami po takim korytarzyku władzy, popatrujący przez okna na świat przemykający poniżej z prędkością blisko tysiąca kilometrów na godzinę, to symbol prawdziwej potęgi, o czym nieźle wie m.in. Władimir Putin i jego propaganda.

Samoloty używane są zgodnie z zapotrzebowaniem i zainteresowaniami pierwszych pasażerów. Politycy dużo latający, np. z państw o rozległych terytoriach, spędzają w powietrzu setki godzin rocznie. Prawdziwym globtroterem jest Putin, ciągle dokądś leci. Jako prezydent zdążył odbyć blisko 300 podróży zagranicznych, po kilkanaście razy do Chin, Francji i Niemiec, po siedem razy do USA i Indii, 24 razy był w Kazachstanie, 21 na Ukrainie, 19 na Białorusi. Kanclerz Angela Merkel w samych Chinach była dziewięciokrotnie (w XXI w. wszyscy polscy premierzy i prezydenci zajrzeli do Chin raptem cztery razy).

W stałym oblocie po świecie są sprawujący zbiorowe kierownictwo chińscy sekretarze, przy czym nawet Xi Jinping na dalekich dystansach lata przerobionymi samolotami narodowego przewoźnika Air China – przed podróżą część siedzeń jest wymontowywana, zamiast nich aranżowane są przestrzenie dla przewodniczącego ChRL. Z maszyny Air India korzysta premier Indii Narendra Modi, w trzy lata urzędowania odwiedził wszystkie zamieszkane kontynenty i pół setki państw. W przyszłym roku przesiądzie się do ogromnego Boeinga 777, już na wyłączność rządu.

Lepiej raz zapłacić

W Niemczech specjalny pułk Luftwaffe wożący polityków nieoficjalnie zwany jest Pannen Airline, Usterkowymi Liniami Lotniczymi. Prześladują go rozmaite kłopoty: zdarzyło się, że komputery pokładowe odmawiały posłuszeństwa, okna wypadały z ram itd. Na dodatek piloci zarabiają ułamek tego, co dostaliby w tradycyjnych liniach lotniczych.

Jesienią 2015 r. usterka techniczna uziemiła w Berlinie „Konrada Adenauera”, dalekodystansowy (13,5 tys. km) samolot rządu. Angela Merkel w drodze do New Dehli musiała skorzystać ze zwykłego samolotu wożącego żołnierzy Bundeswehry. Co mogło pokrzyżować jej zwyczaj spania w podróży wtedy, gdy w Niemczech jest noc.

Wygoda polityków bywa istotna. W 2004 r. piloci wiozący prezydenta Francji Jacques’a Chiraca nadłożyli 2 tys. km w drodze do Rosji. Zamiast polecieć z Paryża prosto na wschód, najpierw zrobili pętlę nad całą Francją – lot miał trwać na tyle długo, by niechętnie podróżujący Chirac przespał całą noc. Dodatkowe godziny spokojnego snu prezydenta kosztowały francuskich podatników pięciocyfrową kwotę.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną